Mieczysław Fogg i jego Warszawa przypomniana przez Młynarskiego i Maseckiego

7 minut czytania
1464
0
Robert Skowroński
Robert Skowroński
4 sierpnia 2018

Odsłuchaj

W tej smutnej wieczornej godzinie; Pamięcią swą sięgam w głąb dawnych swych lat; Minęły i wszystko przeminie; I czujesz jakby ci czas szczęście kradł”. Tak śpiewał Mieczysław Fogg i choć jego czas faktycznie przeminął, kolejne pokolenia artystów o nim nie zapominają. Dowodem tego płyta zespołu Młynarski-Masecki Jazz Camerata Varsoviensis, która przenosi prosto “w głąb dawnych lat”. Pomysłodawcą tego wydawnictwa był Michał Fogg, prawnuk warszawskiego barytona, z którym mieliśmy okazję porozmawiać.

Bezbłędnie ujął to Jan Młynarski określając Mieczysława Fogga nie tyle mianem piosenkarza, a człowieka stanowiącego opowieść o świecie, którego już nie ma. Wtóruje mu zresztą prawnuk pieśniarza – Fenomen pradziadka tkwi m.in. w tym, że po wojnie był jedynym pomostem pomiędzy tym utraconym i zapomnianym, ale jednak z nostalgią wspominanym światem dwudziestolecia międzywojennego, a tym obecnym.

Bo faktycznie słynny członek Chóru Dana obcował z Warszawą od początku do końca, będąc naocznym świadkiem rozgrywających się w niej tragedii i zachodzących w niej przemian. Fogg znał Warszawę za rosyjskiego zaboru, tę niepodległą, za okupacji, tę powstańczą, kiedy śpiewał w schronach, szpitalach i na barykadach, a także tę powojenną.

Afisz z czasów okupacji fot. Polona

Odkurzyć legendę

Nic więc dziwnego, że w ramach corocznego cyklu Pamiętamy’44 Muzeum Powstania Warszawskiego postanowiło oddać artyście hołd płytą “Fogg – pieśniarz Warszawy”. A któż inny mógłby wziąć na swoje barki ten materiał, jeśli nie Młynarski i Masecki? Panowie swoją wspólną płytą, “Noc w wielkim mieście”, udowodnili, że w interpretacji przedwojennej polskiej muzyki rozrywkowej nie mają sobie równych. Ich zeszłoroczna wycieczka, ramię w ramię z Adamem Astonem, w świat przedwojnia, stanowiła muzyczne wspięcie się na Mount Everest takiego grania. Wirtuozeria Maseckiego i cudowny, pełen maniery zaczerpniętej z minionych dekad śpiew Młynarskiego, osadzone zostały na solidnym fundamencie reszty bandu. Redefinicja piosenki międzywojennej, ale i poniekąd rozpisanie historii jazzu na nowo.

Nowa płyta duetu i stojącego za nim zespołu to naturalne rozwinięcie pomysłu z “Nocy w wielkim mieście” czy tego co Młynarski wyczynia w swoim Warszawskim Combo Tanecznym. Przecież już tam zeskrobywał patynę z pomnika innej ikonicznej postaci warszawskiej sceny muzycznej, którym niewątpliwie jest Stanisław Grzesiuk. “Fogg – pieśniarz Warszawy” to także próba, jakże udana, zmierzenia się z repertuarem legendy – odświeżenie go, ukazanie w nowym świetle, ale przy jednoczesnym pozostaniu w głębokim ukłonie i z uchylonym kapeluszem wobec oryginalnych nagrań.

Pean? Nie, bo jak bądź brak tu tak daleko idących instrumentalnych szaleństw, co na “Nocy w wielkim mieście”, które ustąpiły miejsca zwróceniu się w stronę pierwowzorów. Ale i tak w warstwie muzycznej, za sprawą jazzowych wstawek Maseckiego, dzieje się naprawdę wiele. Odsłonięta przed słuchaczem zostaje szeroka paleta barw i emocji budowanych nie tylko przez dźwięki wydobywające się z uderzeń o klawisze, ale także z przejmujących pociągnięć smyków po strunach skrzypiec czy równie poruszających partii instrumentów dętych. Utwory na płycie bywają tkane delikatnie, jak pajęcza sieć (“Związane mam ręce”), energiczne, jak “Polowanie na tygrysa”, ale zahaczają też o pełne dramaturgii latynoskie gatunki (“Ameryka”). I pomyśleć tylko, że cały ten materiał powstał w zaledwie dwa miesiące.

