Czarny Kot zniknie ze stolicy? Jest wyrok w sprawie największej warszawskiej samowoli budowlanej

4 minuty czytania
3797
1
Martyna Kośka
Martyna Kośka
14 sierpnia 2018
fot. Adrian Grycuk via Wikimedia Commons CC-BY-SA-3.0

Odsłuchaj

Jeszcze przez jakiś czas Czarny Kot będzie kłuł w oczy, ale wszystko wskazuje na to, że ośmioletnia batalia o warszawskiego “gargamela” naprawdę zakończyła się sukcesem. Jest bowiem prawomocny wyrok sądu, od którego nie przysługuje już odwołanie. Hotel zostanie zburzony, a grunt wróci do miasta. Jeśli właściciele dobrowolnie nie rozbiorą budynku, sprawa zostanie skierowana do komornika.

Kto nie wie, w czym rzecz, niech przy okazji pobytu w Warszawie pojedzie na róg Okopowej i Powązkowskiej, gdzie dumnie (i mając w poważaniu prawo) stoi kilkukondygnacyjny hotel, który od dawna nazywany jest zamkiem Gargamela (lub po prostu „gargamelem”), a to z powodu wszystkich swoich wieżyczek, wykuszy, zdobień, półokrągłych okien. Na pytanie: „Ale jak taka dziwna bryła mogła się znaleźć w reprezentacyjnej części miasta?” (bo w sąsiedztwie Cmentarza Powązkowskiego), odpowiedź jest prosta: nie mogła. Teoretycznie.

Rozrost przez pączkowanie

W latach 80. urzędnicy wydali zgodę na wybudowanie na dzierżawionej od miasta działce jednopiętrowego pawilonu, którego powierzchnia w kolejnych latach powiększała się przez pączkowanie. Właściciele dobudowywali kolejne kondygnacje, rozbudowywali go też na boki. Instytucje odpowiedzialne za nadzór budowlany reagowały, ale niewystarczająco szybko. W tamtych czasach obowiązywały też inne przepisy i trudno było powstrzymać rozbudowę.

Będąca realizacją snu pijanego architekta bryła to nie jedyny niezgodny z prawem aspekt tej opowieści. Właściciele nie dość, że pozwolili dojść do głosu wątpliwej estetyce, to dodatkowo za nic sobie mieli prawo własności. Umowa dzierżawy nieruchomości, na której stoi Czarny Kot, wygasła 14 maja 2009 roku.

Ta działka okazała się jednak zbyt mała dla śmiałych fantazji, więc hotel zaczął rozrastać się także na działce sąsiedniej. Jej właściciel musiał wstrzymać się z budową wieżowca i trzyma kciuki, by Czarny Kot nareszcie został wyburzony.

Właściciele hotelu mają w segregatorach już kilka decyzji o rozbiórce. 10 kwietnia 2009 roku wydano decyzję o rozbiórce trzech kondygnacji, ale uchylił ją wyższy organ. Nową decyzję o rozbiórce wydano 14 marca 2010 roku – i ponownie uchylono 28 czerwca 2010 roku.

W 2017 r. Andrzej Kłosowski, szef Powiatowego Inspektoratu Nadzoru Budowlanego  wyrażał radość, że Wojewódzki Sąd Administracyjny utrzymał w mocy nakazu rozbiórki Czarnego Kota do drugiego piętra. Ale dopiero obecnie jest szansa na prawdziwy finał tej historii.

fot. Panek via Wikimedia Commons CC-BY-SA-4.0

Szalone lata 90.

Na Czarnego Kota patrzę niczym na pamiątkę po tym, co dały rodzimej architekturze lata 90. (przy czym mówimy o projektowaniu spod znaku „Polisz Arkitekczer”). Kiedy zmienił się system i inwestorzy (ale też mali przedsiębiorcy i właściciele domów, które dotychczas były po prostu szarymi klockami) dostali sygnał, że teraz mogą budować zgodnie ze swoim gustem (inspirując się przy tym obrazkami z amerykańskich filmów), potraktowali to bardzo poważnie.

Uczciwie przyznajmy, że szarzyzną znudzeni byli wszyscy. Ludzie chcieli dookoła tego, z czym kojarzył im się Zachód – kolorów, różnorodności form i luzu w budownictwie. Dopiero po czasie się okazało, że pomylili kontrolowaną swobodę i rodzaj wystudiowanej nonszalancji z Disneylandem, ale było już za późno: w polskich miastach zaczęły wyrastać przedziwne formy, nad którymi nie były w stanie zapanować instytucje odpowiadające za przestrzeganie prawa budowlanego, a gminy dopiero zaczynały opracowywać plany zagospodarowania przestrzennego. To dokumenty, które precyzyjnie określają, w jaki sposób zabudowany ma być dany obszar i jakie funkcje będzie pełnił. Gdy go brak, inwestorzy mogą – w oparciu o warunki zabudowy – w zasadzie budować co im się podoba.

