Obrzezanie? Tylko dla dorosłych i chętnych

6 minut czytania
652
6
Izabela Tomella
Izabela Tomella
13 lipca 2018
fot. Casa Nayafana/Shutterstock

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Czy Dania zostanie pierwszym krajem na świecie, który zakaże obrzezania dzieci? Jesienią duński parlament podejmie decyzję w sprawie zakazu obrzezania chłopców. Petycję popierającą zakaz podpisało 50 tysięcy obywateli.

Sama debata nie jest w Danii nowa. Już kilka lat temu duńskie stowarzyszenia lekarskie wydawały publiczne oświadczenia, że obrzezanie, motywowane innymi niż medyczne względami, jest po prostu okaleczeniem i powinno być wykonywane wyłącznie u dorosłych mężczyzn, którzy są w stanie wyrazić świadomą zgodę na zabieg.

Podobna dyskusja trwa na Islandii i w Norwegii, a kilka lat temu przetoczyła się przez Niemcy. Większość propozycji dąży do tego, aby obrzezanie chłopców było zabronione i karane tak samo, jak rytualne okaleczanie dziewczynek – czyli najczęściej karą kilku lat więzienia.

W obronie tradycji

„Chwała bogom! Nareszcie!” – chciałoby się zakrzyknąć. Zakaz okaleczania dzieci z powodów religijnych to naprawdę minimum tego, czego należy oczekiwać od cywilizowanego państwa prawa, w kwestii uregulowania tej dziedziny życia.

Zapewne jednak nie pójdzie łatwo, ponieważ każda próba wprowadzenia takiego zakazu wzbudza natychmiastowe i głośne protesty przedstawicieli trzech wielkich religii monoteistycznych. Protestują żydzi i muzułmanie, którzy praktykują obrzezanie chłopców, a ich opór wspierany jest przez wielu chrześcijańskich duchownych.  Głównym argumentem przeciwników zakazu jest obrona tradycji i wolności religijnej. Padają słowa o prześladowaniach z powodów religijnych, stygmatyzacji oraz niedopuszczalnym budowaniu skojarzeń, że niektóre praktyki religijne mają przestępczy charakter.

Cóż – uderz w stół, a nożyce się odezwą, diabeł się w ornat ubrał i ogonem na mszę dzwoni, a na złodzieju czapka gore. Podobno przysłowia są mądrością narodów i aż dziw bierze, że wspomniani wyżej miłośnicy tradycji nie kwapią się tym razem, aby sięgnąć do tej skarbnicy. Zarówno chrześcijanie, jak i muzułmanie czy żydzi mają sporo za uszami, jeśli chodzi o prześladowanie osób niepodzielających ich wierzeń, arbitralnego wyrokowania o tym, co jest dobre, a co złe oraz piętnowania wszystkiego, co uważają za niemoralne – od znajomości ziołolecznictwa, przez długość kobiecych ubrań, po Hello Kitty. W tej sytuacji oburzenie, że ktoś postanowił krytycznie ocenić jakiś element ich zasad i praktyk, trąci nieco hipokryzją.

Ale złośliwe żarciki na bok, rzecz jest poważniejsza.

Nieodwracalna decyzja

Kobiece obrzezanie jest w Europie powszechnie uważane za ponure barbarzyństwo. Zabieg polega, przypomnę w skrócie, na wycinaniu dziewczynkom łechtaczki oraz mniejszych warg sromowych i zaszywaniu tego, co pozostanie, aż do dnia ślubu, kiedy mąż nożem rozpruwa bliznę. W wielu krajach jest nielegalny. Duża w tym zasługa Waris Dirie, Somalijki, która w swojej bestselerowej autobiografii opisała rytuał, jakiego sama padła ofiarą jako pięciolatka. Trudno nie czuć przerażenia i gniewu, czytając opis brutalnego, krwawego i pełnego przemocy aktu okaleczenia bezbronnego dziecka. Aktu, po którym wiele dziewczynek umiera na skutek zakażenia i powikłań, a pozostałe do końca życia cierpią fizycznie i psychicznie.

