Opowieść o zwyczajnym szaleństwie, czyli jak zwariować na punkcie samochodu

6 minut czytania
724
10
Dominika Węcławek
Dominika Węcławek
15 sierpnia 2018

Odsłuchaj

No popatrz, przyjrzyj się uważnie – mówię mu zaraz po tym, jak się umościł już na fotelu pasażera. Patrzę i widzę, że on nie widzi. Jak można nie zauważyć, że dołożyłam oryginalny cup holder, taki, jak miały modele produkowane na rynek amerykański? Facet z podkarpacia spylił mi za pół ceny. No ale on nie widzi. To ja mu pokazuję. Tu naciskasz, wysuwa się i masz już co zrobić z kawą, kiedy prowadzisz. Znaczy ty nie prowadzisz, to jest mój czołg, moja świątynia i nikomu nie dam kluczyków. A przecież miało być tak pięknie, tak normalnie. Żadnych odchyłów…

Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce i w całkiem innym życiu byłam zwolenniczką twierdzenia, że samochód to tylko taka maszyna, która ma cię przewieźć z punktu A do punktu B. Nie ma się co rozczulać. Skoro tak, to nie ma też sensu wydawać miliardów na podgrzewaną podsufitkę i nawiew na bagażnik, oraz na komputer sterowany głosem własnego kota. Ważne, żeby to jeździło legalnie, czyli “aaaaby przeszło przegląd”.

Blacha na kołach do jeżdżenia

I oto ja, wiele lat później, cała na szaro, stoję sobie ze ściereczką i wsmarowuję nieśmiertelną pastę K2, by zamaskować te drobne ryski, których widoku na blacharce nie mogę zdzierżyć i na nic rozmowy z kolegami z forum, że “daj spokój, niech twoje autko nosi z dumą swoje blizny”. No nie. Będę pastować i basta! I kiedy tak sobie poleruję, nachodzi mnie taka myśl, gdzie popełniłam błąd, co poszło nie tak. Przecież w chwili kupna wszystko się zgadzało.

Najpierw trzy dni jeździliśmy z czujnikiem metalu po okolicznych szopach, garażach, parkingach i stodołach. Widziałam rzeczy niezwykłe, szpachlę, która sama jeździła po piwo. Rdzę, która wciąż jeszcze dziarsko trzymała kształt dawno już zeżartej blachy. Kurniki złożone z miliona elementów pochodzących z różnych aut. Pojazdy, które ilością mchu i paproci zawstydziłyby Puszczę Piską.

Nigdy nie miałam własnego szwagra, może dlatego na pierwsze auto uzbierałam po 34. urodzinach, ale słuchajcie, ilu ja cudzych szwagrów poznałam przy okazji poszukiwań? Jakie to były historie. Słyszałam legendy o Niemcach, co płakali, o tym, że drugi właściciel szanował. A w ogóle to jak pani zaraz kupi dzisiaj, to ja tę cenę o połowę obniżę. Halo, pik-pik, SMS: “Jeśli pani się zdecyduje teraz za gotówkę, to ja nawet za 1200 PLN sprzedam”.

Kiedy na sam koniec pełna rezygnacji i poczucia, że no trudno, trzeba będzie jeszcze rok odkładać i najwyżej dopiero wtedy znajdziemy cokolwiek, do czego dałoby się wpuścić życie nie narażając wykwitłej już we wnętrzu pojazdu cywilizacji na zagładę, pojawił się on. Był już prawie pełnoletni, ale w całkiem niezłym stanie. Może trochę pokiereszowany z zewnątrz, ale za to miał piękne wnętrze. Żadnych zbędnych dodatków, chujów-mujów tempomatów. Tylne szyby na korbkę. Zadbany silniczek, sprawną skrzynię biegów, normalne zawieszenie, działające hamulce… Niewiarygodne wręcz. I wszystko mieściło się w kategorii “maszyna, która przewiezie mnie z punktu A do punktu B, z dziećmi, i jeszcze do tego przejdzie przegląd”.

To mój czołg i moje dynksy

Nie wiem w którym momencie coś drgnęło. Czy podczas pierwszego przejazdu po zakupie, kiedy w deszczu i w chłodzie mknęłam 40 kilometrów na godzinę przez Gądowiankę powątpiewając w to, czy aby na pewno mam prawo oddalać się tym pojazdem… A może troszkę później, gdy wpłynęłam na suchego przestwór oceanu i zanurzyłam się w odmęty dyskusji na forum dla właścicieli tego konkretnego modelu samochodu. No bo musicie wiedzieć, że nic mnie tak nie wyciszało i nie krzepiło w chwilach, gdy w życiu prywatnym mrok i złe potwory, jak dyskusje z kolegami o tym, jaki olej silnikowy lać i dlaczego 5W40, a nie dyszkę. Tak, tak.