Czas mija, a plany zagospodarowania są nadal rzadkością. W 2017 r. obejmowały zaledwie 30 proc. powierzchni kraju. O ile ich brak w dzielnicach peryferyjnych raczej nie spowoduje wielkich szkód estetycznych, to w centrach miast jest to grzech ogromny, bo daje inwestorom wolną rękę w stawianiu właściwie dowolnych budynków – niezależnie od tego, że nie pasują do otoczenia i przeznaczenia terenu.

Inna sprawa, że jeśli inwestor jest cwany, to podporządkuje się zasadom dopiero wtedy, gdy zostanie do tego bezwzględnie przymuszony. Taką postawę prezentowali właściciele Czarnego Kota, którzy przez lata byli zdania, że to nadzór budowlany się czepia.

Gołębiewski: wielki biznes w małym Karpaczu

Zdarzają się też niechlubne przypadki, gdy wszystko wskazuje na to, że mamy do czynienia z samowolą, która zostaje zalegalizowana.

Przykładem takiej budowli, która wymknęła się spod kontroli (i to wcale nie w sposób przypadkowy, jak przekonywał inwestor), jest Hotel Gołębiewski w Karpaczu. Karpacz to nie Zakopane – wszystko w nim mniejsze, spokojniejsze. Dodajmy, że  miasto w całości wpisane jest do rejestru zabytków: Jest kilka dużych hoteli, ale stwora tak wielkiego jak Gołębiewski nigdy nie było i być nie powinno.

Według pozwolenia na budowę z 2007 r. hotel o powierzchni 100 tys. mkw. miał mieć 630 pokoi, pięć apartamentów,  siedem kondygnacji, 28 metrów wysokości. Powierzchnia cudownie się rozmnożyła. Wysokość budynku wzrosła do niepokojących 42 m. Jak to możliwe? Sprytnie przebudowano tu i ówdzie, na przykład od dołu dodano dwie kondygnacje.

Gołębiewski tłumaczył, że bardzo chciał trzymać się pierwotnych wytycznych, ale pojawiły się nowe warunki, które trzeba było uwzględnić: potrzebny większy parking i podwyższenie sufitów w salach konferencyjnych. Ot, i stąd całe zamieszanie.

Lokalni działacze nie dali się zwieść takim tłumaczeniom, tym bardziej, że Gołębiewski wcześniej już bez żenady opowiadał, że wie, jak postępować z protestującymi.

Za komuny wiedziałbym, gdzie pójść i jak to załatwić, ale w wolnym kraju mamy tryby odwoławcze i z tych korzystam – to jego słowa.

Większość samorządowców była w stanie uznać jego racje, bo każdy dodatkowy gość w obiekcie noclegowym oznaczał konkretny wpływ do kasy miasta. Mówimy wszak o drogim hotelu, w którym zatrzymują się osoby, dla których zapłacenie kilkuset złotych za jeden nocleg nie jest problemem, ale także odbywają się w nim liczne szkolenia i ważne konferencje. Turysta budżetowy niech się zatrzymuje w Szklarskiej Porębie, a Karpacz zostawi elitom.

Takie układanie się z władzami Gołębiewski przećwiczył już w kilku innych miastach – w Białymstoku sąd nakazał rozbiórkę jednego piętra, ale prawomocny wyrok  wstrzymywali kolejni wojewodowie, którzy argumentowali, że  obiekt spełnia ważną funkcję społeczną.

Ostatecznie w Karpaczu też włos Gołębiewskiemu z głowy nie spadł.  W ten sposób stał się dowodem na to, że jeśli inwestor dysponuje odpowiednimi argumentami finansowymi, to żadne plany zagospodarowania ani nawet wyroki sądu nie są mu straszne.

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Martyna Kośka
Martyna Kośka
U progu dorosłości marzyła o uporządkowanym życiu i oglądaniu miasta z wysokiego piętra przeszklonego wieżowca, więc ukończyła prawo. Nie zdążyła jednak zastukać obcasami na korytarzu sądowym, bo przekonała się, że znacznie ciekawszy świat czeka na mnie gdzie indziej.
Jest dziennikarzem gospodarczym, jej analizy można przeczytać w kilku popularnych serwisach finansowych - ale po godzinach pracy praktycznie nie używa słów typu "inflacja", "nowelizacja" i "jurysdykcja krajowa", lecz pisze dużo bardziej reportażowo, życiowo.
Czyta reportaże, ogląda polskie dramaty obyczajowe, wybiera schody zamiast windy.
AUTOR

Polecamy

Zobacz też

Architektura otwarta na zdarzenia. Zofia i Oskar Hansenowie projektowali bloki i utopię

Oskar Hansen chciał zostać ogrodnikiem. W jednym z wywiadów mówił, że uniemożliwiła mu to wojna. Został więc architektem, czy też raczej, pełniej ujmując jego dorobek, artystą.
Małgorzata Bożek
Małgorzata Bożek
16 października 2017
CZYTAJ WIĘCEJ
[FM_form id="1"]
Skup antyków Warszawa