Wietnam w Bieszczadach, czyli jak stałem się amerykańskim żołnierzem z 1969 roku

11 minut czytania
935
1
Maciej Nowak-Kreyer
Maciej Nowak-Kreyer
1 lipca 2018

Odsłuchaj

Jedną z najciekawszych rzeczy w rekonstrukcji historycznej jest możliwość odbycia swoistej podróży w czasie. W minioną epokę najgłębiej wchodzi się zaś wtedy, gdy praktycznie odetnie się od teraźniejszości, mając do dyspozycji tylko to, czym dysponował człowiek żyjący w dawnych latach. Latem 2016 roku mogłem spojrzeć w ten sposób na wojnę w Wietnamie, stając się na jakiś czas amerykańskim żołnierzem z 1969 roku.

Gdy brak współczesnego zaplecza i wszystko, co dotąd było umowne i załatwiane środkami XXI wieku (transport, posiłki, higiena) staje się dosłowne i z konieczności realizowane środkami historycznymi, to na minione czasy  patrzy się jak przez szeroko otwarte okno.

Ruszam na wojnę wietnamską

Członkowie Stowarzyszenia Rekonstrukcji Historycznej Rakkasans, do których i ja się zaliczam, zajmujący się „wietnamskimi” dziejami słynnej amerykańskiej 101 Dywizji Powietrznodesantowej (znanej z serialu „Kompania Braci”) po latach szkoleń i kompletowania  wyposażenia postanawiają wsiąść do rekonstrukcyjnego wehikuł czasu i poczuć na własnej skórze realia typowego patrolu z 1969 roku.

Niektórzy z nas turystycznie odwiedzili Wietnam i teraz bazując na swoich doświadczeniach, znajdują w Polsce jego rodzimy odpowiednik: bardzo dziki zakątek Bieszczad w okolicy Cisnej, swego czasu miejsce selekcji do jednostek specjalnych. Ukształtowanie terenu oraz roślinność (niespodzianka – także drzewa iglaste)  najbardziej przypominają tam warunki południowowietnamskie.

Miejsce  znalezione, trasy wytyczone, czas na dalsze przygotowania. Najpierw skrupulatna analiza książek i zdjęć, aby dokładnie się dowiedzieć, jak powinniśmy wyglądać w 1969 roku i co powinniśmy ze sobą zabrać. Chcemy poczuć się tak jak Oni, żołnierze z Wietnamu, zatem musi się zgadzać wszystko, każdy drobiazg, każda naszywka i sprzączka. Kompletujemy racje żywnościowe wzorowane na racjach C, wyszukując puszki o odpowiednim kształcie i malując je na wojskową zieleń, własnoręcznie pakujemy i zgrzewamy plastykowe pakiety z sucharami i przydatnymi drobiazgami.  Okularnicy szykują szkła w odpowiednich oprawkach, nawet bieliznę mamy taką jak w US ARMY. Nie możemy liczyć na to, że tak jak w Wietnamie prowiant dowiozą nam śmigłowce, ale chcąc nawet to zasymulować, postanawiamy, że jedzenie poukrywany na trasie, na umownych zrzutowiskach.

Czas Apokalipsy

I wreszcie nadchodzi dzień, gdy po długiej drodze do bazy pod Cisną, zaczynamy wreszcie  wietnamską przygodę. Po założeniu mundurów, pobraniu żywności i elementu ekwipunku i zapakowaniu plecaków robi  się naprawdę późno. Jestem zmęczony całym dniem w trasie, nie tylko zresztą ja, więc mam nadzieję, że jednak ruszymy nazajutrz rano. Próżna to nadzieja. Sceny nocnych patroli z „Plutonu” zbyt zapadły w pamięć, koledzy chcą ruszać natychmiast. Nasza osiemnastka ustawia się więc z grubsza w taki szyk, jakim amerykańskie wojsko poruszało się w Wietnamie, szczękają repetowane atrapy karabinów i ruszamy na spotkanie z przeznaczeniem.

