Autostop przeżywa drugą młodość – a może nigdy się nie zestarzał?

10 minut czytania
414
0
Martyna Kośka
Martyna Kośka
5 sierpnia 2018

Odsłuchaj

Czy w czasach tanich lotów i biletów autobusowych zaczynających się od kilkunastu złotych autostop ma jeszcze rację bytu? To dość uciążliwa forma podróżowania – człowiek zdany jest na dobrą wolę innych, więc jeśli nie ma szczęścia, godzinami tkwi na poboczu. Okazuje się że to, co męczące dla większości ludzi, dla innych jest zapowiedzią najlepszej przygody.

Mówią, że fajna jest niepewność (kto się zatrzyma? jaką opowie mi historię? może podrzuci mnie w miejsce, o którym nigdy nie słyszałem i to będzie strzał w dziesiątkę?) i to, że tak niewiele można zaplanować.

Męczarnia czy obietnica przygody?

Z Pałacu w Kozłówce do Lublina trudno dojechać komunikacją miejską. Kilka razy na dzień jest  jakiś bus, ale o ile rano odjechał z lubelskiego dworca o czasie, tak po południu wypatrywaliśmy go bezskutecznie. Spod muzeum co rusz odjeżdżały samochody i właściwie wszystkie – w interesującym nas kierunku. Raz się żyje, pomyślałam – i wyciągnęłam rękę mając nadzieję, że ktoś się ulituje.

Kolega mruknął i poprosił, żebym się nie wygłupiała, bo przecież kiedyś ten bus musi przyjechać. I że stopem się nie uda. Nie wiem, czy bus przyjechał, bo po dwóch minutach zatrzymał się stary seat i już mknęliśmy na Lubartów.

– Niezła jesteś – tym razem mruknął tak, by miało to brzmieć jak pochwała.

Cóż, nie takie rzeczy się robiło w Wietnamie, pomyślałam.

W Wietnamie nie byłam, ale na pewno da się tam jeździć stopem. Tak samo jak w Argentynie, Gruzji czy Albanii. Słabo w Hiszpanii i Włoszech i w ogóle krajach tej bogatszej Europy. Ale ludzi to nie zniechęca i stoją z wysuniętym kciukiem na poboczach całego świata, więc pewnie wcześniej czy później kierowcy w nawet najbardziej nieprzekonanych krajach zaczną się zatrzymywać.

Jeździłam „okazją” w Gruzji. Ten kraj jest zresztą idealny do łapania stopa. Znani z uprzejmości Gruzini zatrzymują się chętnie i nigdy nie zdarzało mi się stać dłużej niż półtorej minuty. Gorzej było w Armenii, bo samochodów na trasie do Erywania mniej, a jeśli już ktoś się zatrzymywał, to oferował podwózkę do sąsiedniej wsi. Szło jak krew z nosa, a przecież gdyby nie udało się złapać okazji przed zapadnięciem zmroku, byłoby krucho. Anioł stróż autostopowiczów nade mną czuwał.

Autostop może zacząć się w sieci, ale później nie ma granic

Gdyby nie to, że od kilkunastu miesięcy jestem zapisana do facebookowej grupy „Autostopowicze, czyli my”, która jest chyba największą tego rodzaju w polskim internecie, nie miałabym pojęcia, że tak wielu ludzi ma w poważaniu standardowe środki transportu. Każdego dni pojawia się po kilkadziesiąt wiadomości od osób, które szukają towarzystwa do wspólnego podróżowania lub pytają o jakieś kwestie praktyczne.

Nazywam się Adrian  i poszukuję towarzysza lub towarzyszki do podróży. Kierunek nieokreślony, czas nieokreślony. Może być i pojutrze.

Hej, jutro wybieram się do Rumunii (z Krakowa). Jako że muszę być na czwartek to pytanie: którą trasą najlepiej jechać? Na Lwów czy Koszyce? Na czwartek muszę być w miasteczku Roman, dlatego wszelkie rady co i jak z chęcią przyjmę!

Macie jakieś patenty jak i co zabrać w podróż, żeby obdarować spotkanych po drodze ludzi (często dzieciaki, często w miejscach, gdzie bieda aż piszczy)? Coś, co dla nas jest zupełnie bezwartościowe, komuś innemu może sprawić dużo frajdy, jako pamiątka od ,,turysty z plecakiem”.

