Polak zawsze pod prąd – w polityce i na autostradzie

3 minuty czytania
678
8
Anna Godzwon
Anna Godzwon
5 lipca 2018

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Polski kierowca upodobał sobie nowy sport: pod prąd. Korek na autostradzie? No to zawijamy, jedziemy w kierunku przeciwnym do najbliższego zjazdu i pod prąd zjedziemy w dół. I jeszcze tych z naprzeciwka ostrzeżemy mruganiem, że nie ma sensu się na autostradę pakować, bo korek. My nie stoimy, oni nie będą stać – same korzyści!

My, Polacy mamy w sobie coś przekornego. Kiedy sąsiedzkie kraje wciąż wierzyły w komunizm, my powołaliśmy Solidarność. Kiedy naokoło władzę dzierżyli wciąż ci sami komunistyczni kacykowie, my pogoniliśmy naszym kota i do rządu wprowadziliśmy dysydentów. Kiedy Europa szukała sposobów, jak pomóc uchodźcom, my ogłosiliśmy, że mamy swoich własnych z Ukrainy i w unijną pomoc się nie zaangażujemy. Nie wmówią nam, że białe jest białe, a czarne jest czarne. Wiemy lepiej.

Na wstecznym i pod prąd!

Bycie pod prąd jest w naszej naturze. Podobnie cofanie się – ale tylko w słusznej sprawie. Jeden z polskich europarlamentarzystów swego czasu cofał swoim samochodem na autostradzie w Bawarii, bo przejechał zjazd. Przez kraj przetoczyła się fala słusznego oburzenia, że skandal, że zagrożenie dla ruchu, że pewnie się immunitetem zasłonił i myślał, że mu wolno. Poseł przyznał się, posypał głowę popiołem, rzecz działa się w wakacje, więc jak to w sezonie ogórkowym media kilka dni nią pożyły i przeszły do następnych tematów. Nic nie wskazywało na to, że po niemal dziesięciu latach od tamtego wydarzenia niestandardowe zachowania Polaków na naszych własnych autostradach staną się chlebem powszednim.

Oto bowiem polski kierowca upodobał sobie nowy sport: pod prąd. Korek na autostradzie? No to zawijamy, jedziemy w kierunku przeciwnym do najbliższego zjazdu i pod prąd zjedziemy w dół . I jeszcze tych z naprzeciwka ostrzeżemy mruganiem, że nie ma sensu się na autostradę pakować, bo korek. My nie stoimy, oni nie będą stać – same korzyści! Za nami oczywiście pójdą inni, bo jak już się jeden odważy, to plemienny instynkt stadny się odezwie w innych i potem mamy takie ładne obrazki w telewizji, jak to sznur aut jedzie zamiast do przodu, to w drugą stronę. Dobrze, że jeszcze nie tyłem.

Pod wiaduktem nie pada

Rzecz podobnie ma się w sytuacji, kiedy przed nami na zwykłej drodze krajowej wypadek, wszystko stoi, a nam się spieszy, no to oczywiście zawracamy. Uroczy głos w GPS zakomunikuje, że zjechałeś z trasy, wyznaczam nową, nowa będzie lepsza. Co z tego, że pod prąd, jak będzie lepsza, przecież Krzysztof Hołowczyc na pewno wie, co mówi. Ci, co jadą na nas pukają się w czoło, trąbią, chcą niech stoją w tym korku, proszę bardzo.

Moją ulubioną kategorią jest jednak zatrzymywanie się pod wiaduktem, bo deszcz pada. Nic to Baśka, że samochody z reguły mają dach i do środka nie leci. Leje, to się przed deszczem schowamy, nie po to samochód myty był, żeby się ochlapał. Co prawda coś tam mówili na prawie jazdy o dostosowaniu prędkości do warunków na drodze, ale kto by to pamiętał, wiadukt jest, postoimy.

Z miejsca pasażera widać lepiej?

Teraz się przyznam: nie mam prawa jazdy. Nigdy nie chciałam go zrobić, jestem impulsywna i uważam, że stanowiłabym poważne zagrożenie dla bezpieczeństwa ruchu publicznego. Ale lubię bardzo jeździć samochodem na przednim siedzeniu pasażera. Zawodowo i prywatnie przejechałam Polskę wzdłuż i wszerz. Czasem z tego miejsca widać lepiej. Zżymałam się na korki, nerwowo patrzyłam na zegarek, gdy nic się nie posuwało, klęłam na czym świat stoi, ale do głowy mi nie przyszło, żeby namawiać kierowcę do zawrócenia i szukania innej drogi, gdyby miało się to wiązać z jechaniem pod prąd. Obrazki w stacjach telewizyjnych oglądam z zadziwieniem.

Polscy kierowcy nie potrafią stworzyć korytarza życia, by przepuścić służby ratunkowe, pędzące do wypadku. Za to jeśli chodzi o ich własne życie, dość nonszalancko je ryzykują, ustalając własne zasady, pod prąd obowiązującemu prawu. Policja do znudzenia może takie zachowania piętnować, przychodzi długi weekend, albo nawet krótki i bach, znowu jacyś mistrzowie „podprądu” wyjeżdżają na polskie drogi.

Wnieśliśmy do Europy wiele. Wartości, gościnność, Lewandowskiego i Pawlikowskiego, naszą hardość i upór godny lepszej sprawy. Bycie pod prąd. Próbujemy teraz lansować nowy rodzaj „podprądu”. Tyle że ten bliższy jest jednak wschodowi, któremu 29 lat temu powiedzieliśmy „baj”. W końcu nie po to mamy te autostrady, by nimi pod prąd w odwrotną stronę zmierzać.

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Anna Godzwon
Anna Godzwon
Dziennikarka, urzędniczka, rzeczniczka, specjalistka od politycznego PR. Zaczynała w Rozgłośni Harcerskiej, była sprawozdawcą parlamentarnym Polskiego Radia i naczelną Polskiego Radia24. Po przejściu na ciemną stronę mocy organizowała posłom konferencje prasowe, prezydentowi Komorowskiemu oprawę medialną, a prezydentowi Obamie dwie wizyty w Polsce. Przeprowadziła Państwową Komisję Wyborczą przez czas zmian prawa wyborczego, a z wiosną poszła na swoje.
Wciąż ma serce po radiowej stronie. Jest niepijącą alkoholiczką, psychofanką U2, lubi, kiedy gapi się na Bałtyk, a Bałtyk na nią. Nie zaśnie, jak nie przeczyta choćby kilku stron książki. Lubi fotografować, jeść, podróżować i pisać.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Jak nie być bucem na drodze. Skrócony poradnik dla opornych

Źle jeżdżą baby, dziadygi, gówniarze, dresiarze, ci w czapkach z pomponem i ci w kapeluszach, ci w starych gratach i nowobogaccy w nowych, ci w BMW, ci w Skodach, ci z Krakowa, ci z Warszawy i ci z rejestracją LLU. Słowem — wszyscy. Tylko nie ja. No i pewnie ty też nie.
Anna-Maria Siwińska
Anna-Maria Siwińska
13 stycznia 2018
CZYTAJ WIĘCEJ