Wszyscy jesteśmy Polakami. I co z tego wynika?

6 minut czytania
1169
0
Izabela Tomella
Izabela Tomella
28 lipca 2018

Odsłuchaj

Od kilku dni w internecie i telewizji można obejrzeć promocyjny spot Onetu pt “Hymn”, zrealizowany z okazji stulecia niepodległości, w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego. Obejrzałam ten spot kilka razy i wciąż nie mogę ustalić, co to właściwie jest. Reklama? Kampania społeczna? Sądząc z dyskusji na Facebooku u redaktora Węglarczyka – nieszczególnie udana.

Dla tych, którzy jeszcze nie widzieli krótkie streszczenie: rzecz dzieje się w restauracyjnej części centrum handlowego, przy stolikach i w kolejkach po smażonego kurczaka – cały przekrój polskiego społeczeństwa. Kłócąca się rodzina, dziewczyna z dredami popijająca zielony koktajl, kilku łysych gości w koszulkach z napisem „Śmierć wrogom ojczyzny”  i szalikach wyglądających na kibicowskie. Obok grupa harcerzy ze sztandarami, weteran w wojskowym mundurze, zakonnica i muzułmanka w hidżabie. Podrygujący w rytm muzyki chłopak w kolorowej koszulce, który zapewne jest jednocześnie hipsterem i gejem, młode kobiety w koszulkach z logo „Czarnego Protestu”, dziewczyna o ciemniejszej karnacji w biało-czerwonej koszulce i mnóstwo innych postaci, podobnych do tych, które codziennie mijamy na ulicach.

W pewnej chwili nudzący się chłopczyk siada do stojącego gdzieś z boku pianina i zaczyna śpiewać „Mazurka Dąbrowskiego”. W tym momencie całe towarzystwo podnosi się od stolików, staje mniej więcej na baczność i chóralnie dołącza do śpiewania hymnu.

Chór ten nie jest jednak zbyt zgodny – co i rusz, ktoś zapomina tekstu, a śpiewający łypią na siebie podejrzliwie i niechętnie. Wyjątkiem są dzieci, które trzymają się za ręce, nie bacząc na koszulki i szaliki i wyśpiewują czysto  zwrotki o Basi, tarabanach i zapłakanym ojcu. W tłumie śpiewających jest także Bartek Węglarczyk, dyrektor programowy Onetu, który pod koniec klipu wysuwa się na pierwszy plan i wygłasza koncyliacyjne przesłanie: „Wiemy, jak wiele nas różni, ale wszyscy jesteśmy Polakami. Spotkajmy się na Onet.pl”.

Nie mówcie tego moim koleżankom i kolegom w firmie, bo chcą ten film pokazać innym razem, ale nie mogłem się tym nie podzielić :)Oto reżyserska wersja klipu Onetu, w zasadzie taki minifilm w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego. Mnie się bardzo, bardzo podoba. #100LatPolsko

Opublikowany przez Bartek Węglarczyk Czwartek, 19 lipca 2018

Co to właściwie jest?

Obejrzałam ten spot kilka razy i wciąż nie mogę ustalić, co to właściwie jest. Jeśli przyjmę najbardziej oczywistą wersję, że reklama, to wszystko w miarę jasne. Reklama ma sprzedawać, podnosić zyski i przyciągnąć jak najwięcej klientów. A że klientela zróżnicowana, to trzeba znaleźć dla każdego coś miłego, więc jedziemy w klimacie „bo wszyscy Polacy to jedna rodzina” . W rodzinie, wiadomo, bywa różnie, ale nie będziemy tego rozgrzebywać, bo jak mawiał wujaszek Fredro, najważniejsza „tak jest – zgoda, a Bóg wtedy rękę poda”.  Więc trupy do szafki, na szafkę serwetka, na serwetkę laptop z Onetem. I czekamy na zwrot z inwestycji.

Ale zdaje się, że sami twórcy są zdania, że to nie zwykła reklama, tylko kampania społeczna. Tak przynajmniej twierdzi redaktor Węglarczyk, który całemu przedsięwzięciu dał swoją twarz i na swoim fejsbukowym profilu z dumą udostępnił reżyserską wersję filmu.

I tutaj zaczyna się chryja, bo kampanie społeczne mają zazwyczaj na celu promocję jakichś zachowań albo wartości. Tymczasem pojawia się wątpliwość, czy niektóre elementy onetowskiej produkcji na taką promocję zasługują i czy dobrze się przysłużą naszemu życiu społecznemu.