Najpierw pod górkę, po asfalcie. Plecaki szybko zaczynają ciążyć, ale morale jest wysokie. Spada jednak gdy już po zmroku wkraczamy na leśną ścieżkę. Okazuje się, że jest na niej o wiele więcej wykrotów, niż można by się spodziewać, a w każdy łatwo wpaść. Dają o sobie też znać siedzący tryb życia i wiek (większość z nas ma 30-40 lat, czyli prawie dwa razy więcej, niż dwudziestolatkowie z prawdziwej „Sto pierwszej”). Niedawno założony ekwipunek coraz bardziej ciąży i ociera, przesuwa się i plącze, stopy co rusz grzęzną w niewidocznych dziurach, zahaczają nas niewidzialne gałęzie,  płuca pracują coraz ciężej. W pewnym momencie czuję że nogi, już od dawna jak waty, całkiem odmawiają mi posłuszeństwa. Siadam ciężko, dyszę ciężko, nie mam w ogóle siły się poruszyć, w piersiach coś gniecie. Ogląda mnie nasz sanitariusz. Uff, to jednak nie zawał. Zdejmuje ze mnie szpej, daje wody i razem z kolegą jakoś targa na miejsce postoju. Nie chcąc spalić się ze wstydu, szybko, przy mdłym blasku starej, kątowej latarki przygotowuję sobie posłanie. Zasypiam.

Poranek w dżungli

Na dmuchanym wojskowym materacu, przezywanym „dziwką” i pod ponchem z podczepioną watowaną podpinką śpi mi się zdumiewająco wygodnie, mimo że do rana z materaca schodzi całe powietrze. Dodatkowe ciepło zapewnia wojskowa dresowa bluza, o swojskiej nazwie „śpioch”, w Wietnamie  zakładana głównie na noc, pod bluzę munduru. Budzę się rześki, wczorajsza słabość całkiem mija i do końca wyprawy już nie wraca. Co ciekawe, w trakcie następnych dni, podobny „dół” przytrafia się kolejno każdemu z nas. Widocznie to cena płacona za aklimatyzację.

Rankiem czas na rytuały, które odtąd towarzyszą nam codziennie. Najpierw podgrzanie konserwy na paliwku, wrzuconym do polowego kochera ze starej puszki podziurawionej wojskowym scyzorykiem. Amerykańskie paliwko grzeje potężnie, ale wydziela bardzo gryzący dym, płaczemy jak bobry. Wysokie konserwy nie podgrzewają się równomiernie, główny prowiant, czyli pulpety w sosie pomidorowym („meatballsy”, które śnić nam się będą po nocach, niekoniecznie miło) musimy jeść dosyć letnie. Do tego kawa z pakietu, na wodzie z manierki, przyrządzana w wojskowym kubkach lub oczyszczonych puszkach po konserwach. W lesie, o poranku – pyszności. Chociaż przyrządzenie tego wszystkiego, nawet banalnej kawy, w polu jest lada wyzwaniem. Trzeba wypakować saszetkę, cukier, wyjąć manierkę, odkręcić manierkę,  wlać wodę, zakręcić, zagotować na chybotliwym kocherku, zakręcić,spakować. I tak ze wszystkim. Mnóstwo pracy, zupełnie inaczej niż w domu.

Błądzenie według mapy

Po śniadaniu, czas się pakować. Amerykański ekwipunek okazuje się praktyczny pod względem składania, kilkanaście minut i wszyscy jesteśmy gotowi do wymarszu. Część z nas, na wzór żołnierzy z Wietnamu wykorzystuje zapasowe skarpety jako podwieszone do plecaka sakwy na konserwy. Po ustawieniu się w szyk, widok kolumny wojska  wyglądającego jak żywcem wyjętego z filmu o wojnie w Wietnamie szybko podnosi nadwątlone morale. To naprawdę wygląda niesamowicie – oliwkowozielone mundury, hełmy okryte plamistymi pokrowcami, plecaki, anteny radiostacji, lufy karabinów, porozwieszane taśmy z amunicją… Wszystko na tle soczystej bieszczadzkiej zieleni, bardzo udatnie naśladującej wietnamskie chaszcze. Jest moc!

