„Zimna wojna” i nie tylko. Filmy, które złamały mi serce

6 minut czytania
2374
7
Kino Świat/mat. prasowe

Odsłuchaj

Nie ucieszę cię, drogi potencjalny czytelniku, zgrabną, wyważoną i nieskazitelną merytorycznie recenzją nowego filmu Pawła Pawlikowskiego. Ani nie potrafię, ani nie mam ochoty. Mam ochotę natomiast podzielić się z tobą nieznośnym kolcem w osierdziu, gulą w tchawicy, zakłóconym spokojem i słodko-gorzkim smutkiem, który został i nie chce minąć. Cieszysz się?

Są bowiem, o ulgo, o radości, o niewyszukana i jakże potrzebna rozrywko – filmy, na które czekamy długo. Jaramy się niczym norweski kościół zapowiedziami, teaserami, ploteczkami z planu. Idziemy do kina w ekscytacji, bawimy się pysznie, śmiejemy gromko, ocieramy szczerą łzę. Wychodzimy i zapominamy. Po miesiącu nie potrafimy przytoczyć jednej sceny, zarekomendować inaczej niż „zajebiste, hehe”, ledwo pamiętamy kto i jak zagrał. Jak dobrze, że są takie filmy!

Bo bywają też inne.

Filmy, których nie zapomnisz

Zdarzają się rzadko, im bardziej mi przybywa lat – tym rzadziej. I całe szczęście, ciało i dusza już nie te, co dekadę temu, wcale nie chcą przeżywać uniesień i szarpać się daremnymi emocjami, chcą spokoju, dobrze się bzyknąć, jeszcze lepiej pospać, ubawić się na bogato i poproszę do tego frytki. Coraz rzadziej tyłówka filmu zostawia mnie poskładaną wewnętrznie, bez najmniejszej chęci do poruszenia się, a co dopiero opuszczenia sali kinowej, z jednoczesnym pragnieniem, żeby iść gdzieś w cholerę, z dala od ludzi oraz świata i w cichości zastanowić się uczciwie – co mi właśnie zrobiono i dlaczego??

Bardzo się bałam „Zimnej wojny”. Mam bowiem niejasne wrażenie, że pierwsza produkcja „pooskarowa” to ciężkie wyzwanie, zwłaszcza dla reżysera. No dobrze, udało mu się z tą „Idą”. Miał wspaniały scenariusz, cudownych aktorów, nośny i aktualny temat. Nawet ta naturszczykówna zniosła mu złote jajo, szczęście, fart, dobra gwiazda, oko, ręka, właściwe miejsce i czas. I świetnie, pięknie wyszło, Oscar zasłużony. Biłam brawo, obejrzałam z zaciśniętymi zębami. Doceniłam światło, zdjęcia, pomysł, minimalizm, oszczędną grę, nieoczywisty (dla mnie) finał. I co teraz? Przecież nie uciągnie drugiego majstersztyku na tym samym schemacie, jak przeskoczy sam siebie, gdzie z tym brzemieniem Oscara pójdzie, biedak?

Moja głupota, żenujący w tym wieku brak doświadczenia i całkowicie dla wieku odpowiedni gorzki sceptycyzm bywają dla mnie źródłem najpiękniejszych niespodzianek.

Tomasz Kot w filmie „Zimna wojna” (fot. Kino Świat/mat. prasowe)

Lepszy niż „Ida”?

Tylko mnie nie odstrzelcie z bliskiej odległości. „Ida” to był doskonale zrobiony, wspaniale zagrany, wyjątkowy, godny najwyższego podziwu film. Ważny. Potrzebny. Niezwykły. Słusznie nagrodzony. Zostawił mnie pełną przemyśleń, szacunku, ciekawości. Ale to „Zimna wojna” złamała mi serce. Nawet nie fabułą, nie historią, te są wszak omal banalne – spotkali się, pokochali, a czasy były ciężkie. Lecz serce mam pęknięte i zrobiono mi to na sto sposobów.