Nie chce się rozpisywać, szukam kogoś na wyprawę gdziekolwiek autostopem na tydzień/półtora w sierpniu, najlepiej budżetowo. Dobrze, by była ta osoba z Szczecina, żeby wcześniej się spotkać i zobaczyć   

Takich wiadomości w grupie pojawia się dziennie nawet trzydzieści. W wakacje więcej, ale zimowy śnieg czy deszczowe przedwiośnie nie odstraszają miłośników łapania okazji – bo autostop to coś więcej niż sposób przemieszczania się. To sposób życia.

Autostop pozwala zobaczyć więcej

Po raz pierwszy stopowałam z chłopakiem trzy lata temu. Nie mieliśmy pieniędzy na samolot na Bałkany, a że studenckie wakacje są długie, pomyśleliśmy, że spróbujemy. Nad Adriatyk dotarliśmy po dwóch dniach – opowiada Magda, która tak bardzo polubiła jeżdżenie autostopem, że „konwencjonalnymi” środkami transportu porusza się tylko wtedy, gdy musi.

Nie ma lepszego sposobu, by poznać mieszkańców kraju, przez który przejeżdżasz, jak właśnie wsiąść z nimi do auta – deklaruje.

Mnie akurat rozmowy ze zmieniającymi się jak w kalejdoskopie kierowcami męczyły, bo w pewnym momencie człowiek ma już zwyczajnie dość mówienia, skąd przyjechał, dokąd jedzie i potwierdzania, że owszem, Gruzja jest pięknym krajem. A kiedy już wchodzisz do czyjegoś samochodu, nie wypada być mrukiem.

Dziś stopem może jeździć każdy (ale nie w każdym miejscu można zatrzymywać samochody. Jest to surowo zabronione na przykład na autostradach). Co innego w PRL-u, który słusznie kojarzy się nam z serialem „Podróż za jeden uśmiech” (na podstawie książki A. Bahdaja) o dwóch chłopcach, którzy pechowym zbiegiem okoliczności nie wsiedli do pociągu i drogę nad morze pokonali samochodami. Wprawdzie to właśnie w starym systemie narodził się pomysł przemieszczania się przygodnymi samochodami, ale poród był to bolesny.

Inspiracja zgniłym Zachodem w polskich warunkach

Za pionierów ruchu nad Wisłą uważa się Bogusława Laitla i Tadeusza Sowę. W 1957 r. zamarzyła się im podróż po Polsce, ale nie koleją czy PKS-em, ale zatrzymywanymi po drodze samochodami – bo gdzieś się dowiedzieli, że tak można podróżować na zgniłym zachodzie. Nie trudno zgadnąć, że w Polsce, w której ledwie zaczęła się odwilż październikowa, nie można było ot tak zatrzymywać aut, więc panowie udali się na milicję i opisali zdumionym funkcjonariuszom pomysł. Ci ze zrozumieniem wysłuchali planów i wypisali im zgodę.

„Usłyszeliśmy, że w Ameryce młodzi ludzie podróżują, zatrzymując samochody. Niezbyt wiedzieliśmy, jak je zatrzymać, więc wpadliśmy na pomysł, żeby specjalnie przebierać się na tę okazję, tak by zwracać uwagę kierowców. Dżinsy mieli tylko ci, którzy mieli ciocie w Stanach. Więc zrobiliśmy je sami z drelichu. Na bluzy poprzyklejaliśmy herby polskich miast wojewódzkich” – wspominał po latach Bogusław Lailt w książce „Autostop polski”.

Zadziałało. Studenci przejechali dwa i pół tysiąca kilometrów, zmieniając środek transportu 39 razy.

Wieść o tym nietypowym sposobie poruszania się obiegł studencki świat. Młodzi ludzie chcieli naśladować Lailta i Sowę, ale w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej autostop był nielegalny. Kropla drąży jednak skałę uporem, więc po tym, jak redakcję magazyny „Dookoła Świata” zalały listy z prośbami  o interwencję u najwyższych władz w tej sprawie, coś drgnęło.

