Zakopane – nie „polskie Vegas”, ale miasto z duszą (przykrytą płachtą reklamową)

5 minut czytania
605
1
Martyna Kośka
Martyna Kośka
11 lipca 2018

Odsłuchaj

Wiele się od czasu, gdy Makuszyński przyjeżdżał pod Tatry, zmieniło i przez ostatnie 20 lat górale dużo zrobili, by schować dziedzictwo miasta i ducha Witkacego pod grubą warstwą reklam, ale gdy poszukać głębiej, wciąż znajdziemy magię górskiego kurortu.

To banał, że choć można coś albo kochać, albo nienawidzić – ale jednak są zjawiska, ludzie czy miejsca, do których ten zero-jedynkowy wybór pasuje. Tak jest w przypadku Zakopanego, które dla wielu jest „polskim Vegas”, stolicą tandety, które miłośnicy Tatr powinni objeżdżać szerokim łukiem, a jeśli już muszą przyjechać pociągiem na dworzec (który jest koszmarny i to nie podlega dyskusji), to najlepiej, by się teleportowali wprost na szlak.

Zawsze można uciec na szlak…

Ja jestem na drugim biegunie. Lubię Zakopane, pewnie dlatego, że odpowiednim momencie potrafię „wyłączyć zmysły”. Już wiele lat temu podjęłam wysiłek przebicia się przez warstwę pamiątek i chaosu, co nie było zresztą trudne: po prostu zeszłam z Krupówek i szukać ulic, które wyglądają jak te, którymi chodziła Irenka, tytułowa Panna z Mokrą Głową, która bawiła w Zakopanem w willi Ustronie u bogatej krewnej. Irenka miała szczęście wizytować Zakopane w okresie międzywojennym, gdy było eleganckim miastem bohemy i krakowskich (choć nie tylko) inteligentów.

Postaram się Was przekonać, że warto dać Zakopanemu drugą szansę.

Bez przyjezdnych nie byłoby Zakopanego jakie znamy

„Całkiem ładne miasto, gdyby tylko nie ci turyści” – mruknie niejeden na wspomnienie Zakopanego. Tyle tylko, że gdyby nie ci turyści, Zakopane byłoby nadal małą wsią zagubioną u podnóży gór, o której praktycznie nikt nie słyszał. Dla świata odkrył ją lekarz, miłośnik przyrody i górskich wędrówek Tytus Chałubiński, który w latach 70. XIX wieku dowiódł, że tamtejszy klimat sprzyja leczeniu gruźlicy. Ta straszna choroba dziesiątkowała społeczeństwo ówczesnej Europy, dopiero w latach 60. medycyna zaczęła sobie z nią radzić.

Willa Atma (fot. marekusz/Shutterstock.com)

Wcześniej lekarze wierzyli, że najlepszym lekarstwem są miesiące spędzone w sanatorium, gdzie chory może oddychać zdrowym powietrzem i wypoczywać. Rzecz jasna, mogli sobie na to pozwolić wyłącznie najbardziej majętni. W modzie były sanatoria alpejskie – ale po co jeździć do obcych, skoro u nas nie mniej ładnie? Wybitny kompozytor Karol Szymanowski leczył się w Davos, ale w 1930 roku wynajął willę Atma w Zakopanem (dziś działa tam muzeum, w którym zobaczymy nie tylko pamiątki po kompozytorze, ale też kilka portretów spod ręki Witkacego) i mieszkał w niej przez 6 kolejnych lat. Zafascynowany góralami, chłonął graną przez nich muzykę i komponował, póki starczyło mu sił.

Miasto kuracjuszy szybko stało się ulubionym kurortem bohemy. Przyjeżdżali i Warszawy, i z Krakowa, by prowadzić dysputy, pisać i malować, chodzić po górach. Adolf Dymsza, Mira Ziemińska, Jarosław Iwaszkiewicz spędzali w Zakopanem długie tygodnie. Nie można też pominąć artystów, którzy z Zakopanem związali swoje życie: wspomniany już Witkacy, poeci Jan Kasprowicz i Kazimierz Przerwa-Tetmajer.