Śmierć wrogom Onetu

Największe wzburzenie budzi  obecność w klipie aktorów w koszulkach z hasłem  „Śmierć wrogom ojczyzny”. Stanowisko Bartka Węglarczyka jest takie: „To jest kampania społeczna, a więc zachęca do pewnych działań, o których uważamy, że jest ich za mało. W tym przypadku chodzi o odczuwanie wspólnoty bez względu na to, jaką koszulkę mamy”.

Zdaje się,, że jest w swojej opinii jednak odosobniony, bo w dyskusji pod filmem przeważają raczej głosy takie jak ten:

„Stawianie w jednym rzędzie ludzi walczących o swoje podstawowe prawa z tymi, którzy im tych praw odmawiają i nazywają wrogami ojczyzny… Ach, jakie piękne”.

„Nie chodzi o opinie i większość i mniejszość. Chodzi o zawezwanie do tego, bym czuł wspólnotę z ludźmi, którzy chcą mojej śmierci. Z ludźmi, którzy nie widza w Polsce miejsca dla innego obywatela niż BIAŁY, heteroseksualny katolik”.

„Kogo, zdaniem autorów filmu, panowie w koszulkach „śmierć wrogom ojczyzny” uznają za wroga ojczyzny i dlaczego? Naprawdę uważacie, że promocja hasła wzywającego do zabijania ludzi na podstawie tego, co się komu wydaje, lub też co mu który politykier powie w telewizji, jest okej? Stawiacie na równi z ludźmi walczącymi o wartości demokratycznego państwa prawa, ludzi wzywających do zabijania? W imię czego?”.

„Jest dla mnie naprawdę niepojęte, że red. Węglarczyk nie rozumie, że „śmierć wrogom ojczyzny” i w ogóle szerzej mówiąc nawoływanie do mordu jest zupełnie czym innym niż bycie księdzem, gejem, czarnoskórym, muzułmaninem, katolikiem, feministką czy weteranem. Serio, niepojęte”.

„Nie  wprowadzajcie Państwo nacjonalistów do mainstreamu, jako pełnoprawnych uczestników „dyskusji”. Po co osoby należące do mniejszości mają się spotykać z nacjonalistami? Żeby wypracować kompromis w kwestii tego, czy mają prawo żyć?”.

„Pan niestety najwyraźniej oszalał. Normalizowanie ksenofobii i tworzenie symetrii pomiędzy nacjonalizmem i jego ofiarami nie prowadzi do ogólnej społecznej szczęśliwości i harmonii. No chyba że się faszyzm uważa za odmianę tej ostatniej”.

Dwie strony tej samej monety?

Część tych argumentów trafia chyba jednak celnie, bo zazwyczaj precyzyjny, merytoryczny i dowcipny redaktor Węglarczyk momentami prowadzi tę dyskusję w stylu cokolwiek zdumiewającym, zarzucając rozmówcom, że nic z filmu nie zrozumieli, załamując ręce nad poziomem ich edukacji, dokonując wycieczek na ich prywatne profile albo sugerując, że są pod wpływem alkoholu (!).

Lubię Bartosza Węglarczyka i nie mam żadnego powodu, żeby wątpić w jego szczerą chęć dialogu z każdym, bez względu na prezentowane poglądy. Ale nie mam też powodu, żeby wątpić w jego zdrowy osąd, co jest dobre, a co złe. Dlatego twierdzenie, że ktoś, kto na ulicy na wszelki wypadek schodzi z drogi grupce dobrze zbudowanych mężczyzn w koszulkach z nacjonalistycznymi hasłami, jest taki sam, jak ci którzy grożą śmiercią wszystkim, których uważają za wrogów ojczyzny – jest wyłącznie retorycznym zapędzeniem się w dyskusji (przykład z wymiany zdań pod postem B.W.)

Jasne, możemy snuć dywagacje, czy w klipie Onetu łysi kolesie w koszulkach ŚWO to faszyści, naziści czy narodowcy, ale serio, zamiast liczyć diabły na końcu szpilki, skupmy się na tym, co istotne.

A istotne jest, że w operującym stereotypami spocie, te postaci reprezentują skrajne środowiska prawicowe. Bo bez względu na historyczną proweniencję tego hasła, grożenie śmiercią niesprecyzowanym „wrogom ojczyzny” (bardzo pojemne pojęcie) w sytuacji, kiedy nie mamy żadnej wojny, jest groźnym ekstremizmem. Nawet jeśli Bartosz Węglarczyk zna ludzi, którzy noszą takie koszulki, a mimo to przeprowadzają staruszki przez ulicę i pomagają w porządkowaniu żydowskich cmentarzy. Też chętnie porozmawiam z tymi jego znajomymi, ale jeśli nadal pozwolimy sobie wmawiać, że hasło „Prawa kobiet prawami człowieka” i „Polska dla Polaków” to dwie strony tej samej monety, to za chwilę znajdziemy się w bardzo niefajnym miejscu.

