Pokolenie leniwców nie umie odpoczywać

6 minut czytania
447
16
Aleksandra Zielińska
Aleksandra Zielińska
26 lipca 2018

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Jesteśmy generacją obiboków. Zdziadziałych i infantylnych. Nasi rodzice prali pieluchy na tarze, w lodowatym potoku, pierś matczyną, pokrajaną na kawałki osobiście dusili i przecierali przez sitko, żeby podać dzieciątku, a wieczorami relaksowali się przy wybuchających telewizorach Rubin. A my co?

Żarli gruz, żuli pszczoły, wyrabiali 300 procent normy. Mieli te długie urlopy, lecz spędzali je dzielnie pod gruszą, na wczasach pracowniczych, na Arkonce – albo wręcz na basenie Legii, gdzie bądź Ewą Frykowską albo giń.

A my co? Kuchenki indukcyjne, kawa z sieciówki, pieluchy jednorazowe, praca zdalna, rodzicielstwo bliskości, asertywność i antykoncepcja (już nie na długo). Mamy łatwiej, lepiej, lżej. Oceany wolnego czasu omywają nasze wypedikiurowane stopy, boki bolą nas od leżenia z kindelkiem. Leniwe niedziele nad planszówkami, frytki belgijskie, piwko nad Wisłą przeciąga się w rozkoszny tydzień. Spontaniczne wypady na Mazury, gdzie odnajdujemy się po pół roku, jako opiekunowie kierdla przyjemnych owieczek, ZUS i benefity w umowie.

Wkurwiliście się już? To dobrze.

Potrafimy w sarkazm, kontestację, post-hipsterkę. Tylko nie w odpoczynek

Bywało, że mój Ojciec dzwonił do mnie w słoneczną, frytkodajną, rzekokuszącą niedzielę i pytał co robię. „Pracuję, tatusiu” – odpowiadałam głupio i zgodnie z prawdą. Po drugiej stronie łącza zapadała nabrzmiała dezaprobatą cisza, przeciągnięta po mistrzowsku do ostatniej sekundy, kiedy już miałam zapytać ALE O CO CI CHODZI – Ojciec emitował z siebie niepozostawiające wątpliwości, furtki, nadziei, zatroskane: „BOŻE”.

Było w tym wezwaniu wszystko. Smutek, że młode życie, które hojnie mi ofiarował – przepuszczam przez zachłanne na mamonę paluszki. Nieme lecz wyraźne zapytanie – cóż jest tak istotne w tę lipcową niedzielę, czy może wynajduję lekarstwo na raka? Piszę płomienną mowę końcową w sprawie dzielnego opozycjonisty, zaszczutej niewiasty, młodzieńca, zwiedzionego na złą drogę? Wyprowadzam wzór na szczęście i młodość? Nie. Ja tylko dłubię felietonik, odcinek, redaguję cudzy dialog, wprowadzam żądane przez klienta poprawki. Po co??

Zdarzyło się, że w cudownych – to nie ironia – okolicznościach przyrody, o krótką jazdę samochodem od garnuszka muli, klasztoru na wyspie, plaży na której lądowali i umierali – dłubałam, a jakże, w Wordzie, za pieniądze. Na leżaczku, z widokiem na pole kukurydzy i śliczne, rude, wypielęgnowane krówki, owszem. Niemniej – z laptopem na kolanach, dedlajnem na karku, popłochem w sercu. Jak zawsze. Zdarzyło się, że osoba – teraz wiem to na pewno – autentycznie miła, życzliwa i fajna – rzekła do mnie wtedy: „Praca na urlopie? Nie pochwalam.” Zareagowałam najmądrzej, jak tylko się dało. Obraziłam się śmiertelnie i na lata. Bo jak to tak, wypominać mi? Czy ja jestem głupia? Czy ja nie wiem, co mam robić, jak to robić, jak bardzo się zajechać i kiedy przestać (nigdy)?

Nawet w cudownych okolicznościach przyrody – praca

Chwalisz się czy żalisz?