Smutnym, bogartowskim uśmiechem Kota. (Zróbmy proszę przerwę i pochylmy się – w tym celu trzeba chyba będzie wejść na wysoką drabinę – nad Tomaszem Kotem. Ja kiedyś myślałam, że ten aktor będzie występował tylko w reklamach i komediach klasy B? Ja uważałam, że wprawdzie wygląda wspaniale, lecz gra tak sobie i nie ma w sumie o czym gadać? Ja przewracałam oczami, gdy widziałam jego nazwisko w czołówce – ojezu, znowu, stały zestaw? Uznaję swój błąd i kajam się z zachwytem.) Młody, pełen zapału, z błyskiem w oku, taki, co jeszcze wszystko przed nim. Rozpaczliwie czekający, na skraju przepaści, ze wstrzymanym oddechem – przyjdzie, nie przyjdzie? Pozwalający jej odejść, a potem goniący za nią przez światy i systemy polityczne. Zgnojony, upokorzony, złamany. Podejmujący jeszcze jedną próbę. Uwierzyłam mu we wszystko.

Muzyką i klimatem. Mnie to zrobiono, mnie odpornej na ludowe pienia i polskie przebojowe produkcje z lat pięćdziesiątych. Szczerze niechętnej melodiom socrealizmu i całkowicie obojętnej na fascynującą przecież historię „Mazowsza”. Zrobiono mi to na całego i teraz cały czas śpiewam. Przy okazji chcę przeprosić sąsiadów, domowników i pracowników niedalekiego lotniska. Sorewicz, muszę.

Joanna Kulig w filmie „Zimna wojna” (fot. Kino Świat/mat. prasowe)

Urokiem Joanny Kulig. Ach, Joanno, Kalina Jędrusik patrzy na ciebie z jakiegoś tolerancyjnego nieba i z aprobatą strzepuje rzęsami. Dawno nie było na polskim ekranie aktorki tak do kości współczesnej i jednocześnie tak zachwycająco, w stylu starego Hollywood, zmysłowej. Od słuchania tego niewiarygodnie seksownego, szorstkiego i aksamitnego głosu rozmarzam się niebezpiecznie. Od patrzenia, jak Kulig gra – oczy zachodzą mi mgłą, temperatura się podnosi i myśli zaczynają oscylować wokół kwestii dalekich od nauk ścisłych. W miotaniu żywym mięsem nad zbiornikiem wodnym, w wygłoszonych z kamienną twarzą francuskich złośliwościach, w chlaniu wódy z gwinta na obłupanych kafelkach, w spojrzeniu rzucanym bez cienia uśmiechu i zatrzymującym czas, w szybkich kroczkach po paryskim bruku, w cwaniactwie, knajackim sznycie, z wieczorowym dekoltem i w aseksualnym paletku – jest w tej dziewczynie taka uroda charakteru, zachwycająca żywiołowość, niepohamowana zachłanność na najbrudniejsze nawet przejawy życia, że poddaję się bez walki.

Cieniem Janusza Głowackiego. Jego śmierć, jak odejście wielu idoli – zaskoczyła mnie nieprzygotowaną i tak boleśnie zdumioną, jakby życie zakończył śwarny trzydziestolatek. Ze wzruszeniem szukałam go w tym ostatnim scenariuszu, do którego przyłożył mistrzowską rękę. I znalazłam. I byłam tak bardzo wdzięczna za każdą chwilę i kwestię.

Odreżyserską dedykacją. Pawlikowski poświęcił film swoim rodzicom, a także nadał parze głównych bohaterów imiona ojca i matki. Kto wie, co dał jeszcze. Wyjechał z Polski zanim się urodziłam, miał wtedy czternaście lat. Mój patriotyzm przejawia się w płaceniu podatków i poprawianiu błędów gramatycznych, które popełniają moje dzieci. Nie mogę jednak nie zastanawiać się, jakim cudem ten człowiek, który większość świadomego życia spędził obijając się po wspaniałym świecie – tak dobrze czuje kraj swojego dzieciństwa? Dlaczego ciągle wraca i dlaczego robi to tak celnie? Skąd tak świetnie wie, co tu śmierdzi, boli, zachwyca i jak było kiedyś? Wspomnienia czternastolatka? Nie wiem.