Tyle było ładnych małopolskich miasteczek, dlaczego właśnie Zakopane nieprzerwanie od początku wieku do wybuchu II wojny przyciągało artystów?

Słynny zakopiański styl (fot. marekusz/Shutterstock.com)

Decydowała o tym na pewno magia otaczających je gór. Początek stulecia to okres, gdy ludzie z nizin zaczęli odkrywać przyjemność ze zdobywania szczytów, a zimą jeździli na nartach. Do tego jedyny w swoim rodzaju styl zakopiański, za ojca którego uważa się Stanisława Witkiewicza. No i poczucie, że do Zakopanego przenosi się życie kulturalne i intelektualny ferment. Przez lata po prostu wypadało tam być.

A na koniec przyszli turyści

Wojna przyniosła koniec świata, jaki znało pokolenie naszych dziadków. Dotknęło to także Zakopanego – eleganckie pensjonaty powoli zaczęły zastępować domy wczasowe, zamiast artystów i dziennikarzy przyjeżdżali turyści. Zakopane zmieniło swoje oblicze, ale wciąż jeszcze było miastem przyjemnym dla oka – z charakterystyczną zabudową i handlem prowadzonym nie z tandetnych budek, ale sklepów albo wprost od góralskich bab.

I tak nadchodzi rok 1989.

„Na Krupówki powraca wówczas ruch. To na razie niewielkie, ale liczne przekształcenia. Narastają szyldy, witryny wypełniają partery kamienic. Znamiennym początkiem budowania i zmian było otwarcie restauracji McDonald’s. Był rok 1995. Na sesjach Rady Miasta większość radnych interpretowała zbliżające się wydarzenie jako prestiżowe, włączające miasto w krąg światowy” – piszą Jakub Szpilka i Piotr Mazik w wydanej przez „Czarne” książce zatytułowanej po prostu „Krupówki”.

Tradycyjne oscypki – handel kwitnie

To wtedy, na początku lat 90. ubiegłego wieku, Zakopane zaatakował estetyczny nowotwór. Górale, którzy na czym jak na czym, ale na zarabianiu dutków na ceprach znają się po mistrzowsku, na gwałt zaczęli dostarczać wszystko to, co potencjalnemu turyście na urlopie może się przydać. Wełniane skarpety we wszystkich kolorach i rozmiarach? Pluszowe owieczki, baranki i smok wawelski na wypadek, gdyby ktoś zapomniał kupić, przejeżdżając przez Kraków? Do tego oscypki, chusty, kapcie i wszechobecne ciupagi.

Ktoś powie – nic dziwnego, w latach 90. wszyscy byliśmy spragnieni możliwości swobodnego kupowania i chętnie korzystaliśmy z dostępu do pamiątek z wakacji – jaka miła odmiana po latach przywożenia co najwyżej szyszek i muszelek znad morza. Tyle że zadziałała samonakręcająca się machina – ludzi przyjeżdżało coraz więcej, więc obsługiwało ich jeszcze więcej sprzedawców, którzy wystawiali jeszcze więcej marnej jakości towaru. Bardzo szybko góralskie rzemiosło zostało zastąpione przez tandetę z Chin, więc niezależnie od tego, czy straganów jest dwadzieścia czy sto, na każdym znajdziemy praktycznie to samo.

Gdziekolwiek jest grób Witkacego – lokator się w nim przewraca

Ale przecież nie tylko wszechobecny handel przewidywalnym towarem jest meczący dla oczu i wystawia na poważny test nasze poczucie gustu. Bo o ile stragany można ujednolicić i administracyjnie zmniejszyć ich liczbę (o czym później), to raz zbudowany szpecący budynek pozostanie problemem już na lata.

Po 100 latach zmian na tym deptaku ciężko już powiedzieć właściwie, jaka jest ta ulica. Ciężko będzie teraz przywrócić dawny jej styl. Krupówki stały się już takim podhalańskim Las Vegas – powiedział w rozmowie z „Gazetą Krakowską” Jan Karpiel-Bułecka, zakopiański architekt i regionalista.