Zajęło mi wiele lat, żeby spokojnie stwierdzić – ani, ani. Nie widzę żadnego powodu do dumy z faktu, że jak wielu, jak większość ludzi spod mojego klosika – zapierdalam bez zmiłowania i często bez sensu. Nie widzę również powodu do użalania się. Przez większość czasu dominuje wielka ulga, że ktoś mi daje tę pracę i jeszcze chce za nią zapłacić.

Nauczyłam się tłumaczyć, że takie życie, że nic nie poradzę na lęki dziecka PRL – jeżeli odmówię tekstu, odcinka, fuchy – następnych propozycji może nie być. Pewnego dnia zamilknie mityczny telefon, a na maila przyjdzie tylko spam z sukienkami. Zniknę, wypadnę z rynku, osunę się w zapomnienie. I co wtedy? Może już nigdy, nigdzie, wcale – nic?

Nauczyłam się również nie kokietować ilością pracy. Ach, tak strasznie zasuwam, osuwam się i zsuwam – na szychcie, pod biureczko, z krzesełka. Dzieci takie zaniedbane, mąż tak dawno nie widziany, witamina D tak wyłącznie z kapsułek. I co z tego? Kochana, oni wszyscy, cały świat zasuwa, a ty zasuwaj szybciej, więcej, lepiej – bo wiesz, zapomnienie, rynek, zlecenia. Pamiętaj. Pamiętam.

Coraz częściej natomiast zazdroszczę i szanuję

Przeżyłam szok, kiedy kolega po branży, nieco młodszy ode mnie (żadna sztuka), za to znacznie lepszy w zawodowe klocki, po omówieniu w piątkowy wieczór aspektów odcinka i ustaleniu, co należy zmienić – rzekł spokojnie do zdumionej mnie: „Ok., wyślę ci to w poniedziałek, bo w tej chwili już zamykam laptopa na weekend.”

Słyszycie to? Widzicie tę, nomen omen, scenę?

ZAMYKAM. LAPTOPA. NA WEEKEND.

Piątek, piąteczek, piątunio. Pierdolę, nie robię. Na chwałę millenialsów, czcząc pamięć dzieci, którym psy zjadały prace domowe, plwając na pomniki stachanowów.

I zamknął tego laptopa. Nie odpisywał na maile, ponaglenia, histeryczne SMS-y.

I wiecie, co się stało? Nic. Produkcja się nie położyła, plan nie spóźnił. Kolega był i nadal jest znakomity w swojej branży. Po prostu zamknął laptopa na weekend i wrócił do pracy w poniedziałek. Obalając moje przekonania, że to moje pokolenie nie potrafi. Wytykając jasno i boleśnie, że nie potrafią jednostki. Że nie ma co zwalać na generację, czas i geopolitykę. I nie ma co się pocieszać, że to lenie, nieudacznicy, świry, beneficjenci systemu. Robią dobrze, często lepiej, oddają na czas, przejawiają błyski geniuszu, są świetni. A potem zamykają laptopa i idą sobie odpocząć. Nad Wisłę z dzieckiem, z kochankiem na prosecco, z mamą do Biedry. Bo mogą. Czas, który ja marnuję na bezproduktywne miotanie się, wysiadywanie tekstu, chodzenie koło pracy, jak lisek koło drogi – oni przeznaczają na odpoczynek. Wracają z niego znacznie bardziej produktywni, niż ja z mojego piekła „twórcy”. Niespodzianka!

Nie umiem przestać, a ty?

Mogę snuć łzawe opowieści, jak to w moich warszawskich początkach każda dwuzłotówka znaleziona pod – a jakże – podartą podszewką paltocika była cenna i ważna, więc tak bardzo etos pracy. Mogę modnie powoływać się na wspomniane lęki – jak raz odmówię, to już nigdy nie zaproponują, więc skoro hajs się zgadza, to muszę robić, jak rekin musi pływać, bo padnę.

