Maria Siemionow: “Człowiek bez twarzy nie istnieje w społeczeństwie”

9 minut czytania
2497
1
Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
4 sierpnia 2018

Odsłuchaj

Nie da się zapomnieć momentu, kiedy blada przeszczepiona twarz, na której nie widać oznak życia, zaczyna nabierać różowego koloru – mówi wybitna polska chirurg i transplantolog profesor Maria Siemionow, która ma na koncie trzy pionierskie, arcytrudne i arcymistrzowskie transplantacje twarzy. Obecnie prowadzi przełomowe badania medyczne w Chicago.

Edyta Ochmańska: W tym roku mija dziesięć lat od dokonanej przez pani zespół, pierwszej na świecie całkowitej transplantacji twarzy, która została przeprowadzona w Cleveland Clinic w Ohio. Jak się miewa Connie Culp, pani pacjentka?

Maria Siemionow: Bardzo dobrze. Powróciła do pełni życia. Ma rodzinę, nie narzeka na brak towarzystwa i jest całkowicie zintegrowana ze społecznością, w której żyje. Cieszy się, że podjęła decyzję o transplantacji i mogła wrócić do społeczeństwa, że nikt jej już nie obrzuca wyzwiskami i nie pokazuje palcem. Zawsze była osobą bardzo pozytywną, miała w sobie dużo mądrości życiowej. Dlatego między innymi właśnie ją wybraliśmy na biorcę. Connie wygląda dzisiaj bardzo ładnie. Trudno się zorientować, że przeszła taką drastyczną operację. Przed nią żyła w izolacji od świata, kompletnie nieakceptowana. Jej twarz została całkowicie zdeformowana, kiedy w 2004 r. mąż strzelił do niej ze strzelby z odległości 2,5 metra. Straciła nos, dolne powieki, podniebienie, policzki, górną szczękę i wargę. Mimo trzydziestu operacji rekonstrukcji twarzy nie była w stanie samodzielnie jeść i oddychała przez rurkę tracheostomijną.

Na czym polegała wyjątkowość tej operacji?

Pierwszą udaną operację tego typu przeprowadzono w 2005 r. we Francji: biorcą była kobieta pogryziona przez własnego psa. Kolejną przeprowadzono w 2006 r. w Chinach: biorca został zaatakowany przez niedźwiedzia. Potem była jeszcze jedna, ponownie we Francji. Jednak żaden z tych przeszczepów nie obejmował tak rozległego obszaru.

Mój zespół stanął przed koniecznością odbudowy prawie całej struktury twarzy. Uszkodzenia obejmowały 80 proc. powierzchni. Trzeba było zrekonstruować elementy funkcjonalne: odtworzyć górną  szczękę z podniebieniem, cały nos, górną wargę, dolne powieki i wszystkie kości części twarzy. Nie była to operacja upiększająca. W tym przypadku chodziło o przywrócenie podstawowych funkcji twarzy. Niestety, człowiek bez twarzy nie istnieje w społeczeństwie. Kandydaci do jej przeszczepu to inni pacjenci niż np. ci bez nerki.

Decydując się na eksperyment związany z tym przeszczepem, myślałam przede wszystkim o poprawie komfortu życia pacjentki: aby mogła normalnie jeść, oddychać i mówić, by przywrócić jej zmysł czucia, smaku i zapachu.

Czy twarz dawcy i biorcy dobiera się pod kątem podobieństw?

Nie ma szans na taki luksus. Ważne jest to, aby występowała zgodność płci. Connie Culp żyła bez twarzy cztery lata, więc i tak już nikt nie pamiętał, jak wyglądała wcześniej. Dawcą była anonimowa kobieta, której rodzina wyraziła na to zgodę. Pacjentka nie była podobna do dawcy – bo o naszym wyglądzie decyduje również kształt głowy, oczy i mimika.

Profesor Maria Siemionow

Ile operacji tego typu przeprowadzono na świecie?

W sumie czterdzieści. Mój zespół przywrócił twarz trzem osobom. Niedawno się z nimi spotkałam. Żadna nie miała problemu z akceptacją nowego wyglądu. Może dlatego, że żadna nie miała twarzy przed zabiegiem.

Transplantacja twarzy to bardzo skomplikowana procedura medyczna, której nie wykonuje się często. Istnieje dużo obwarowań etycznych. Poza tym pociąga za sobą duże koszty, szczególnie te związane z koniecznością zażywania przez pacjenta leków immunosupresyjnych przez całe życie.

Musiała pani stoczyć bój z Komisją Etyczną, by pozwoliła na tę pierwszą operację. Dlaczego było to tak trudne? Czego najbardziej obawiano się przed wydaniem zgody?