Na Krupówkach prawo własności okazało się tak święte, że pozwalało każdemu budować to, na co miał ochotę i to niezależnie od tego, czy stylistycznie pasuje do sąsiadujących budynków. Ta samowola doprowadziła do tego, że Krupówki utraciły jakikolwiek spójny charakter, a architektoniczne wykwity dość regularnie konkurują w plebiscytach na najbrzydszy budynek w Polsce. W 2016 r. do walki o niechlubny tytuł Makabryły (konkurs organizowany przez portal Bryła.pl) wytypowana została galeria handlowa, o której organizatorzy napisali tak: „Centrum handlowe na Krupówkach zajęło puste miejsce po zabytkowym budynku wzniesionym w 1901 roku, który pełnił funkcję pierwszego pensjonatu na tej ulicy. Na początku XX wieku mieszkał w nim Władysław Reymont, następnie zamieniono go w Hotel Sport, w którym mieściła się restauracja Przełęcz. Od lat 60. XX wieku mieścił się w tym miejscu słynny Cocktail Bar. Budynek mimo zapowiedzi właściciela nie został odbudowany, a w jego miejscu wzniesiono nowoczesne centrum handlowe.  Wypukłe, szklane formy elewacji przypominać miały strukturę oscypka, ale są raczej prostackim nawiązaniem do kultury Podhala”.

Architektoniczny zgrzyt na Krupówkach (fot. Agnes Kantaruk/Shutterstock.com)

Niestety, „oscypek” został, a wraz z nim wiele nie mniej wulgarnych galerii handlowych, stylizowanych na góralskie chaty bud, w których sprzedaje się góralburgery (że niby swojsko) i kebaby (bo jednak światowo też być musi). Jedna Makabryła to za mało? W tegorocznej edycji nominowano szkaradną przebudowę (choć słowo mocno na wyrost) willi zaprojektowanej blisko 100 lat temu. Efekt kuriozalny, bo chcąc wykorzystać wart grube pieniądze teren, inwestor obudował stare mury tak, że zniknęły pod kolejnymi piętrami nowego.

Park kulturowy ma ratować resztki ładu

Takich przykładów jest niestety dużo. W tym wszystkim raduje to, że nie każdy Zakopiańczyk akceptuje samowolę deweloperów i handlarzy. W 2015 roku Rada Miasta przyjęła uchwałę o utworzeniu na Krupówkach parku kulturowego. Polega to na specjalnej ochronie części krajobrazu szczególnie cennej ze względu na zabytki charakterystyczne dla miejscowej tradycji budowlanej. Na tę formę ochrony zdecydowało się kilkadziesiąt miejscowości w Polsce.

Łatwo nie było. Batalia o utworzenie parku trwała 3 lata, a najbardziej sprzeciwiali się górale, którzy na Krupówkach prowadzą biznes i chcą albo reklamować go na jakimś banerze, albo mają ochotę rozbudować obecny lokal, albo chcą chodzić po Krupówkach z owcą, która za dychę pozuje do zdjęcia. Skończyło się! Sprzedawcom nakazano ujednolicić szyldy, wprowadzono zakaz handlu obwoźnego na głównej ulicy. Już nie zobaczymy ludzi w strojach Kubusia Puchatka czy Sponge Boba, paradujących po ulicy i inkasujących gotówkę od rodziców maluchów, które nie wiedzą, że możliwość przytulenia się do ulubieńca z kreskówek da się zmonetyzować.

Ograniczenia związane z powstaniem parku kulturowego obowiązują od 2016 roku Zarządcy nieruchomości zostali poinformowani o konieczności ujednolicenia szyldów reklamowych, a sprzedawcy – że od teraz na głównej ulicy można handlować tylko produktami regionalnymi i wyłącznie z fasiągów, które zastąpiły nieestetyczne stoiska. Za niedostosowanie się do zasad strażnicy miejscy wystawiają mandaty. Lokalne media przed dwoma laty donosiły, że efekty wejścia w życie nowego porządku były widoczne już od pierwszych dni lipca, na przykład znikły „koziołki” reklamowe.

