List z ZUS-u. Niezawodny wyciskacz łez

6 minut czytania
3050
0
Nika Brassel
Nika Brassel
6 sierpnia 2018

Odsłuchaj

Co to jest: przerażająco smutne i cholernie zabawne zarazem? To wyliczenie naszej przyszłej emerytury przysyłane nam przez ZUS. W tym roku uderza z podwójną mocą. Okazuje się bowiem, że mimo, iż odkładamy kolejny rok, to według wyliczeń, dostaniemy mniej.

Ach, wakacje! Czas kompulsywnego przepuszczania pieniędzy na zimne napoje, narzekania na upał lub chłód oraz pora obrzucania błotem tych którzy: nad polskim morzem, nad zagranicznym morzem, nad jeziorem, w górach, na traktorze, na trawlerze, w pracy-ale-na-śmieciówce, w korpo-pracy (niepotrzebne skreślić).

To także czas, w którym miliony Polaków otrzymują czułe listy z ZUS-u, opowiadające o tym, jak bardzo nasz wspólny kapitał został, he-he, pomnożony, byśmy mogli w spokoju dożywać dni ostatnich na emeryturze. O ile oczywiście w ogóle kiedykolwiek pracowaliśmy na umowę, która gwarantowała odprowadzanie składek na nasze ubezpieczenie społeczne i zdrowotne.

Umowa o pracę? A co to?

ZUS przez lata kojarzył mi się z reliktem przeszłości, takim samym, jak wczasy pracownicze i płatny urlop. Wszystko wynikało z tego, że pierwszych 14 lat pracy zawodowej oznaczało dla mnie pisanie na umowy o dzieło oraz za tak zwane honoraria. Czy mi się to podobało czy nie, tak się kręcił dziennikarski świat. 90 procent autorów dostarczających treści pracowało, a właściwie współpracowało – tak jak ja – bez stałej umowy o pracę. To wygodne. Zmieniali się właściciele, adresy redakcji, sprzątano “górę” podmieniając jednych etatowych redaktorów prowadzących innymi, a my, szare żuczki, oraliśmy spokojnie. Dlatego po obydwu porodach wracałam do pracy trzeciego dnia. Dlatego nie wierzyłam też szczególnie, że ktoś w ogóle może komuś innemu płacić za te dwa-trzy tygodnie, kiedy się nie pracuje, tylko wypoczywa… Ale jak to?!

Zawodowy fikołek i totalna zmiana – także w sposobie zatrudnienia – wniosły tylko tyle, że dołączyłam do grona Polaków objętych czułym ramieniem społecznego wsparcia instytucjonalnego. ZUS i NFZ zaczęły się z uwagą pochylać nad moimi zarobkami, a ja wreszcie zyskałam poczucie, że nie jestem jakimś tam wyrzutkiem, mogę wraz z innymi już przeklejać memy ze słynnym “Owoc żywota twojego je ZUS” i tym podobnymi heheszkami, gorzko myśląc o przyszłości.

Ziarnko do ziarnka, a będzie mniej

W tym roku gorzki śmiech jest jeszcze donośniejszy, oto bowiem sięgnęliśmy dna absurdu i wyszło na to, że choć odkładamy do naszych koszyczków emerytalnych już o 12 miesięcy dłużej niż rok temu, to okazuje się, że pieniędzy z tego będzie mniej, niż wedle zeszłorocznych wyliczeń. Cóż to się zadziało?

Otóż zadział się  populizm, proszę państwa. Wjechał bowiem w pełnej krasie plan pt. “Wcześniejsza emerytura”. Czyli będziemy mogli przestać pracować wcześniej. Od października 2017 roku kobiety mogą przejść na emeryturę już w wieku 60 lat, a mężczyźni – 65.  Ekstra, nie? W ogóle to chcielibyśmy zarabiać więcej, płacić niższe podatki, dostawać dodatkową kasę za wszystkie dzieci, koty i rybki, jeździć równymi drogami wszędzie, także między wsiami w odległych powiatach, iść do lekarza za darmo i to bez kolejki, oraz żeby ten lekarz był miły, wypoczęty i poświęcał nam minimum 2 godziny, może nawet zoperował serce i oczy od razu. Żeby lekarstwa były za darmo i nie miały żadnych skutków ubocznych, a – dla części pijącej społeczeństwa- żeby w każdej fontannie tryskał darmowy alkohol, jak w Gruzji, panie. I jeszcze, żeby coś z tymi upałami zrobić. I żeby wszystkim żyło się dostatnio (za wyjątkiem “somsiada”, bo jemu to ma być gorzej, wiadomo, najlepiej niech mu rozrząd i dwumas razem z uszczelką w Passacie pójdą się walić).

Ja wiem, że system wyliczania emerytury netto jest bardziej zawiły niż sposób obliczania podatku, ale naturalne jest, że im szybciej skończymy pracować, czyli odkładać na emeryturę, a co za tym idzie – im dłużej na tej emeryturze sobie pożyjemy – tym mniej kasy miesięcznie będzie nam wypłacane z tego naszego magicznego pakieciku.

Smutnym faktem jest jednak to, że niezależnie od tego, czy tę emeryturę postanowilibyśmy faktycznie skapitalizować sobie wcześniej, czy też pracować choćby i siedem, czy dziesięć lat dłużej, to większość z nas, smutnych szarych zjadaczy chleba (z glutenem!), nawet, jeśli zaczęła pracować na swoją emeryturę tuż po ukończeniu studiów, nie będzie otrzymywać szalonych miliardów.

