Zbiórka na chore dziecko czy na cynicznego szarlatana?

4 minuty czytania
535
10
Dominika Węcławek
Dominika Węcławek
17 lipca 2018

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Zrozpaczeni rodzice to niestety łatwy cel dla twórców wszelkich “alternatywnych terapii”. Zbiórka pieniędzy na “alternatywne leczenie” autystycznej Helenki zastąpiła mi poranną kawę. Ciśnienie podnosi kilka spraw.

Są dni, kiedy dyskretnie wychylam peryskop z wyłożonej konserwami mięsnymi i książkami ziemianki stanowiącej moją malutką strefę komfortu i wtedy widzę te okropne zgliszcza cywilizacji, które sprawiają, że nasuwam karton na głowę, zwijam się w kłębek i nucę krzepiące inwokacje o betonie.

Okazuje się bowiem, że tam, na zewnątrz, aż roi się od zwykłych, cynicznych sukinsynów. It’s, kurwa, raining bastards. A we mnie budzi się słuszny gniew. I bardzo silny sprzeciw, bo ja, zwyczajnie, sukinsyństwa, zwłaszcza cynicznego, nie lubię, moi kochani.

Tym razem poranną, podwójnie mocna kawę zastąpiła mi – zupełnie niechcący – zbiórka pieniędzy na ratowanie małej Helenki.

Nie zrozumcie mnie źle, ja nie mam nic przeciwko szeroko pojętej charytatywności. Zwyczajnie rozdzwoniły się wszystkie dzwonki alarmowe, a po nich nastąpiło odpalenie rakiet.

Leczenie autyzmu?

W tej zbiórce jest wszystko to, co potrzebne, żeby – mówiąc kolokwialnie – komuś zgodził się hajs.

Mamy tu apel zdesperowanych rodziców, który kipi od emocji, za to jest nieco wyjałowiony z faktów. Zaczyna się od nakreślenia sielskiego tła, potem kryzys, krach, rozpacz, było piękne radosne zdrowe dziecko, jest nieszczęśliwa, mała, cierpiąca istota, która każdego dnia doznaje krzywdy. Jest też wizja ocalenia. I chyba ta wizja jest właśnie najgorsza, trąci żerowaniem na cudzym nieszczęściu i wykorzystywaniu desperacji innych do wzbogacenia siebie.

Powiem wam, że w chwili, gdy życie własnego dziecka jest zagrożone, kiedy to dziecko cierpi i nie wiesz jak mu pomóc, to jesteś w stanie przekraczać własne granice. I nie chodzi tu tylko o przysłowiowe przenoszenie gór, poruszanie nieba i ziemi, ale też o rzucanie się na każdą iskrę nadziei. W końcu chodzi o twoje dziecko.

Jeśli więc masz do wyboru:

  1. Długotrwałe diagnozowanie i wykluczanie kolejnych  chorób, wieloletni proces rehabilitacyjny i pogodzenie się z tym, że twoje dziecko nigdy nie wyzdrowieje, bo – uwaga, drastyczne treści – autyzm to nie choroba.
  2. Obietnicę, że wystarczy wpłacić kilkadziesiąt tysięcy złotych i raz na kilka tygodni jeździć z dzieckiem na badania i zastrzyki, a będzie uzdrowione.

Co wybierzesz? Kiedy nie jesteś obarczony tym emocjonalnym bagażem odpowiedzialności i miłości za twoje własne dziecko, widzisz, że coś tu nie gra. Ktoś tu chyba próbuje wyciągnąć od ciebie pieniądze, a na końcu być może powie ci, że to musi być wyjątkowo złośliwa grupa wirusów, może uwolnione z laboratoriów Big Pharmy adenowirusy, albo patowirusy, że należy pogłębić leczenie farmakologiczne i połączyć je z nacieraniem pięt wyciągiem z buraka. Coś się zawsze znajdzie. A im dalej brniesz ze swoim dzieckiem tą droga, tym łatwiej ci przychodzi łykanie takich opowieści.

Zbawcza moc szarlatanerii

Rodziców, którzy uwierzyli w zbawienną moc szarlatanerii nie brak. Potrafią zignorować nawet najtrafniejsze diagnozy polskich lekarzy (wiadomo, polscy lekarze to dno, strajkujący stażyści jedzący kawior, kolejki w rejestracji i Botoks) i podążyć za najdziwniejszymi sugestiami ludzi, którzy używają skomplikowanych lub wyszukanych nazw na rzeczy zwykłe.