Prawda jest jednak taka, że to wszystko bullshit dla naiwnego terapeuty. Nie jem po to, żeby żyć, tylko dlatego, że kocham pyszności. Nie pracuję po to, żeby przeżyć, bo w tym celu mogłabym robić jedną trzecią tego, co w tej chwili. Pracuję, owszem, dla dzieci i sukienek, lecz również ze znacznie mniej chwalebnych pobudek – strachu, chciwości, kompleksów. Tak, kompleksów również, to przecież takie miłe i definiujące, gdy chcą, płacą, chwalą, doceniają. I z tych samych powodów nie umiem odpoczywać.

„…dał nam poziomki

zamglone świty za oknem kawiarni…”

Czasem myślę, że za moich młodych lat leniłam się na zapas. Cudownie i do południa przespane noce. Miła złuda, że zdążę z prawem rzymskim w tydzień. Pakowanie się na ostatnią chwilę. Powolny krok, zamiatanie mentalnym ogonem, ciągnięcie łap i wywracanie się na grzbiecik. Głęboko i dokładnie rozumiałam, co miał na myśli autor „Canto”.

Umiałam i kochałam się lenić. Byłam w tym naprawdę dobra.

Coś potem się zmieniło i nie potrafię tego odkręcić. Mam świadomość, że nie jestem w tym sama, choć tytułowe pokolenie – to poważne nadużycie. Miewam już znajomych, którzy rozumieją, że między lenistwem i odpoczynkiem jest rozsądna nisza, w której każdy człowiek z równowagą w głowie powinien znaleźć sobie miejsce. Mam też – i ciągle jest ich większość – znajomych, którzy są, jak ja.

Och, przerwa, wakacje, wolne? Tylko od ciebie zależy, co z tym zrobisz? Masz urlop z klucza albo po prostu możesz odpuścić i spłynąć gdzieś, na koniec tęczy, ewentualnie zamknąć się w domu, nie odbierać maili i telefonów? Nie brać zleconek, korekt, fuszek, nie robić NIC I ŻODYN związanego z pracą?

Możesz. Potrafisz?

Przerwa! Pani ma relaks

Tak zwyczajnie odpocząć, wybyczyć się, robić nic. Wedle szlachetnej wschodniej sztuki nieróbstwa, którą u Agathy Christie demonstrował młodziutkiej Meghan jej adorator z aspiracjami Fidiasza. Wypocząć do zdechu i znudzić się do kości, mieć kompletnie dosyć. Jak dziecko pod koniec sierpnia, które z radością umknęło w czerwcu spod opresyjnej edukacji, a we wrześniu wraca z palącą ciekawością na miejsce zbrodni, Powłóczyć nogami, wsiąść do pociągu byle jakiego. Nie myć piekarnika, nie kompletować wyprawki, nie czytać tego, co będzie do zrobienia po urlopie. Przez dwa tygodnie. Przez trzy dni.

Może do tego trzeba być młodym, metryką albo choć duchem. Może już nigdy nie będę umiała spakować się, wyjechać i nawet nie zajrzeć w odcinek do rozpisania, nie wymyślić tematu, nie przyjąć propozycji. Może nie potrafię odpocząć bez choćby obracania w głowie spraw pracowych. Może jestem zepsuta nieodwracalnie i inaczej, niż planowałam.

Wyjeżdżam. I zamierzam spróbować. Czego i Wam życzę.

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Aleksandra Zielińska
Aleksandra Zielińska
Żyje serialami i żyje z seriali. Niedoszła duma palestry. Chce być sprzątaczką w HBO. Ma za złe. Przewraca oczami na głos. Miss Logorrhea.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Osiem godzin i do domu? Zdaniem niektórych to roszczeniowość

Internet zawrzał po tym, jak podczas debaty na Europejskim Kongresie Gospodarczym Jolanta Czernicka-Siwecka określiła młodych pracowników, wchodzących na rynek, mianem roszczeniowych narcyzów. W sieci natychmiast zaroiło się od prześmiewczych komentarzy. Bo jak inaczej można zareagować, gdy ręce opadają?
CZYTAJ WIĘCEJ