Ciach

Na tym tle obrzezanie chłopców nie wygląda tak strasznie. Zabiegowi poddaje się często niemowlęta, a zdaniem niektórych jego zwolenników, dzieci w tym wieku mniej odczuwają ból, a nawet jeśli odczuwają, to nie będą go pamiętać. Po za tym utrata niewielkiego kawałka skóry nie ma przecież żadnych tragicznych konsekwencji zdrowotnych – przeciwnie, mówi się nawet o pewnych korzyściach – brak napletka ma sprzyjać łatwiejszemu utrzymaniu higieny, poprawiać życie seksualne, a nawet chronić przed niektórymi chorobami. Czy to prawda?  Jak zwykle – to zależy. Część mężczyzn jest zadowolona z obrzezania, inni otwarcie mówią o bólu, bliznach i komplikacjach fizjologicznych i psychologicznych. Już samo to powinno wystarczyć, żeby jednak zostawić decyzję o zabiegu w rękach samych zainteresowanych – jest ona w końcu nieodwracalna, a jej konsekwencje będą odczuwać w najintymniejszym obszarze życia. Nie można też zapominać, że w całkiem nieodległej przeszłości brak napletka był stygmatem, który kosztował życie wielu żydowskich mężczyzn i chłopców. Nie dałabym sobie (nomen omen) uciąć ręki, ani nawet kosmyka włosów, że taka sytuacja się już nie powtórzy.

Ale najistotniejszym argumentem, za zakazem obrzezania dzieci jest prosta zasada, że każdy człowiek ma prawo do cielesnej nienaruszalności i integralności. I tylko on sam może zdecydować czy i w jakim zakresie chce to zmienić. A wolność religijna oznacza tyle, że dorosły człowiek może wierzyć w cokolwiek zechce i praktykować to w dowolny sposób, pod warunkiem, że nie narusza to praw innych osób. W tym – przede wszystkim – wspomnianego wyżej, nadrzędnego prawa do fizycznej integralności. Innymi słowy – jeśli dorosły człowiek żywi przekonanie, że bóstwo, któremu oddaje cześć, oczekuje od niego, że tenże dorosły, w dowód wiary, obetnie sobie jakąś część ciała – nie można mu tego zabronić. Trudno – jeśli tylko nie będzie oczekiwał, że z powodu tego okaleczenia otrzyma rentę inwalidzką – państwu nic do tego.

Żaden wierzący nie ma też prawa narzucać swoich religijnych wyborów innym – nawet własnym dzieciom. Owszem, ma prawo wychowywać w duchu praktykowanego przez siebie wyznania, opowiadać, przekonywać, kształcić i dawać przykład. Ale nie podejmować za dziecko decyzji o trudnych do odwrócenia skutkach.

Chrzest tylko dla dorosłych?

I tutaj gładko przechodzimy na własne podwórko. W Polsce, jak wiadomo, żydzi i muzułmanie występują w ilościach raczej homeopatycznych, więc rytualne obrzezanie nie jest masowym problemem.

Za to nieświadome niemowlęta chrzci się wciąż na potęgę. Czy ktoś w tej chwili pomyślał: „no to już przesada” albo „jak można porównywać pokropienie wodą z obcięciem napletka”? No właśnie – można. Im poważniej traktuje się religię, tym lepiej powinno się widzieć tę analogię. Bo chociaż w Polsce chrzci się dzieci w dużej mierze bezrefleksyjnie, bo taki jest zwyczaj, żeby babci nie było smutno, na wszelki wypadek, „bo jak będzie chciało kiedyś wziąć ślub kościelny, to nie będzie problemu” i ostatecznie „bo przecież nic w tym złego i nikomu nie szkodzi” – nie jest to decyzja bez konsekwencji.

