Pracownik nie może mieć awarii. Pracodawcy zwalniają bez znieczulenia

8 minut czytania
496
1
Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
28 lipca 2018

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Polski pracownik, którego właśnie wylewają z pracy, zazwyczaj ma wrażenie, że to koniec świata. Szczególnie że tę informację rzadko kiedy przekazuje znający podstawy psychologii specjalista od zwalniania o urodzie i wdzięku George’a Clooneya. Tylko szef, przekonany, że wręczenie komuś wypowiedzenia to czynność porównywalna z wyłączeniem maszyny, która chwilowo nie jest mu potrzebna.                 

W Polsce znaleźć się na bruku wcale nie tak trudno. – Obowiązuje u nas wprawdzie Kodeks pracy z 1974 r., ale zawarte w nim regulacje są nagminnie obchodzone. Polega to na zatrudnianiu na podstawie umów pozakodeksowych, czyli śmieciowych, z inwazją których się zmagamy – mówi Rafał Woś, dziennikarz i autor książki „To nie jest kraj dla pracowników”.

Tymczasem nasze państwo nie oferuje trampoliny w postaci socjalnych zabezpieczeń, związki zawodowe kiepsko działają, a sądy pracy są opieszałe, więc mało kto powierza im swoje sprawy. Niestety, w starciu z pracodawcą pracownik jest zazwyczaj na straconej pozycji.

Nie ma ludzi niezastąpionych

Pracownicy w większości żyją w przekonaniu, że ich praca zależy od koniunktury i że nie ma ludzi niezastąpionych. Poza tym mają świadomość, że gdy pojawi się widmo utraty pracy, będą musieli liczyć za swoje zdolności negocjacyjne i łaskę pracodawcy, bo nikt się za nimi nie wstawi. Związki zawodowe w Polsce są bowiem słabe i nieliczne. W niektórych branżach, takich jak kopalnie, to pozostałość po gospodarce publicznego planowania. Natomiast w sektorze prywatnym mają kiepskie fundamenty.

W tej sytuacji wielu pracodawców nabrało przekonania, że pracownik, podobnie jak firma i maszyny, to ich własność. Wychodzą z złożenia, że skoro oni dają pracę, to również oni będą ją odbierać, bo to ich prywatna sprawa. Narzucają też styl, w jakim to robią. Dlatego w Polsce nie ma zwyczaju zatrudniania specjalistów od zwalniania, którzy starają się przeprowadzać ten proces w miarę bezboleśnie – tak jak robi się to na Zachodzie. Wystarczy przypomnieć amerykański film „W chmurach” Jasona Reitmana. George Clooney wcielił się w nim w postać Ryana Binghama, specjalisty od zwalniana ludzi, którego wynajmowały firmy, by latał po całym świecie i wygłaszał wyrzucanym na bruk nieszczęśnikom formułki w stylu: „To nie koniec świata. Oto rozpoczyna się nowy rozdział w twoim życiu. Przed tobą wielka kariera”.

Uklęknąć przed kadrowym

Wspomniane już nagminne zatrudnianie śmieciowe powoduje, że polskiego pracownika zwolnić łatwo, bo nie chronią go żadne prawa – jeśli nie ma pracy, nie ma kolejnej umowy o dzieło i przedłużenia kontraktu. Ale i ci zatrudnieni na etat nie mogą czuć się bezpieczni. A zanim znajdą się na bruku, niejednokrotnie są poddawani bolesnemu grillowaniu, np. po to, by przekonać ich, że są do niczego, lub żeby coś jeszcze ugrać ich kosztem.

Rafał Woś opowiada o firmie, która musiała wykazać się lepszym wynikiem finansowym. Ten zaś miał zostać osiągnięty dzięki obniżeniu kosztów pracy, co wiązało się z koniecznością zmiany formy zatrudnienia grupie pracowników: stałe umowy miały być zastąpione kontraktami. Wymagało to odbycia rozmowy z pracownikami. – Kadrowi siedzieli w pokoju za stołem, a pliki z wzorami nowych umów leżały na podłodze. Każdy, kto podchodził do stołu, musiał się schylić, żeby je podnieść, co już tworzyło psychologiczny mechanizm, że ktoś jest w hierarchii niżej. Pracownik biorący w tym udział opowiadał, że odebrał to jako próbę stworzenia psychologicznej przewagi – mówi Woś.