Na zgodę Komisji akceptującej nowe protokoły kliniczne czekałam ponad rok. Największy opór był po stronie organizacji prowadzących rejestrację dawców narządów. W USA nie obowiązuje tzw. domniemana zgoda na pobranie narządów po śmierci, tak jak w Polsce. Każdy, kto chce zostać dawcą, musi to świadomie zadeklarować, zwykle poprzez odpowiedni wpis w prawie jazdy. Pojawiły się wątpliwości, czy nasza operacja nie zniechęci ludzi do świadomej deklaracji oddawania organów po śmierci. Bo co innego pobrać od dawcy serce, płuca, wątrobę czy nerki, a co innego pozbawić go twarzy. To dużo bardziej drastyczne. Obawiano się, że potencjalni dawcy będą się bali wyrażać zgodę na oddanie organów, sądząc, że ich ciała zostaną oszpecone. W skład amerykańskich komisji  bioetycznych wchodzi wielu specjalistów. Stanowią oni przekrój niemal całego społeczeństwa. Zasiadają w nich lekarze, etycy, psychologowie, prawnicy oraz przedstawiciele lokalnej społeczności. Przekonaliśmy wątpiących, że nie planujemy przeszczepiać twarzy, aby kogoś upiększyć. Na tę operację czekają ludzie, którzy żyją poza społeczeństwem z powodu kalectwa.

Przygotowania do tej operacji trwały 20 lat. To bardzo długo.  

Zgadza się. Wraz z moim zespołem z Cleveland Clinic byliśmy przygotowani na najgorsze. Często spotykaliśmy się w czasie wolnym – w weekendy, i w laboratorium anatomicznym przeprowadzaliśmy wielokrotnie symulacje operacji transplantacji twarzy na zwłokach ludzkich.

Gdyby ten zabieg się nie powiódł – co również było możliwe, bo każda operacja, zwłaszcza transplantologiczna, niesie ze sobą ryzyko niepowodzenia – historia wyglądałaby zupełnie inaczej. Niepowodzenia nie da się całkowicie wykluczyć. Kilku pacjentów, którzy mieli transplantację twarzy, już nie żyje i to jest porażka, zarówno z medycznego, jak i etycznego punktu widzenia.

Operacja trwała dwadzieścia dwie godziny i była prawdziwym wyzwaniem.

Wymagała takiej logistyki jak przy prowadzeniu najtrudniejszej wojny. Zespół liczył ok. 50 osób: ośmiu chirurgów, personel pomocniczy, pielęgniarki, anestezjolodzy. Odbywało się to na dwóch salach operacyjnych: dawcy i biorcy. Przez te dwadzieścia dwie godziny byłam cały czas na nogach, raz przy jednym stole operacyjnym – dawcy, raz przy drugim – biorcy. Nie kładłam się. Koordynowałam całą logistykę zabiegu. Najważniejszy był moment połączenia naczyń tętniczych i naczyń żylnych pacjentki oraz dawcy. Igły mikrochirurgiczne nie wydają prawie żadnego dźwięku. Przeciętny ludzki włos ma grubość od sześćdziesięciu do dziewięćdziesięciu mikronów (mikron to jedna tysięczna milimetra), a grubość igieł mikrochirurgicznych waha się od czterdziestu do stu mikronów. Żeby je nawlec, potrzebny jest mikroskop, dlatego produkuje się je od razu z nićmi. Nie zapomnę momentu, kiedy blada przeszczepiona twarz, na której nie było widać oznak życia, nagle się zaróżowiła. To był prawdziwy huragan emocji.

Sukces jest możliwy, kiedy uda się stworzyć doskonale przygotowany, zgrany zespół, który na każdym etapie zabiegu ma wyznaczoną rolę i w tej roli się sprawdza. Kieruję zespołami ludzi od bardzo wielu lat, począwszy od studiów medycznych na Uniwersytecie Medycznym w Poznaniu, kiedy przez sześć lat byłam starostą roku.

Potem, po Connie, wraz z zespołem dokonałam dwóch kolejnych przeszczepów twarzy, które były jeszcze bardziej skomplikowane. Trwały 26–28 godzin. W przypadku trzeciej pacjentki mieliśmy do czynienia z transplantem twarzy wymagającym przeszczepu całej skóry głowy.

W transplantologii bardzo duże znaczenie ma pacjent i jego postawa po przeszczepie.