Bajka o emeryturze

Według opracowania Jacka Brzezińskiego zamieszczonego na serwisie WP.pl w listopadzie ubiegłego roku mediana emerytury z ZUS dla całego kraju wynosiła 1834 złotych. Połowa emerytów korzystających ze świadczeń wypłacanych przez nasz szacowny zakład, otrzymała MNIEJ niż 1800 złotych brutto, czyli  „na rękę” mniej niż 1300 złotych. Wyobrażacie sobie życie za mniej niż 1300 złotych, mając potrzeby związane z licznymi chorobami wynikającymi z dojrzałego wieku? No właśnie.

Myślenie o emeryturze to śmiech przez łzy, a gdy zaczyna brakować śmiechu, zostaje tylko rozpacz, depresja, gorycz i rozczarowanie. Jak można było uwierzyć w bajkę, w której odkładanie przez szereg lat składek z własnej pensji, zagwarantuje godne życie w wieku, w  którym sił na pracę już brak?

Ja w tę bajkę postanowiłam od początku nie wierzyć. Przyjęłam sobie, że pracować będę aż do śmierci. Teraz, będąc mniej więcej w połowie drogi między “esuuu ale jestem młoda, nie zawracaj mi głowy, pracuję” a “ojojoj, jestem już tak stara, że nie mam siły pomyśleć o pracy”, wiem, że mój szalony plan ma szanse się udać jeśli:

  1. umrę młodo, czyli najpóźniej w wieku lat sześćdziesięciu,
  2. nie dopadnie mnie udar albo ten okrutny Niemiec , co to pracował  w moim rodzinnym mieście, czyli Alzheimer.

W innym wypadku mogę dołączyć do grona tych, którzy rozczarowani życiem popełnią rytualne seppuku tępym nożem – serio, wraz ze znajomymi mamy silne i smutne przeczucie, że fala samobójstw ludzi w wieku emerytalnym zwyczajnie zacznie rosnąć. Nawet jeśli nie będą to akty odebrania sobie życia wprost, to pod wpływem nieustannego stresu i poczucia życia w trudnych warunkach doprowadzą do dość rychłego i zakończonego ostatecznie śmiercią podupadnięcia na zdrowiu. A kto wtedy zapłaci za nasze pogrzeby? ZUS!

Zróbmy mu na złość i wszyscy umrzyjmy! Ale się zdziwią urzędnicy z marmurowych pałaców i ci, którzy od lat wyprowadzają z naszego koszyczka na boku kasę dla siebie. A nie, poczekajcie, ich to w ogóle nie zainteresuje.

Jak żyć za 1300 złotych?

Możemy ewentualnie zacząć żyć pełnią szczęścia, ruszyć w świat i żreć gruz na pięknych pustostanach całej Europy. O ile jeszcze mamy zęby. Bez zębów pozostanie miał pobudowlany z delikatnym błotkiem.

Cóż można jeszcze zrobić za 1300 miesięcznie? Można cały dzień za darmo jeździć tramwajem udając żula, o ile oczywiście mieszkasz tam, gdzie jeżdżą tramwaje. Można też usiąść na jednej z ławeczek i zastygnąć czekając na meteoryt, który rozwali cały ten podły świat. Jak mawiał pewien mój znajomy, to jest taka kwota, że w efekcie masz za mało, by żyć, ale za dużo, by zdechnąć. Czy w tej sytuacji faktycznie tak nam spieszno do emerytur? Niekoniecznie, ale czy ktoś będzie chciał jeszcze zatrudniać ludzi w wieku 60 plus? W jakiejś franczyzie oferującej piwo, chleb i usługi pocztowe, od poniedziałku do niedzieli 5-23, albo na “cieciówce”, żeby patrzeć na parking niestrzeżony. W miejskim szalecie. No nie wiem. Miałeś chamie złoty róg, ostał ci się gnoju rów. Tak widzę naszą świetlaną przyszłość emerytalną.

Można też zacząć odkładać samemu na emeryturę. W ogóle można zacząć odkładać pieniądze. Uważam, że jest to doskonała recepta na wszystko. Jeśli natomiast – tak jak ja, czy wielu innych mieszkańców tej drugiej, dziwnej Polski, w której nikogo nie obchodzą lewacy i prawacy, tylko ceny chleba, sera i tanich butów dla dzieci – masz pracę, która nie pozwala ci odkładać, to po prostu zmień pracę. Halo! To przecież proste. Jeśli zaś twoi rodzice i dziadkowie narzekają już dziś, że im z emerytur nie starcza na życie – zapakuj ich szybko do machiny czasu, niech wybiorą się w przeszłość i powiedzą tę jedną ważną rzecz swoim młodszym “Ja”. WYSTARCZY OSZCZĘDZAĆ!

Ciekawe tylko, że założeniem ZUS-u było właśnie oszczędzanie dla nas na naszą przyszłą emeryturę. Znaczy tak ktoś kiedyś powiedział. Pewnie to było dawno temu i w dodatku nieprawda…

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Nika Brassel
Nika Brassel
W poprzednim życiu dziennikarka i pisarka, podróżniczka i matka dzieciom, teraz po prostu autorka, hobbystycznie podejmująca intrygujące tematy.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Społeczeństwo

Uciekinierzy od ZUS-u. Jak uniknąć płacenia składek?

Grzegorz Sowa, przedsiębiorca z Piotrkowa Trybunalskiego, wypowiedział umowę ZUS-owi i przestał płacić składki. Twierdzi, że to zgodne z konstytucją.
Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
11 września 2017
CZYTAJ WIĘCEJ