Fogg rozpisany na głosy

Wokalnie również nie ma miejsca na nudę, bo za mikrofonem nie stoi już tylko Jan Młynarski (choć akurat czasami brakuje jego, z braku lepszego słowa, retro-naśladowczego głosu). Na płycie znalazły się niemal same przedwojenne piosenki Fogga z czasów jego kariery solowej. Sięgnięto jednak także po repertuar z okresu, kiedy syn maszynisty kolejowego i sklepowej z rogu ulic Długiej i Freta, z Warszawskiej Dyrekcji Polskich Kolei Państwowych i późniejszego śpiewania po ślubach i pogrzebach, trafił w końcu do Chóru Dana. Wysockiego, Jasłowskiego, Fogga i Bogdanowicza zastąpił na płycie chór Młynarski, Masecki, Duda, Zabrodzki, który odśpiewał wspomniane “Polowanie na tygrysa”.

Wśród 14 piosenek na albumie zainteresowanie z pewnością wywołują te wykonane przez Agatę Kuleszę i Joannę Kulig. Współpraca z tą drugą to jak można domniemywać pokłosie pracy Maseckiego przy “Zimnej wojnie”, ale trudno mówić tylko o koleżeńskim geście. Kulig jako znakomita wokalistka objawiła się nie tylko w filmie Pawlikowskiego, ale i w młodzieńczych latach robiąc furorę w “Szansie na sukces”.

Jej chwytające za (najlepiej złamane) serce “Związane mam ręce”, przywołuje na myśl siwe od papierosowego dymu lokale o godzinie, w której noc zmienia się już w poranek. Pięknie, przejmująco. Zupełnie inną estetykę wprowadza śpiewająca nieco zawadiacko, jakby od niechcenia, Agata Kulesza, zwłaszcza w “Może kiedyś, innym razem”. To jednak nie koniec żeńskich wokali na wydawnictwie, bo w “Warszawo ma”, słyszymy Barbarę Kingę Majewską. I w tym przypadku trudno powstrzymać się od zachwytu. Ciężar tekstu, niesiony na wręcz żałobnej melodii, w tej interpretacji wdeptuje w ziemię.

Pojawiły się także te największe z największych przebojów Fogga, “To ostatnia niedziela” czy “Tango milonga”. Michał Fogg pokusił się o próbę wytłumaczenia ich fenomenu – Przed wojną pradziadek był nazywany pierwszym polskim tangistą. Nagrał najwięcej tang ze wszystkich pieśniarzy przedwojennej sceny muzycznej. Samo “Tango milonga” zrobiło zaś światową sławę jako “Oh, Donna Clara”, co jest niewątpliwą zasługą kompozytora, Jerzego Petersburskiego.

Na “Fogg – pieśniarz Warszawy” klasycznym barytonem tę kompozycję wyśpiewuje Szymon Komasa. Dzięki swoim warunkom wokalnym, zaprezentowanym także w “A ja sobie gram na gramofonie” oraz “Młodym być i więcej nic”, zbliża się on najbardziej do oryginalnego wykonania. “To ostatnia niedziela” wybrzmiewa już głosem Jana Młynarskiego odbiegając tym samym od swojego pierwowzoru, a to przecież odważne posunięcie biorąc pod uwagę status piosenki, o którym powiedział Michał Fogg

“To ostatnia niedziela” była wielkim szlagierem. W Rosji nawet większym niż w Polsce, a i tu sprzedała się w stutysięcznym nakładzie tylko do 1939 roku. W rodzimej kinematografii ten utwór wykorzystano w co najmniej 6-7 znaczących filmach, a w Rosji w dwukrotnie większej liczbie obrazów, ot choćby w “Spalonych słońcem” Nikity Michałkowa.

Wspomnienia dawnych dni

“Fogg – pieśniarz Warszawy” z pewnością nie jest łatwe w odbiorze. Aby w pełni docenić i zrozumieć te piosenki potrzebny jest kontekst historyczny. Nawet sam Michał Fogg nie od razu przecież rozumiał status swojego wielkiego członka rodziny

Całe swoje młodzieńcze życie obcowałem z kochającym i ciepłym dziadkiem, nie z Mieczysławem Foggiem artystą, bo nim bywał tylko na estradzie, w ramach swojej pracy. W domu dla swoich wnucząt był zupełnie kimś innym. Dodaje także: – Gdy zobaczyłem te nieprzebrane rzesze ludzi na pogrzebie pradziadka, to wtedy coś we mnie drgnęło. Miałem wtedy jednak dopiero 15 lat, w tym wieku ma się głowę zaprzątniętą zupełnie innymi rzeczami. Dopiero później zaczęto szerzej mówić o dwudziestoleciu międzywojennym, o okresie okupacyjnym czy o powstaniu, więc i ja z czasem, prawdopodobnie około 10 lat po śmierci pradziadka, bardziej zainteresowałem się tym tematem. Schedą po pradziadku zajmował się wcześniej mój ojciec, ale wraz z moim dojrzewaniem powoli przekazywał mi tę pałeczkę. Gdyby pokusić się o wyznaczenie formalnego momentu mojego zajęcia się spuścizną po Mieczysławie Foggu, byłby to 2006 rok, kiedy reaktywowałem Fogg Record, czyli wytwórnię zamkniętą w 1951 roku.