Proszę wyobrazić sobie sytuację, że nasza pacjentka po zabiegu oszukuje nas i nie zażywa leków przeciwko odrzutowi. W takiej sytuacji przeszczep zostałby odrzucony z powodu niestosowania się pacjenta do zaleceń lekarza. Osoby czekające na nową twarz są bardzo doświadczone przez los, niełatwo znaleźć wśród nich takie, które nie paliłyby papierosów lub nie miały depresji. Lista parametrów dyskwalifikujących przy przeszczepie jest jednak znacznie dłuższa. Musimy brać pod uwagę profil psychologiczny i społeczny: czy kandydat jest samodzielny i niezależny, czy świadomie decyduje się na operację i czy rozumie liczne ograniczenia, które zmienią jego życie po transplantacji.

Sukces jest możliwy, kiedy uda się stworzyć doskonale przygotowany, zgrany zespół

W USA znalazła się pani po raz pierwszy, gdy wyjechała na stypendium. Ale wcześniej odbywała pani praktykę w Helsinkach. To tu nastąpił przełomowy moment w karierze.

Od chwili gdy w Finlandii brałam udział w przyszyciu dłoni, którą odciął sobie nieostrożny drwal, wiedziałam, że transplantologia rekonstrukcyjna będzie moim zawodowym powołaniem. Z wykształcenia jestem ortopedą, mikrochirurgiem i rehabilitantką. Przyjechałam do Orthopedic Hospital of the Invalid Foundation w Helsinkach, aby uczyć się pod kierunkiem fińskiego mikrochirurga doktora Simo Vilkki. Replantacja ręki to niezmiernie długi i złożony zabieg. Możliwość obserwowania pracy jednego z najlepszych europejskich chirurgów, pioniera chirurgii ręki, i asystowania mu była podarunkiem od losu.

Przywieziono młodego człowieka na wózku szpitalnym. Jego ręka przyjechała osobno, w pojemniku z lodem. Okazało się, że wraz z kolegami rąbał w lesie drewno na opał.

Był taki szczególny moment podczas operacji, który pozostał mi w pamięci do dziś. Kiedy tętnice i żyły były już połączone, doktor Vilkki powiedział coś cicho do pielęgniarki. Ta zdjęła zaciski z naczyń i krew zaczęła krążyć. Dłoń się zaróżowiła. Ze zbioru martwych, poszarpanych kości wyłoniła się struktura, która znów mogła utrzymać filiżankę kawy. Pacjent zasypiał, wiedząc, że ma odciętą dłoń. Obudził się i znalazł ją na swoim miejscu. Jego zdumienie, zachwyt i wdzięczność tylko utwierdziły mnie w decyzji. Taka niezwykła transplantacja jest fachowo zwana autoprzeszczepem lub replantacją, ponieważ tutaj zostaje przyszyta własna dłoń pacjenta. Prawdziwa transplantacja polega na przeszczepie kończyn, tkanek czy organów od innego człowieka.

Kontrowersyjny włoski lekarz, prof. Sergio Canavero, ogłosił jakiś czas temu, że przygotowuje się do pierwszego na świecie przeszczepu głowy. Dodał, że taki przeszczep został już przeprowadzony w trakcie 18-godzinnej operacji na zwłokach. Plany Włocha zostały zignorowane przez autorytety medyczne. A jak pani je ocenia?

To przedsięwzięcie mało realne i kontrowersyjne etycznie. Każdą operację wykonuje się z jakiegoś powodu. Przeszczepiamy twarz, bo pacjent nie może oddychać, połykać i mówić. A kto potrzebuje przeszczepu głowy? Ktoś, kto nie ma głowy, nie żyje. Poza tym kto by chciał mieć przeszczepioną głowę od kogoś innego? Ja na pewno nie.

Zresztą tu rodzi się dylemat natury filozoficznej: czy mamy do czynienia z przeszczepieniem głowy do ciała czy ciała do głowy? Kartezjusz uważał na przykład, że istota człowieka jest związana z głową. I gdyby to wziąć pod uwagę, to moglibyśmy mówić raczej o przeszczepieniu ciała do głowy.

Obecnie kieruje pani zespołem badawczym na Uniwersytecie w Chicago. Wiem, że pracuje u pani wielu stażystów z Polski.

Od momentu kiedy skończyłam medycynę, miałam okazję wykształcić 150 młodych lekarzy z całego świata. Jest wśród nich około 50 Polaków, którzy pracowali u mnie w laboratorium. Teraz pracuje u mnie czterech stażystów z Polski. Prowadzimy badania nad nową terapią komórkową, która ma doprowadzić do tego, że nie trzeba będzie zażywać toksycznych leków przeciwko odrzuceniu przeszczepu, bo z takim ryzykiem ciągle się zmagamy. Aby zminimalizować zagrożenie, chory musi przyjmować leki immunosupresyjne do końca życia. A to ma negatywny wpływ na jego organizm, ponieważ są to silne środki, ingerujące w naturalny układ odpornościowy, stąd pacjenci narażeni są na infekcje, problemy z gojeniem ran czy niewydolność nerek.