fot. Mateusz Orzechowski

Moc siada jednak, gdy okazuje się, że wojskowe mapy okolicy, w które za niemałe pieniądze zaopatrzyliśmy się dla „klimatu” są owszem , bardzo dokładne, ale pokazują bieszczadzka rzeczywistość sprzed lat trzydziestu. Zaczynamy błądzić. Ekwipunek ciąży coraz bardziej,  a my coraz bardziej rozumiemy, dlaczego Amerykanom szło w tym Wietnamie kiepsko. Nisko podwieszona, komora wypakowanego plecaka ciągnie w dół, utrudniając wspinaczkę. Dwuczęściowy hełm, złożony metalowej skorupy i wkładu z tworzywa jest bardzo ciężki, wbija głowę w kark. Dwie manierki przy pasie, obowiązkowe w tropikach to i tak za mało przy naszych potach, dobrze że mamy więcej manierek, poza tym gumowe bukłaki… ale to wszystko swoje waży! Dobrze, że chociaż karabin (a właściwie jego dokładna atrapa) jest całkiem lekki, a dzięki wygodnemu uchwytowi można go transportować prawie bez bólu.

Po długich godzinach marszu, półżywi, rozkładamy się wreszcie na nocleg. Koledzy zbierają manierki od reszty oddziału i napełniają wodą ze strumienia. Trzeba ją odkazić tabletkami z pakietów, które nadają wodzie smak zawartości chlorowanego basenu. Szykujemy posłania, ktoś wyciąga Playboya z lat sześćdziesiątych, ktoś karty do gry z nagimi paniami, również z tamtych lat. Okazuje się, że kanony urody niezwykle się zmieniły się od tamtych czasów, w dodatku na niekorzyść minionej epoki. Nocą wystawiamy warty – Wietkong nam co prawda nie grozi, ale w okolicy krąży niedźwiedź, zatem nie czujemy się bezpiecznie.

Góra bardzo złamanych serc

Rankiem znowu w drogę. Po kolejnym błądzeniu i  nowych uderzeniach aklimatyzacyjnej słabości, postanawiamy iść na przełaj. Docieramy pod wzniesienie, za którym mieści się baza harcerska, odgrywająca dla nas rolę przyjaznej, wietnamskiej wioski.  Wzniesienie nie wygląda imponująco, zresztą, co to dla nas, twardzieli. Tarabanimy się więc na nie z ciężkimi ekwipunkiem, atrapami karabinów, atrapami granatów, magazynków, obwieszeni taśmami amunicji. Czujemy jak uchodzą siły, pot zalewa oczy, duchota zatyka oskrzela. Szybko też pojmujemy, dlaczego na zdjęciach z epoki większość żołnierzy nosi bluzy mundurowe bezpośrednio na ciele – bawełniany podkoszulek grzeje jak koc.

Nieprzytomni ze zmęczenia docieramy na szczyt i potykając się, zaczynamy niepewne zejście. Trochę nam głupio, że aż tak wycieńczyła nas licha górka, zwłaszcza że większość z nas po górach chodzi od lat. Czujemy się staro. To jednak mija, gdy najmłodszy uczestnik patrolu, żwawy i pełen zapału nastolatek, który do tej pory dziarsko dźwigał ciężki erkaem (wymownie przezywany „świnią”), nagle robi się blady, siada na kamieniu i słabym głosem oznajmia, że nie da rady iść. Czyli wcale nie o wiek tu chodzi. Wyczerpanie dopada  w końcu każdego. Robimy dłuższy postój. I wtedy okazuje się, że „górka” którą właśnie pokonaliśmy z marszu, od podnóża do szczytu liczy sobie dobrych kilkaset metrów, zbocze jest nachylone pod kątem 45 stopni, a my weszliśmy na to wszystko dźwigając po 25-30 kilogramów ładunku… Naprawdę, mamy święte prawo czuć się zmęczeni!

Przyjazna wietnamska wioska

Za wzniesieniem, po raz pierwszy od dwóch dni spotykamy też innych ludzi. Odzwyczailiśmy się od cywilizacji, widok barwnie ubranych turystów jest dla nas równie niezwykły i interesujący, co dla turystów widok plutonu amerykańskich żołnierzy z późnych lat sześćdziesiątych. Mijamy się, pozdrawiając przyjaźnie.