Szefa zadowoli tylko licealista

Psychicznego maglowania doznała też 30-letnia Małgosia, która pracowała w redakcji lokalnej gazety w centralnej Polsce. Kiedy właściciel tytułu objął również funkcję redaktora naczelnego, zaczął ze szczególną wnikliwością kontrolować pracę dziennikarzy. Małgosia była regularnie wzywana do gabinetu przełożonego. Siedząc na skórzanej kanapie, ciągle słyszała od szefa, że nie wyrabia narzuconych przez niego norm dotyczących liczby i jakości tekstów prasowych. – Problem polegał jednak na tym, że te normy były ustalone według tajemniczego klucza: mierzono centymetrem teksty i stosowano jakieś absurdalne algorytmy, żeby ocenić ich zawartość i wartość. Zaspokojenie oczekiwań pryncypała graniczyło z cudem. Podczas jednego z licznych spotkań zdenerwowany wymianą zdań ze mną naczelny powiedział mi, że byle licealista napisałby lepszy tekst niż ja – opowiada dziennikarka, posiadaczka wyższego wykształcenia.

W redakcji panowała zasada, że dziennikarze mają reagować na każdy niepokojący sygnał ze strony mieszkańców miasta i pomagać rozwiązywać problemy lokalnej społeczności. – Pamiętam jak kiedyś, gdy kończyłam pracę, zostałam zatrzymana niemal w progu, bo do siedziby redakcji przyszedł mężczyzna domagający się dziennikarskiej interwencji w sprawie nadgodzin, za które nie otrzymał wynagrodzenia od swojego pracodawcy. Omal nie dostałam ataku śmiechu. W redakcji lokalnej gazety, której naczelny tropił afery, patrzył na ręce władzy i dbał o praworządność osób publicznych słowo „nadgodziny” było abstrakcją. Dziennikarze obsługiwali różnorodne wieczorne i weekendowe eventy, ale o żadnych nadgodzinach nie było mowy. Lecz wobec innych pracodawców, tych z interwencji, trzeba było stosować inne standardy – wspomina Małgosia, której ostatecznie najpierw zmieniono umowę na pół etatu, a potem zmuszono do odejścia z pracy.

Nie ma ludzi niezastąpionych

Wycisnąć jak cytrynę

Wyśrubowane i niedorzeczne normy to bardzo skuteczne narzędzie pozbywania się niechcianych pracowników. Wykorzystywała je m.in. firma Amazon. W 2016 r. Ogólnopolski Związek Zawodowy „Inicjatywa Pracownicza” walczył o 70 długoletnich pracowników zwolnionych z firmy bądź zagrożonych zwolnieniem. Wśród powodów wymieniało się rzekome niewyrabianie norm, ale sprawa dotyczyła też osób, które chorowały i przebywały na zwolnieniach lekarskich. Związek donosił ponadto o mniej więcej stu przypadkach podsuwania pracownikom zwolnienia za porozumieniem stron. Kiedy zaś odmawiali podpisania dokumentu, byli zwalniani dyscyplinarnie. Mimo szeroko zakrojonego zwalniania pracowników trwała rekrutacja, w trakcie której Amazon chciał pozyskać za pośrednictwem agencji pracy tymczasowej 12 tys. nowych pracowników zatrudnionych na niestabilne miesięczne umowy. Wśród tych nowych wielu było takich, którzy już w tej firmie pracowali, ale nie przedłużono im umów. Wrócili więc w sezonie wzmożonego zapotrzebowania na pracowników mamieni kolejnymi obietnicami stałego zatrudnienia.