Mieczysław Fogg, fot. NAC

Płyta wydana przez Muzeum Powstania Warszawskiego to z pewnością godne przypomnienie o Mieczysławie Foggu, ale na zapomnienie o nim nie godzi się również jego prawnuk, który usilnie stara się kultywować pamięć o słynnym Warszawiaku

Moja prababcia, a żona Mieczysława, była strażniczką schedy po swoim mężu. Zbierała po nim wszystko. To dzięki temu mam program występu z 1928 roku, kiedy pradziadek śpiewał jeszcze jako Mieczysław Fogiel. Posiadam w domu osiem opasłych albumów, w których znajdują się wszystkie wycinki dotyczące kariery pradziadka. Mało tego, mam nawet jego frak, w którym występował czy złote płyty. To samo staram się uczynić z Fogg Record, aby faktycznie zebrać pełny katalog nagrań, a nie jest to proste, gdyż pradziadek ochoczo rozdawał swoje płyty, nie zachowując egzemplarza dla siebie. Co gorsza, z racji, że płyty nie mieściły się w dwupokojowym mieszkaniu na Śródmieściu, znaczna ich część została wywieziona na naszą ówczesną działkę. Tam w latach 80. z nieopodal położonego domu poprawczego zbiegło trzech nastolatków, którzy włamali się na naszą działkę i znalezione płyty posłużyły im do zabawy. Tak straciliśmy ponad 80 procent zbioru, który posiadał pradziadek.

Warszawskie historie

Ten udaje się odtworzyć, dzięki wsparciu innych, choć w tej kwestii nie brak też typowo warszawskich historii podszytych cwaniactwem – Mam zaprzyjaźnionego sprzedawcę płyt, który ilekroć ma coś Fogga, to pisze do mnie z pytaniem czy jestem zainteresowany kupnem. Nawet jak posiadam dane wydawnictwo, to i tak zależy mi na drugim egzemplarzu, aby mieć go w zapasie. Kiedyś miałem też taką sytuację na warszawskim Kole, że u jednego z handlarzy zauważyłem płytę Fogg Record w cenie 15 złotych. Cały rozpromieniony opowiedziałem sprzedawcy kim jestem i jak bardzo mi zależy na tym egzemplarzu. On po tym też już był rozpromieniony, bo cena nagle wzrosła do 50 złotych.

To wszystko z czysto rodzinnej pasji, chęci kultywowania dobrego imienia Mieczysława Fogga. Plany prawnuka barytona są daleko idące, bo jak wyznał – Dążę do tego, aby w Warszawie powstała Izba Pamięci Mieczysława Fogga. Chciałbym stworzyć miejsce, w którym mógłbym ulokować wszystkie te pamiątki, bo obecnie są one porozrzucane po różnych lokalizacjach. To też po to, aby w takim miejscu móc mówić i przypominać wszystko to co wiąże się z tamtym okresem.

Chór Dana, 1936 fot. NAC

“Fogg – pieśniarz Warszawy” to kolejna cegiełka w budowaniu pamięci o słynnym śpiewaku. Ale czy tylko cegiełka? Może nawet kamień węgielny, bo jak bądź już wielu artystów składało w swoich nagraniach muzyczny hołd Foggowi, tak album Młynarskiego i Maseckiego to bodaj najpełniejsze i najdoskonalsze dzieło w swojej kategorii. Można się było zastanawiać co jeszcze nowego można powiedzieć w kwestii interpretacji piosenek Fogga. Okazało się, że bardzo dużo. Mniejsza już jednak o westchnienia i zachwyty nad talentem twórców, bo ta płyta pozwala po prostu “Bez celu się przejść Marszałkowską; Na Wisłę napatrzeć się z mostu; Dziewiątką pojechać w Aleje; I z tłumem się wpleść w Nowy Świat”. I chyba to właśnie stanowi o jej wyjątkowości.

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Robert Skowroński
Robert Skowroński
Krytyk filmowy i muzyczny związany niegdyś lub wciąż związany z... długo by wymieniać. Ponadto amator kawy i urban exploringu, który już chyba na zawsze pozostanie niespełnionym perkusistą. Prowadzi profil Trochę kultury.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Magazyn

Dzień z życia przedwojennego warszawiaka wiosną 1938 roku

Polska dwudziestolecia międzywojennego uchodzi za raj utracony, wzbudzający żywe zainteresowanie nawet tych, których historia jako taka nie ciekawi. Nic dziwnego, bo to przeszłość bardzo bliska, często znana z opowieści naocznych świadków z naszych rodzin. Przenieśmy się więc w nią na chwilę i zobaczmy, jak mógł wyglądać dzień typowego mieszkańca Warszawy z końca lat trzydziestych, inteligenta z klasy średniej.
Maciej Nowak-Kreyer
Maciej Nowak-Kreyer
8 kwietnia 2018
CZYTAJ WIĘCEJ