Dlatego w moim laboratorium tworzymy komórki chimeryczne, przez łączenie komórek pochodzących ze szpiku dawcy i biorcy. I takie w 50 proc. „swoje” komórki podajemy biorcy, aby nie odrzucił przeszczepu. Są to komórki macierzyste, wytwarzane w warunkach laboratoryjnych. Mam nadzieję, że w niedalekiej przyszłości terapia z zastosowaniem komórek chimerycznych jako bardziej bezpieczna ułatwi nie tylko przeszczepy twarzy, ale też serca, wątroby czy nerek.

Jak dostać się na staż?

Dobrze mieć jakieś doświadczenie, ponieważ jako jedyni na świecie prowadzimy bardzo skomplikowane, wyrafinowane badania z zastosowaniem  terapii komórkowych, bazujących na tworzeniu różnych linii komórek chimerycznych. Stażysta musi mieć wiedzę nie tylko z dziedziny chirurgii, ale również biologii molekularnej oraz oczywiście znać perfekcyjnie język angielski.

Kilka lat temu przeniosła pani swój zespół do Chicago. Dlaczego?

Bo w tym mieście mam lepsze warunki do prowadzenia badań we własnym laboratorium. Poza tym chciałam być bliżej syna i jego rodziny, która tutaj mieszka. Krzysztof jest chirurgiem ortopedą. Specjalizuje się w operacjach  najbardziej skomplikowanych przypadków skolioz kręgosłupa u dzieci.

Czy sława pomaga przy pozyskiwaniu funduszy na badania?

Amerykański Departament Obrony przyznaje mi granty nie w uznaniu za rozmowę z Larrym Kingiem w CNN lub występ u Oprah Winfrey, lecz w uznaniu za moje dotychczasowe wyniki badań oraz po to, byśmy mogli zrobić kolejny krok w rozwoju transplantologii. To zawsze służy pacjentom. Mam bardzo dużo grantów i funduszy z Departamentu, m.in. na przeszczep twarzy u żołnierzy. Bardzo wiele młodych osób wraca z wojny z niesamowitymi deformacjami, często bez rąk, nóg czy twarzy.

Co odnajduje pani w twarzach ludzi, których fotografuje pani w różnych zakątkach świata?

Twarz jest narządem fascynującym i nie mogę się nadziwić, że traktujemy ją jak coś oczywistego – bo przecież to właśnie ona kształtuje naszą osobowość. Ludzkie twarze wyrażają emocje i to mnie w nich pasjonuje, szczególnie kiedy pojawia się na nich uśmiech. Zawdzięczamy to mięśniom mimicznym twarzy. Tych, które są odpowiedzialne za sam ruch ust podczas uśmiechu, jest aż dziesięć. Możemy dzięki nim też jeść, całować się czy gwizdać. Na co dzień nie doceniamy ich funkcji, podobnie jak nie zauważamy wielu subtelności, które sprawiają, że na twarzy widać zmęczenie, radość oraz zdziwienie.

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
Obserwuje, słucha, czyta i podróżuje. A potem nie może się powstrzymać, żeby o tym nie napisać. Pytanie, które najczęściej zadaje, brzmi: co o tym myślisz? Interesuje ją wszystko, co niekonwencjonalne i wyprzedzające epokę. Jest żądna wiedzy, ciekawa świata i ludzi.

Od kilkunastu lat pracuje jako dziennikarka. Pisała dla takich tytułów, jak „Trendy Art of Living” czy „Dziennik. Gazeta Prawna”.

Uwielbia Włochy i mistykę. Z wielką determinacją próbuje nauczyć się włoskiego. Nie lubi zimna, tłumu i hałasu. Jest uzależniona od kina, więc wolny czas najchętniej spędza w ciemnej sali kinowej. Często jeździ na rowerze i ćwiczy jogę. Do siebie i życia podchodzi z dystansem. Czasami chciałaby być niewidzialna.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Film

Mateusz Kościukiewicz: “Twarz to element ciała bezpośrednio związany z oceną, jakiej jesteśmy poddawani”

Mateusz Kościukiewicz, odtwórca głównej roli w filmie "Twarz", opowiada nam o niezwykłym doświadczeniu grania w masce, o tym na ile film jest oparty na prawdziwej historii oraz o pomocy, jakiej ekipie filmowej “Twarzy” udzieliła Metallica.
Bartek Czartoryski
Bartek Czartoryski
10 kwietnia 2018
CZYTAJ WIĘCEJ