Przestańmy dygać

Coraz częściej poglądy, które jeszcze niedawno straszyły w najbardziej ponurych zakątkach internetu, torują sobie drogę do głównego nurtu i domagają się uznania za równoprawny głos  w dyskusji. Mechanizm (i skutki) przesuwania się ekstremów do mainstreamu trafnie opisała Kaja Puto w tekście „W sprawie legalizacji gwałtów”. Przykład drastyczny, ale zasada ta sama.

Mamy wybór, a wyjścia z grubsza są dwa. Możemy się trochę oburzać, ale jednak dawać publiczną przestrzeń do wypowiadania takich haseł w imię szeroko rozumianych demokratycznych swobód. Tylko w tym wypadku przygotujmy się na bolesne lądowanie. Bo autorytarna, tradycjonalistyczna prawica, jak już rozepchnie się w centrum, nie będzie specjalnie zainteresowana dalszą debatą i roztrząsaniem czym się różni jeden lewak od drugiego. Radykałowie z tych środowisk zrzeszeni na przykład w Agende Europe są przekonani, że ich misją jest przywrócenie „naturalnego porządku” i jeśli tylko będą mieli możliwość,  zmuszą całą resztę do przyjęcia zasad, które uważają za słuszne.

Aktywiści tego nurtu działają już w Polsce i z dużą energią zajmują się właśnie manipulacją językiem, redefiniowaniem pojęć i faktów, oswajaniem społeczeństwa ze skrajnymi postulatami, a na koniec – umocowaniem tych postulatów w prawie. Zainteresowanym polecam tekst Klementyny Suchanow „Religijni radykałowie ćwiczą w Polsce” z jednego z ostatnich numerów „Polityki”.

Możemy też przestać w końcu dygać i głośno powiedzieć, że na  pewne poglądy i postawy nie ma miejsca w publicznej debacie. I równie głośno, na przykładach, tłumaczyć dlaczego ich nie akceptujemy.

Oczywiście, nie spowoduje to, że te poglądy znikną. W Polsce, jak słusznie zauważa Bartek Węglarczyk, mieszkają ludzie o bardzo różnych przekonaniach. I super, bardzo chciałabym, żeby tak zostało. Tylko jeśli teraz nie będziemy mieli jaj, żeby jasno ustalić, że nacjonalizm czy ksenofobia to nie są zjawiska tego samego typu, co feminizm czy wsparcie dla UE, to pewnego nieodległego poranka obudzimy się w kraju, w którym wszyscy muszą myśleć tak samo.

Nie chodzi o to, aby izolować tych, którzy myślą inaczej niż my. W pełni popieram apel redaktora Węglarczyka, aby więcej rozmawiać o tym, co nas łączy, niż o tym, co nas dzieli. Ale również, a nie zamiast.

PS W dyskusji na wallu B.W. pojawiła się też trzecia interpretacja tego spotu. To nie reklama, ani kampania społeczna, po prostu Smarzowski strollował Onet ; )

Cytaty kursywą pochodzą z dyskusji na FB  Bartka Węglarczyka.

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Izabela Tomella
Izabela Tomella
Kiedyś chciała być bibliotekarką, bo wyobrażała sobie, że dzięki temu cały dzień będzie mogła czytać książki. Ostatecznie książki czyta na własnej kanapie, na lotniskach, dworcach i w autobusach, albo –
najprzyjemniej w hamaku, na jakiejś odludnej plaży. Do bibliotek i księgarń ma jednak ciągle słabość.
Jedzenie jest jej pasją i wpada w entuzjazm, kiedy trafi w miejsce, które karmi dobrze i z zaangażowaniem, w przeciwnym wypadku jest jej bardzo smutno. Skończyła filologię polską, współpracowała z radiem i telewizją. Razem z mężem prowadzi podróżniczego bloga „Państwo na Walizkach”. Obydwoje właśnie porzucili wygodne życie, aby wyruszyć w świat, z biletem w jedną stronę.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Opinie

Feministki jak nacjonaliści, czyli dlaczego nie jestem feministą

Nic tak nie przekonuje do feminizmu, jak czytanie prawicowej prasy. Niestety po pewny czasie zaczyna się dostrzegać pewne niepokojące analogie między tymi dwoma nienawidzącymi się wzajemnie środowiskami.
Paweł Skała-Piękoś
Paweł Skała-Piękoś
12 września 2017
CZYTAJ WIĘCEJ