Książeczka autostopowicza

W roku 1958 powstał Społeczny Komitet Autostopu. Aby jeździć legalnie, każdy chętny musiał nabyć imienną książeczkę autostopowicza. Władzy dawało to namiastkę upragnionej kontroli nad niesforną, wymykającą się schematowi młodzieżą. Przyznajmy uczciwie, że nasze władze i tak wykazały się daleko idącym liberalizmem. W pozostałych krajach demoludów autostop był nielegalny, więc odwiedzający nas Węgrzy czy Bułgarzy z zazdrością patrzyli, jak ich polscy koledzy stosunkowo łatwo mogą dostać się z Krakowa nad Bałtyk.

Po przewiezieniu autostopowicza kierowca odrywał z książeczki kupon, dzięki czemu później mógł uczestniczyć w losowaniu nagród, na przykład pachnącej nowością syrenki.

W pierwszych latach książeczki wydawała redakcja  „Dookoła Świata”, można było nabyć je także w kioskach. bądź kupić ją w kiosku „Ruchu”. Z czasem władze wprowadziły  ograniczenia – można ją było nabyć tylko po uiszczeniu 200-złotowego wkładu.

Książeczka nr 1 należała do chirurga Aleksandra Melecha, który autostopem zaczął jeździć w wieku 73 lat. Od połowy lat 70. ludzie coraz wyraźniej buntowali się przeciwko obowiązkowym książeczkom. Chcieli podróżować w sposób nieskrępowany, więc podejmowali ryzyko i w ogóle jej nie okazywali.

Społeczny Komitet Autostopu rozwiązano w 1992 roku, a ostatnią książeczkę sprzedano dwa lata później. Szacuje się, że w okresie PRL-u aż milion rodaków spróbował na własnej skórze czym jest autostop.

Sam jesteś odpowiedzialny za swoje bezpieczeństwo

Autostop to fajna przygoda, ale żeby powodował tylko dobre wspomnienia, autostopowicz musi zadbać o swoje bezpieczeństwo.

Intuicja nie jest przereklamowana. Jeśli czujesz, że nie powinieneś wsiadać do samochodu, bo nie podobają ci się kierowca, to podziękuj – radzi Tomek, który tylko w zeszłym roku autostopem przejechał po Europie 20 tysięcy kilometrów.

Ma zasadę, że nigdy nie godzi się na wrzucenie plecaka do bagażnika ani na tylne siedzenie, jeśli samochód jest dwudrzwiowy. To ważne, bo gdyby zaistniała jakaś niebezpieczna sytuacja, ma szansę zabrać bagaż i zniknąć z radaru nieprzyjemnego kierowcy. Cień szansy, doprecyzowuje.

Bo gdy wsiadasz do samochodu człowieka, z którym wcześniej zamieniłeś lewie kilka zdań, jesteś zdany na jego dobrą wole. Jeśli będzie chciał cię skrzywdzić, to niestety, ale właśnie stworzyłeś mu ku temu okazję.

To ryzyko wliczone w autostop, ale moim zdaniem nie należy nadmiernie koncentrować się na tej myśli. Większość wspólnych tras kończy się przyjacielskim pomachaniem sobie na do widzenia – uspokaja.

Magda dodaje, że zanim wsiądzie z kimś do samochodu, dokładnie ustala trasę. Ważne, by sprecyzować, w którym miejscu chcesz wysiąść, by nie okazało się, że zostaniesz wywieziony gdzieś na peryferia, z których nijak się nie wydostaniesz, tłumaczy.

Trzeba też kontrolować trasę, najlepiej na mapach Googla. Ludzie mogą być przemili, ale to w twoim interesie jest wiedzieć, gdzie się znajdujesz. I trzymać się głównych tras, bo zjazd na mało uczęszczaną lokalną drogę może skutkować tym, że będziesz się z całym targanym na plecach dobytkiem cofał do cywilizacji – dokłada od siebie Tomek.

Zanim wsiądziesz – ustal trasę

Nie bądź autostopowiczem z koszmaru

Radek jest kierowcą tira. Autostopowiczów bierze z tego samego powodu co większość zawodowych kierowców: bo podróż w pojedynkę jest zwyczajnie nudna. Gdy jechałam z nim samochodem (ale nie zatrzymałam go na stopa. W jego aucie znalazłam się bardziej standardowo – przez Blablacar), jak z rękawa sypał historyjkami o miłych i pouczających kilometrach przejechanych z autostopowiczami. W beczce miodu znalazły się dwie łyżeczki dziegciu.