Docieramy wreszcie do harcerskiej bazy, a tam niespodzianka. Dwie studentki, obsługa pola namiotowego, widząc wyłaniającą się z lasu grupę brudnych, zarośniętych, umundurowanych i uzbrojonych mężczyzn czmychnęły do swojej budki, zamykając się tam na cztery spusty. Po kilku minutach rozmowy, kiedy okazuje się, że wcale nie chcemy gwałcić, palić i rabować, pracownice bazy nieśmiało wychodzą z ukrycia i załatwiamy formalności. Pobyt na harcerskiej polanie  to dzień wypoczynku, mycia, golenia, rubasznych żartów, handlu racjami żywnościowymi (fasolka za owoce w syropie, komu, komu?). Okazuje się niestety, że pękła skóra w moim wysłużonym dżunglowym bucie. Nie mając innego wyjścia, reperuję go sprawdzoną wojskową metodą: szczelnie oklejając duct tape’em, Metoda się sprawdza, but dobrze służy do końca patrolu.

Worek z pilotem

Wszystko co miłe szybko mija, pora odmaszerować. Milę za bazą  – zaskoczenie. Nasz radiooperator dostaje wiadomość, że w okolicy znajduje się zestrzelony amerykański pilot. Zaczynamy przeczesywać zarośla w poszukiwaniu lotnika . Okazuje się, że biedak nie przeżył. Wkrótce niesiemy już prawdziwy worek na zwłoki (podobno nieużywany) z nieprawdziwym trupem w środku. „Zwłoki” są dziwnie nieforemne i pobrzękują, ale swoje ważą. Dzielnie dźwigamy je pod górę, w leśnej duchocie. Zadanie ułatwia podpięcie ciężaru do karabińczyka, który nosi każdy z nas. Już wiemy, dlaczego spadochroniarze się z nimi nie rozstawali.

Marsz jest mozolny, ale nie monotonny. Jak zwykle ukrywamy się przed leśnikami (mamy pełne prawo tu przebywać i robić co robimy, ale ktoś przecież musi zastąpić nam ). Po drodze „zdobywamy” drewnianą wiatę, traktując ją  jako chatę we wrogiej wiosce. Jesteśmy w polu od kilku dni i nocy, przywykliśmy do takiego życia, nic już nie ociera ani nie przeszkadza, mundury są niczym druga skóra. Ale i tak postój witamy z ulgą. Otwieramy worek na zwłoki, a  w nim znajdujemy nagrodę za trudy: butelkę burbona oraz wiele puszeczek z colą, starannie ucharakteryzowanych na puszki z lat sześćdziesiątych. Alkohol jakoś nie budzi entuzjazmu, za to z rozkoszą lejemy w spierzchnięte gardła słodki, kofeinowy napój. Jaka to miła odmiana po cuchnącej chlorem wodzie!

Jądro ciemności

Mniej miłe jest to, że gdy już szykujemy posłania, na horyzoncie pojawia się ogromna, czarna chmura. Nie wygląda to dobrze, zaczynamy się naradzać. Jeden z kolegów, chcący przeżyć wszystko dokładnie tak jak żołnierze w Wietnamie, nawet jeśli miałby tego nie przeżyć, ostro sprzeciwia się poszukiwaniom bezpieczniejszego schronienia. Jednak zmęczenie pozostałych zwycięża i przenosimy się do drewnianej wiaty, którą dzisiaj oczyszczaliśmy z Wietkongu. Parę osób jednak się buntuje, postanawia wartować na zewnątrz, pod daszkiem z rozpiętego ponczo.

fot. Marcin Dudek

Nocą rozpętuje się piekło. To nie jest burza, tylko tajfun, orkan, cyklon, tornado, wszystko naraz i do potęgi. Pioruny rażą wzrok nawet przez zamknięte powieki, wiatą trzęsie, deszcz lejek się kubłami. Kolega „wietnamski zapaleniec” nie chce jednak schronić się w wiacie, na groźby i prośby odpowiada, że jeśli trafi go piorun, mamy go  pochować i napisać, że tutaj leży poległy G.I.