W fabrykach jest duża rotacja. Z punktu widzenia pracodawcy najlepiej by było, gdyby pracownik przypominał maszynę, czyli jak jest praca, to się włącza maszynę, a jak nie ma, to się ją wyłącza i ona czeka, aż znowu będzie potrzebna – mówi Rafał Woś. Podobne odczucia mieli sami zainteresowani. „W Amazonie codziennie słyszymy o bezpieczeństwie, o dbaniu o zdrowie, ale rzeczywistość jest inna. Amazońskim wyścigom nie każdy da radę. Człowiek jest traktowany jako maszyna. Ale nawet maszyna miewa awarie i staje. Tylko nam nie wolno” – mówił jeden z pracowników cytowany przez związkowców, którzy podkreślali, że pracownicy skarżą się, że Amazon oraz agencje wyciskają ludzi jak cytrynę – śrubują normy ponad siły, a gdy pracownicy już nie wytrzymują tempa, po prostu się ich pozbywają.

Wyjaśnić trzeba, że praca w Amazonie nie jest lekka. Na zmianie ludzie pokonują nawet 15 km, dźwigają ciężkie paczki i towary oraz pakują paczki na stojąco. Nawiasem mówiąc, jak podaje Onet.pl, związki zawodowe znów apelują do Amazona o podwyżkę płac dla pracowników oraz zmniejszenie presji w związku z tzw. Prima Day, czyli gorącym okresem wyprzedaży, który rozpoczął się 16 lipca br. Dla zatrudnionych tam osób oznacza to więcej pracy, zakaz brania urlopów i 50-godzinny tydzień pracy dla niektórych zmian.

Pracodawca bez sankcji

Teoretycznie poszkodowani pracownicy mogą szukać sprawiedliwości na drodze sądowej. Ale niewielu się na to decyduje. Te instytucje działają bardzo opieszale, a finał jest niepewny.  Prawo stoi raczej po stronie pracodawcy niż pracownika. Małgosia, która po odejściu z redakcji zdecydowała się pójść do sądu pracy, mówi: – Mój pełnomocnik od razu poinformował mnie, że mam nikłe szanse na wygraną, tym bardziej że nie zdecydowałam się na powołanie świadków, którymi byliby moi koledzy z pracy. Nie chciałam ich stawiać w trudnej sytuacji, bo nadal byli pracownikami redakcji i ich los zależał od szefa.

Ostatecznie koledzy wystąpili jako świadkowie pracodawcy. Dochodzenie sprawiedliwości było procesem długotrwałym i stresującym i niestety zakończyło się oddaleniem zarzutów dziennikarki. Ale nie żałuje swojej decyzji, bo zapoczątkowała lawinę procesów, jakie temu samemu pracodawcy wytoczyli później inni podwładni. – Lokalnym bossom warto uświadamiać, że nie są nietykalni. Trzeba im też uzmysłowić, że pracownicy nie są bandą zastraszonych idiotów, którzy zawsze będą im jeść z ręki – podkreśla. Trzeba jednak uczciwie powiedzieć, że polski pracodawca w sądzie pracy może czuć się raczej komfortowo, bo nawet jeśli sąd uzna, że pracownik został zwolniony nieprawnie, jedyną konsekwencją jest wypłacenie mu odszkodowania w wysokości trzymiesięcznych zarobków. Prawo nie przewiduje żadnych dodatkowych sankcji.

Internet lepszy niż sąd?

W niektórych sytuacjach lepsze efekty niż wniesienie sprawy do sądu daje jej nagłośnienie w internecie. Do tego właśnie w ubiegłym roku uciekła się Patrycja Frejowska, która została zatrudniona przez agencję pracy tymczasowej i pracowała jako graficzka dla Avonu. Kobieta napisała na Facebooku, że została wyrzucona z pracy dwa dni po tym, gdy dowiedziała się, że ma raka piersi, o czym w firmie Avon Polska wiedziano.