Reklamowy obłęd ogarnął całe Podhale

W dłuższej perspektywie niestety nie wygląda to tak kolorowo. W grudniu 2017 r. Najwyższa Izba Kontroli przeanalizowała, czy działania podejmowane przez skontrolowane miasta wpłynęły na ograniczenie liczby nośników reklamowych i poprawienie estetyki przestrzeni publicznej. Kontrolerzy zauważyli wprawdzie, że „pierwsze pozytywne zmiany zaczęły być widoczne także w Zakopanem”, ale miasto wciąż ma wciąż pole do popisu: 97 proc. znajdujących się w nim reklam było nielegalnych (!).

Zakopiańskie Krupówki (fot. Agnes Kantaruk/Shutterstock.com)

Może aby przyjezdny uniknął szoku, jest przyzwyczajany do reklam już na długo, zanim się w Zakopanem zjawi. Mało jest w Polsce dróg tak gęsto zastawionych bilbordami jak Zakopianka. Zasłaniają góry, męczą wzrok, rozpraszają. Jeśli staniemy w korku, czujemy się przez nie osaczone. Na szczęście tu też ktoś (a konkretnie leżące wzdłuż Zakopianki gminy) powiedział „pas”. Już jesienią zeszłego roku zadeklarowały, że są gotowe przyjmować uchwały, które doprowadza do zmniejszenia (a może i całkowitego wyeliminowania bilbordów). To nie stanie się od razu, ale bardzo prawdopodobne, że za kilkanaście miesięcy o tym, że zbliżamy się do Tatr dowiemy się nie tylko z samochodowej nawigacji, ale po prostu je zobaczymy.

Nie wszystkie drogi prowadzą na Krupówki

Jak widać, wiele ma jeszcze stolica Tatr pracy do wykonania, ale ważne, że zmiany, choć następują powoli, to jednak są obserwowane. Najgorzej nic nie robić i ignorować problem, a ostatni lata naprawdę przynoszą pewne uporządkowanie zakopiańskiego chaosu. Pewnie, że można się na miasto dozgonnie obrazić i nigdy nie postawić w nim stopy. Mamy w Polsce wiele pięknych miejsc i niech każdy odpoczywa tam, gdzie czuje się najlepiej, ale będę jednak apelowała, by nie patrzeć na Zakopane jedynie przez pryzmat jarmarku, jakim niestety stała się jego główna ulica (a który może wkrótce przejdzie do historii).

Krytykom miasta polecam spacer szlakiem architektury zakopiańskiej. Niech na trasie znajdą się wille Kobila, Oksza, Atma, w której mieści się muzeum Karola Szymanowskiego, Harenda (muzeum Jana Kasprowicza), później chwila zaduma na cmentarzu na Pękowym Brzyzku i kaplicy w Jaszczurówce. Zgiełk Krupówek został gdzieś za nami. Ładnie? Miło? Pewnie, bo takie właśnie jest Zakopane.

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Martyna Kośka
Martyna Kośka
U progu dorosłości marzyła o uporządkowanym życiu i oglądaniu miasta z wysokiego piętra przeszklonego wieżowca, więc ukończyła prawo. Nie zdążyła jednak zastukać obcasami na korytarzu sądowym, bo przekonała się, że znacznie ciekawszy świat czeka na mnie gdzie indziej.
Jest dziennikarzem gospodarczym, jej analizy można przeczytać w kilku popularnych serwisach finansowych - ale po godzinach pracy praktycznie nie używa słów typu "inflacja", "nowelizacja" i "jurysdykcja krajowa", lecz pisze dużo bardziej reportażowo, życiowo.
Czyta reportaże, ogląda polskie dramaty obyczajowe, wybiera schody zamiast windy.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Podróże

Tatry na majówkę? Jak nie trafić do kroniki TOPR-u

Początek maja, czyli okres, gdy naród polski szturmem rusza na długi weekend, to w Tatrach wciąż czas panowania zimy. Dlatego wycieczkę w tamte rejony należy starannie przemyśleć i przygotować się do panujących w górach warunków, bo finał chodzenia po oblodzonych zboczach bez odpowiedniego sprzętu może być tragiczny.
Gosia Nowakowska
Gosia Nowakowska
26 kwietnia 2018
CZYTAJ WIĘCEJ