Nie zabieram ludzi, którzy nie umieją powiedzieć, dokąd chcą jechać. Na Ukrainie miałem sytuację, że zapytałem dziewczynę, która siedziała już w aucie, dokąd jedzie, na co odpowiedziała, że nie ma planu, więc chętnie będzie mi towarzyszyła do końca trasy. „Ale ja jadę aż za Moskwę” – tłumaczyłem jej. Uśmiechała się tylko i przekonywała mnie, że z przyjemnością pojedzie do Rosji. Sytuacja stawała się krępująca, bo jednak co za dużo, to nie zdrowo. Przed granicą udało mi się ją przekonać, że naprawdę wystarczy wspólnego podróżowania.

Druga sytuacja była jeszcze mniej przyjemna. Miejscem akcji znów jest kraj dawnego Związku Radzieckiego. Radek zabrał młodą, na oko dwudziestokilkuletnią dziewczynę. Gdy zbliżali się do miasta, w którym podobno chciała wysiąść, pasażerka poinformowała go, że zmieniła zdanie i chce jechać dalej, do Rosji.

Od razu przypomniałem sobie sytuację z Ukrainką. Prosiłem, by jednak wysiadła zgodnie z ustaleniami. Zaczęła krzyczeć, że musi się dostać do Rosji, bo ktoś na nią czeka. Gdy nie udało się przekonać mnie prośbą, szybkim ruchem ręki pociągnęła za zapinaną na guziki koszulę, ściągnęła gumkę do włosów i potargała włosy – opowiada. – Pomachała swoim smartfonem i zagroziła, że za chwilę zadzwoni na policję. „I jak myślisz, komu uwierzą?”, zapytała.

Gdyby nie spełnił jej żądania, była gotowa oskarżyć Radka o napaść. Robiło się nerwowo. Po godzinie zatrzymali się na stacji i gdy dziewczyna poszła do toalety, on po prostu zwiał. Przez dwa kolejne tygodnie podróży nie miał już odwagi okazać nikomu życzliwości.

Ale to wyjątki, większość autostopowiczów to bardzo mili ludzie – zapewnia.

Bez pospiechu czy na czas?

Myślę, że popularność autostopu będzie rosła. Ludzie mają nieustanną potrzebę sprawdzania się w nowych sytuacjach, a autostop ze swoją obietnicą niezależności doskonale się do tego nadaje. Dla kogo „zwykłe” wystawienie ręki to za mało, może uczestniczyć w konkursach, które polegają na tym, że zawodnicy muszą pokonać jak najszybciej określoną trasę. Na dowód, że nie oszukiwali, przedstawiają wystawione przez kierowców poświadczenia wspólnej podróży.

Ale oszukiwanie chyba nikomu nie w głowie, ba, można nawet założyć, że im kto później dotrze do mety, tym więcej przeżył przygód, bo miał czas na ich przeżywanie. Bo po to właśnie jest autostop – żeby przy okazji rozbić się gdzieś na dziko, otworzyć kupione po drodze konserwy i cieszyć się tym, że pośpiech lotnisk i ścisk dworców kolejowych tej podróży nie zdominuje.

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Martyna Kośka
Martyna Kośka
U progu dorosłości marzyła o uporządkowanym życiu i oglądaniu miasta z wysokiego piętra przeszklonego wieżowca, więc ukończyła prawo. Nie zdążyła jednak zastukać obcasami na korytarzu sądowym, bo przekonała się, że znacznie ciekawszy świat czeka na mnie gdzie indziej.
Jest dziennikarzem gospodarczym, jej analizy można przeczytać w kilku popularnych serwisach finansowych - ale po godzinach pracy praktycznie nie używa słów typu "inflacja", "nowelizacja" i "jurysdykcja krajowa", lecz pisze dużo bardziej reportażowo, życiowo.
Czyta reportaże, ogląda polskie dramaty obyczajowe, wybiera schody zamiast windy.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Podróże

Zofia Małecka: “Żeby tu przyjechać nie musiałam mieć góry złota”. Podróżniczka emerytka i przeprowadzka do Meksyku

Pamiętacie Zofię Małecką, która zjeździła pół świata (włącznie z Kambodżą i Australią) choć jest już na emeryturze, wcale nie opływa w dostatki i nie mówi świetnie po angielsku? Zrobiła, co zamierzała: przeprowadziła się na rok do Meksyku.
Beata Turska
Beata Turska
31 marca 2018
CZYTAJ WIĘCEJ