Ostatnim kadrem. Został mi w głowie, nie chce wyjść. Nie płakałam, choć zwykle szlocham ochoczo na najtaniej wzruszających kinowych przebojach. Ale boli. I nie mija.

„Zimna wojna” (fot. Kino Świat/mat. prasowe)

Szlachetny trend dręczenia widza

Po uczciwym namyśle oraz przejrzeniu mojej tajnej i wstydliwej listy najlepiej ocenianych filmów dochodzę do wniosku, że ja się chyba lubię katować. Drzyjcie na strzępy moją duszę, dręczcie, zostawiajcie obolałą, smutną, pełną nostalgii i tęsknoty za czymś czego nie było i przecież już na pewno nie będzie. Bo kiedy ma się siedemnaście lat, jak Cassandra ze „Zdobywam zamek” to jeszcze można czekać, wierzyć, że to tylko przygotowania, że przyjdzie, zmieni się, zaskoczy. Potem jest już trochę trudniej. Potem się już rozumie, że niespodziewana odmiana losu zdarza się tylko wymyślonym Quoyle’om w „Kronikach portowych”, a nawet oni muszą płacić straszną cenę, bo upiory przeszłości nie znikają razem z uśmiechem Julianne Moore.

Lubię. Muszę. Inaczej – dlaczego bym to sobie robiła? Nie raz, nie dwa, lecz ciągle, z masochistyczną regularnością? Dlaczego hołubię jak skarb zarysowane DVD z „La Fidélité” i zapłakuję się na myśl o tym, jak Żuławski tę swoją Sophie kochał? O Sophie na jego pogrzebie nawet mi nie wspominajcie, bo z punktu dostaję spazmów. Na fali tych spazmów przeczytałam wywiad-rzekę, jaki z Żuławskim przeprowadzili Piotr Marecki i Piotr Kletowski (wydała to Krytyka Polityczna, polecam), lecz tylko mi się od tego pogorszyło. I ta sama fala co sezon niesie mnie w stronę „Closer” Mike’a Nicholsa. Ot tak, żeby poszarpać zagojone rany. Odtworzyć po raz tysięczny kluczowe sceny. Pomamrotać pod nosem parę kwestii, którymi już kilka razy wysterowałam się z niebezpiecznych sytuacji (a potem żałowałam, jasne). Popatrzeć na gesty, złapać jeszcze raz ten moment, choć przecież żaden moment nie może do mnie wrócić tak naprawdę.

Wszystkie te filmy łączy motyw banalnej historii miłosnej

Wszystkie łatwo mogą się stać tanim melodramatem. Żaden nie przekracza tej granicy. Wszystkie dręczą podobnie, choć każdy na swój wyjątkowy sposób.

Dlaczego to sobie robimy? Chęć przeżycia pewnych emocji „na sucho”, zanim – o ile w ogóle – dopadną nas nieprzygotowanych? Wzruszenia zastępcze? Odwrócenie obolałej uwagi od rzeczy, które dzieją się naprawdę i są naprawdę dramatyczne? Próba uczenia się na cudzych, wymyślonych błędach?

Nie wiem. Ale obejrzę jeszcze raz. Co i Wam gorąco polecam.

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Aleksandra Zielińska
Aleksandra Zielińska
Żyje serialami i żyje z seriali. Niedoszła duma palestry. Chce być sprzątaczką w HBO. Ma za złe. Przewraca oczami na głos. Miss Logorrhea.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Film

„Tully” – mądry prorodzinny konserwatyzm

O tym, że macierzyństwo to nie rurki z kremem, a dostrzeżenie związanych z nim zysków jest nie lada sztuką, powinno się uczyć wszystkich potencjalnych rodziców. W ramach tej lekcji obejrzyjcie "Tully". Mądry prorodzinny konserwatyzm to coś, co w kinie zdarza się rzadko.
Gabriel Krawczyk
Gabriel Krawczyk
15 maja 2018
CZYTAJ WIĘCEJ