I ja wiem, że żadne racjonalne dyskusje z takimi szarlatanami nie mają sensu, tak jak nie sposób jest polemizować z ludźmi, którzy wierzą, że każdego raka (tylko nie nowotwór) można wyleczyć popijając tłoczony na zimno olej z nasion lewoskrętnego figowca chińskiego (ale tylko tego, który rośnie na południowych zboczach dolin Yunanu). Każdy, kto powołuje się na twarde dane i racjonalne argumenty, jest po prostu ofiarą spisku. Koniec kropka. I ja nie mam nic przeciwko łykaniu setki takiego oleju, czy innego ekstraktu z buraka, poskręcanych witamin, o ile z jednej strony nie przerywa się terapii, a z drugiej nie naraża się na pogorszenie stanu zdrowia. Nie chcę nawet sobie wyobrażać sytuacji, w której rodzice skazują własne dziecko na jeszcze więcej bólu, strachu i cierpienia, a nawet narażają na utratę życia, bo ktoś im powiedział, że na tym polega cudowna, eksperymentalna terapia w Berlinie, na Krymie czy w Honolulu.

Skoro nie dyskusja, to co? Powstrzymywanie rodziców, by “nie karmili trolli”  też jest bezskuteczne. Oczywiście platformy takie jak SiePomaga, na których nie po raz pierwszy ktoś zweryfikował zbiórkę na alt-medowe czary mary mogłyby po prosty bardziej starannie podchodzić do tego, co zatwierdzają.

To smutne ale to kolejna zbiórka na szarlatana, który bez skrupułów żeruje na cierpieniu dziecka, naciąga zrozpaczonych rodziców.A Siepomaga.pl nijak nie weryfikuje celu zbiórki.

Opublikowany przez Uniwersytety dla nauki, pajace do cyrku Piątek, 13 lipca 2018

Nieszczelne platformy charytatywne

Skoro zwykły i niegroźny crowdfunding wymaga od organizatora zbiórki konkretów, to czemu platformy do działań charytatywnych są tak nieszczelne? Wrzucenie emocjonalnego apelu wystarczy do uruchomienia zbiórki na niemałą kwotę? Ja wiem, wpłacający są dorośli, sami decydują, co chcą zrobić ze swoimi pieniędzmi. Jeśli mają ochotę, to mogą nimi nawet napalić w piecu, by się ogrzać, choć to nieekologiczne. Wpłacać będą tym chętniej, im bardziej zdesperowani będą zbierający, im mocniej zagrają na strunach emocji i “sprzedadzą” dalej tę nadzieję, którą im samym sprzedał jakiś cyniczny „doktor”.

Skoro doświadczenie życiowe wskazuje, że nie sprawdzi się racjonalny dialog i nie ma szans na wnikliwszy audyt zbiórek oraz konwencjonalne metody zwalczania szarlatanerii, to może czas na alt-fight?

Zebrać grupę zaufanych ludzi i wsiąść w starą furgonetkę. Każdego z tych, którzy tak uniżenie wciskają kit i żerują na cudzej tragedii nawiedzić osobiście, niczym Jay i Cichy Bob w tym głupim filmie Kevina Smitha, w którym jeździli do internautów.

Wpadać zawsze wtedy, kiedy noc jest najciemniejsza i najzimniejsza, deszcz najbardziej deszczowy, a świat ma wywalone na wszystko, i zwyczajnie wyleczyć ich z cynizmu, który jest groźnym wirusem atakującym mózg, serce i systemy komputerowe. Wlewy z lewoskrętnej witaminy C, zastrzyki z witaminy B12, nacieranie wiórkami kokosowymi, picie roztworu soli ze srebrem koloidalnym intensywne odgrzybianie, chelatacja i kapanie na nos kroplami namagnesowanej wody. Dwie, trzy godzinki i po sprawie. Będzie pan zadowolony. Płatność przelewem, nasz bot już wszystko zautomatyzował. Dziękujemy i polecamy się ponownie.

A potem się budzę, bo przecież tak nie można.

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Dominika Węcławek
Dominika Węcławek
Matka dzieciom, wiedźma z kotem. Miłośniczka ruin i jedzenia z puszki. Typowy filozof. W wolnych chwilach również autorka książek science fiction.
AUTOR

Polecamy

Zobacz też

Żywa woda i witaminy leczące raka. Na czym polega fenomen Jerzego Zięby?

Witamina C lecząca raka, terapie nano srebrem, cudowne soki z traw i strukturyzowanie wody. To tylko nieliczne propozycje najpopularniejszego znachora drugiej dekady XXI wieku, Jerzego Zięby. Kto mu wierzy? Prawie każdy, kogo polski system zdrowotny zraził do siebie dostatecznie mocno oraz kto w poszukiwaniu zrozumienia i wsparcia dotarł na krańce internetu, odkrywając ogólnoświatowy spisek lekarzy i farmaceutów.
Monika Mężyńska
Monika Mężyńska
12 sierpnia 2017
CZYTAJ WIĘCEJ

Zaprenumeruj newsletter

Melon i Skwarski w Twojej skrzynce pocztowej.
Najciekawsze artykuły Igimag.pl raz na dwa tygodnie.

Zapoznałem(-am) się z treścią polityka prywatności i akceptuję.