Zakapior i my

Ranek jest w miarę pogodny, tylko kałuże i nieco błota przypominaj o nocnym hydropiekle. Ruszamy, ubrania schną na nas, co poniektórzy, tak jak w Wietnamie, rozwiesili przemoczone skarpety na hełmach, tak  wysychają bardzo szybko. Kolejny nocleg, na leśnej polanie jest już suchy i spokojny, chociaż gałąź mało nie wybija mi tam oka. Jednak nazajutrz niebo znowu jest zasnute chmurami, przyspieszamy więc kroku, aby przed deszczem zdążyć tam, gdzie kończy się nasza wyprawa – parking, odgrywający rolę lądowiska, skąd zabiorą nas auta odgrywające rolę śmigłowców. Ulewa nie daje za wygraną, dopada nas właśnie na tym parkingu.

Chowamy się w jakimś straganie,  który wkrótce okazuje się własnością miejscowego twardziela, tak zwanego „bieszczadzkiego zakapiora”. Rzeczony zakapior, brzuchaty starszy pan w chustce na głowie i obwieszony brzękadełkami przyjeżdża samochodem i traktuje nas dosyć protekcjonalnie, aż emanując poczuciem własnego twardzielstwa. Milczymy, chociaż on zjawił się tu wygodnym autem, a my ostatnich kilka dni spędziliśmy maszerując przez góry i śpiąc na ziemi. Obchodzi nas teraz tylko to że możemy chować się teraz przed deszczem na jego straganie.

Sekret szczęścia

No, jeszcze obchodzi nas, że już niedługo dostaniemy zimne piwo, świeże jedzenie, możliwość umycia się, wyspania pod dachem, że już nie trzeba oszczędzać wody i że nie trzeba też już nigdzie maszerować. Po dotarciu na bazę radości z tych zwyczajnych rzeczy nie ma końca, w takich chwilach człowiek uświadamia sobie, czym tak naprawdę jest szczęście i jak niewiele do niego potrzeba.

A to nie wszystko, bo przecież możemy się przecież jeszcze cieszyć z rzeczy niezwyczajnych. Zdobyliśmy mnóstwo wiedzy o tym  jak mogli czuć się dawni żołnierze. Wygraliśmy ze słabościami, ze zmęczeniem i bardzo wyraźnie uświadomiliśmy sobie się jak straszna jest prawdziwa wojna, kiedy do okropnego zmęczenia dokłada się jeszcze okropne niebezpieczeństwo. Dzięki wspólnym przeżywanym trudom zżyliśmy się niczym bracia, wiemy już nawzajem ile jesteśmy warci i że warci jesteśmy niemało. A wszystko dzięki zwariowanemu doświadczeniu z pogranicza eksperymentu i rozrywki. Naprawdę, warto podróżować w czasie!

fot. Mateusz Orzechowski

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Maciej Nowak-Kreyer
Maciej Nowak-Kreyer
Z zamiłowania i wykształcenia historyk, z zawodu człowiek pracujący
słowem, z chęci popularyzator historii. Lubi poznawać ją empirycznie
oraz od podszewki, dlatego często wyrusza na prywatne podróże w
czasie. Przy okazji nabył kilka umiejętności nietypowych dla
humanisty, jak strzelanie, walka bronią białą i jazda konna. Miłujący
pokój fascynat wojskowości, zakochany po uszy w międzywojennej Polsce. Jednak mimo wszystko stara się żyć tu i teraz. W wolnych
chwilach miłośnik dobrego kina, mocnego rocka i fantastyki.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Magazyn

Dzień Starszego Wachmistrza z przedwojennego warszawskiego garnizonu

Dumnemu i poważanemu Starszemu Wachmistrzowi czasem trudno jest uwierzyć, że przecież tak niedawno był niepiśmiennym, wiejskim dzieciakiem z Kresów, którego czekała najwyżej kariera piekarza. Zaciągnięcie się do polskiego wojska w niespokojnym 1919 roku okazało się jego najlepszą życiową decyzją.
Maciej Nowak-Kreyer
Maciej Nowak-Kreyer
12 maja 2018
CZYTAJ WIĘCEJ