Przede wszystkim – zdaniem katolickich hierarchów – jeśli ktoś został ochrzczony, nie ma możliwości wystąpienia z Kościoła. Nie może po prostu opuścić organizacji, do której wcale się nie zapisywał. Trwające od wielu lat batalie prawne osób, które – powołując się właśnie na wolność sumienia i wyznania – chciałyby się „wypisać” z Kościoła, pokazują determinację władz kościelnych o utrzymanie, choćby nominalnego, stanu posiadania. Ostatnią odsłonę tej walki obserwowaliśmy przy okazji wejścia w życie RODO. Polski Kościół zrobił wszystko, aby nie podlegać europejskim zasadom ochrony danych osobowych – czyli na przykład – nie musieć usuwać ze swoich baz danych osób, które nie chcą dłużej być katolikami.

W efekcie – ludzie, którzy się z Kościołem nie zgadzają, często, eufemistycznie mówiąc, mają o nim złe zdanie – są zmuszeni, aby, choćby formalnie, do niego należeć. A ich dane osobowe służą do uwiarygodniania politycznej pozycji tej organizacji – czyli wpływu na prawodawstwo, pozyskiwanie finansów publicznych itd. Jeśli ktoś nadal nie widzi problemu, bo przecież krew się nie leje – niech spróbuje sobie wyobrazić, że tak samo postępuje z nim jego najbardziej znielubiona partia polityczna. Taka, co to wiecie – na samą myśl przychodzą człowiekowi najgorsze epitety. Trzyma jego dane w jakichś swoich tajnych archiwach, utrzymuje, że jest się jej członkiem i jeszcze subwencje pobiera w związku z jego poparciem. Niedobrze, prawda?

Publiczna dyskusja na ten temat w Polsce jest dopiero przed nami. Na razie trzymam kciuki za decyzję Duńczyków. Nie każda tradycja zasługuje na ochronę – te, które łączą się z przemocą wobec innych, zwłaszcza, nie mogących się jeszcze bronić, należy szybko posłać tam, gdzie ich miejsce. Czyli na śmietnik historii.

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Izabela Tomella
Izabela Tomella
Kiedyś chciała być bibliotekarką, bo wyobrażała sobie, że dzięki temu cały dzień będzie mogła czytać książki. Ostatecznie książki czyta na własnej kanapie, na lotniskach, dworcach i w autobusach, albo –
najprzyjemniej w hamaku, na jakiejś odludnej plaży. Do bibliotek i księgarń ma jednak ciągle słabość.
Jedzenie jest jej pasją i wpada w entuzjazm, kiedy trafi w miejsce, które karmi dobrze i z zaangażowaniem, w przeciwnym wypadku jest jej bardzo smutno. Skończyła filologię polską, współpracowała z radiem i telewizją. Razem z mężem prowadzi podróżniczego bloga „Państwo na Walizkach”. Obydwoje właśnie porzucili wygodne życie, aby wyruszyć w świat, z biletem w jedną stronę.
AUTOR

Polecamy

Zobacz też

Jest ich w Polsce zaledwie kilka. Meczety – suma naszych narodowych strachów

To, że organizują spotkania i wykłady o islamie, drażni nas chyba najbardziej. Wiadomo, szkolą fundamentalistów pod przykrywką. Tłumy zwiedzających? Niedługo się na tym multi-kulti przejedziemy. I jeszcze te kopuły i minarety! Dla osób przestrzegających świat zerojedynkowo świątynie innej wiary są solą w oku.
Karolina Kowalska
Karolina Kowalska
7 października 2017
CZYTAJ WIĘCEJ

Zaprenumeruj newsletter

Melon i Skwarski w Twojej skrzynce pocztowej.
Najciekawsze artykuły Igimag.pl raz na dwa tygodnie.

Zapoznałem(-am) się z treścią polityka prywatności i akceptuję.