Zostałam więc z rakiem, bez pracy i środków do życia – tak pomógł mi Avon, szczycący się zaangażowaniem w walkę z rakiem piersi. Tyle warta jest cała kampania firmy, zatrudnione za ciężkie pieniądze celebrytki, które z pięknym uśmiechem potwierdzają szlachetne zaangażowanie Avonu w działania społeczne”, tak brzmi fragment wpisu na temat firmy, która od 1998 r. prowadzi kampanię społeczną „Avon kontra rak piersi” i kojarzona jest z kosmetykami ozdobionymi różową wstążką, czyli symbolem walki z tą chorobą. Frejowka, odwołując się do kobiecej solidarności, nazwała ów symbol „tanim i żerującym na emocjach chwytem marketingowym”. Efekt? Kilkanaście tysięcy internautów zareagowało bardzo emocjonalnie i stanęło po stronie chorej kobiety, nie pozostawiając suchej nitki na Avonie.

Kilka dni później Avon, chcąc ratować swój wizerunek, wydał komunikat, w którym informował, że sytuacja pani Partycji stała się dla firmy impulsem do zmian. Zaproponowano jej nowo utworzone stanowisko pełnomocnika ds. pomocy pracownikom przewlekle chorym, które Frejowska przyjęła.

Z nożem na gardle

Utworzenie nowego miejsca pracy dla osoby, która miała się znaleźć na bruku, to jednak w polskim klimacie wydarzenie incydentalne – nie w każdych okolicznościach taki internetowy szturm na pracodawcę zrobiłby tak ogromne wrażenie jak w przypadku chorej, bezbronnej kobiety, która występuje przeciwko bogatemu i obłudnemu przedsiębiorstwu. Zazwyczaj jest tak, że jak tylko minie szok spowodowany utratą posady, trzeba zacząć szukać nowej i żyć z oszczędności.

W Polsce nie ma solidnych zabezpieczeń finansowych dla bezrobotnych. Zasiłek przyznaje się na krótki czas. Poza tym zamiast pośrednictwa pracy takim osobom proponuje się tylko pewien rodzaj opieki społecznej, a to jest odbierane jako coś upokarzającego – tłumaczy Rafał Woś, podkreślając, że inaczej jest np. w krajach skandynawskich. W Danii istnieje taki system zabezpieczeń, że jeśli ktoś traci pracę, nie czuje się, jakby miał nóż na gardle, jest więc skłonny podjąć nawet bardziej ryzykowne kroki, takie jak założenie własnej firmy. Polakowi trudno podjąć jakiekolwiek kroki, bo zazwyczaj zapada na depresję spowodowaną coraz większymi długami, utratą mieszkania, a nawet odejściem życiowego partnera.

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

 

Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
Obserwuje, słucha, czyta i podróżuje. A potem nie może się powstrzymać, żeby o tym nie napisać. Pytanie, które najczęściej zadaje, brzmi: co o tym myślisz? Interesuje ją wszystko, co niekonwencjonalne i wyprzedzające epokę. Jest żądna wiedzy, ciekawa świata i ludzi.

Od kilkunastu lat pracuje jako dziennikarka. Pisała dla takich tytułów, jak „Trendy Art of Living” czy „Dziennik. Gazeta Prawna”.

Uwielbia Włochy i mistykę. Z wielką determinacją próbuje nauczyć się włoskiego. Nie lubi zimna, tłumu i hałasu. Jest uzależniona od kina, więc wolny czas najchętniej spędza w ciemnej sali kinowej. Często jeździ na rowerze i ćwiczy jogę. Do siebie i życia podchodzi z dystansem. Czasami chciałaby być niewidzialna.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Sygnalista: dla jednych skarb, dla innych zdrajca

Po 20 latach pracy w firmie Cargill Paweł Szczygieł został zwolniony dyscyplinarnie, bo zgłosił swojemu przełożonemu, że nie zgadza się na tuszowanie wypadków w pracy i wulgarne odnoszenie się do pracowników. W Polsce tacy jak on często są traktowani jak zdrajcy i donosiciele.
Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
3 lutego 2018
CZYTAJ WIĘCEJ