Zaczęło się niewinnie. Potem były rozmowy o różnych dynksach z plastiku, które można sobie dodać, albo wymienić na lepsze, o diodach, które można włożyć pod panel, żeby świeciło inaczej, o dodatkowych czujniczkach i reflektorach malowanych na czarno. A przecież na to forum zapisałam się tylko po to, żeby sprzedać lampę, tylną prawą, którą sprzedawca jełop wysłał mi zamiast lewej. A lewą musiałam kupić, bom ją rozbiła. A rozbiłam ją niechcący, bo zmieniłam właśnie koło w deszczu i śniegu i byłam z siebie tak bardzo zadowolona, że oto ja, dźwignęłam tym lewarkiem swoje dwie tony szczęścia na czterech kołach i bach, bach, bladym świtem założyłam tymi rencyma dojazdówkę, że nagle straciłam czujność i nie dostrzegłam szarego drzewa na szarym tle muru za lewą belką bagażnika. No i pyk. A mówili “zaklej taśmą, będzie służyć długo”. Nie zakleiłam. Zgubiłam plastik gdzieś na autostradzie, o czwartej rano, w drodze do Gniezna.

Tak, to musiało się właśnie zacząć wtedy, gdy siedziałam w bagażniku swojego czołgu i wymieniałam własnoręcznie ten tylny reflektor. Sarkałam pod nosem na to, co za pokurwieniec wymyślił otwory, do których pasuje pewnie tylko oryginalny szwedzki klucz do śrubek leżakowany w bagnach pod Hisingen. A potem wdałam się w rozmowę z kolegą z forum, który zasugerował, że jak w ogóle mogłam założyć lampę z przedlifta do polifta. Przecież to się będzie różnić odcieniem. Chuja tam, odcieniem, panie, ma świecić.

To nie jest jakiś cud świata

Facet jednak zasiał ziarno wątpliwości. Zaczęłam oglądać sobie uważnie wszystkie przedlifty i polifty. Zaczęłam bacznie obserwować, jak ludzie przerabiają swoje czołgi. Zaczęłam myśleć, czy tych kilka dinksów z plastiku, które dodałam w środku tylko po to, żeby mieć wygodniej, o, na przykład, żeby był uchwyt na kubek, a nie, że nie mam co z kawą zrobić, gdy prowadzę auto, to nie za mało. Kiedy już zrobiłam cały nowy wydech, bo stary się pokruszył, rozważałam, czy może jednak nie pomalować grilla na czarno. No chociaż to sobie zrobię, a co!

“Mamo daj spokój, to jest jakaś wiocha” – skwitował pierworodny. Wiocha to jest jak jadę swoim czołgiem przez miasto i śpiewam razem z Borisem, że “wypełniam swoje dni majonezem, oraz że łyk kompotu, czebureki”, a nie jakiś tam czarny grill. Czarny grill jest ładny i pasuje do koloru karoserii. No ale nie pomalowałam, nie będzie mi tu nastolatek imputował.

To może chociaż wezmę swojego starszaczka na jakiś car-detailing, niech wyklepią te szramy. Wiem, gdy go kupowałam, zupełnie mi nie przeszkadzały, ale teraz, gdy mijają kolejne dziesiątki tysięcy wspólnie przejechanych kilometrów, zaczyna mi być smutno, że moja blaszana krówka jest taka poobijana. Przecież zasługuje na więcej. Kolega, który nie jedną rajdówkę już zajechał i nie jedną terenówkę utopił w bagnie skwitował tylko “Ale masz świadomość, że to nie jest cud świata, tylko dwudziestoletnie kombi (i tu model)?”. Dziś już nie rozmawiam z tym kolegą. Przypadek? Nie sądzę…

Oczywiście nie trzymam go pod kocem. Zgodnie z planem jeździmy nim po okrutnych bezdrożach i bezlitosnych wertepach, bo nie po to mam auto bardziej z północy niż z południa, żeby tylko śmigać autostradami od warsztatu do warsztatu a w przerwach na naprawy sączyć wino zagryzając frutti di mare. Przez lasy i błota, przez łąki i pola, dup, ciup, a na noc ewentualnie mogę tylko podłożyć gazetę, żeby sprawdzić, czy aby tym razem jednak nie rozwaliłam czegoś na kamieniach.

Nie mniej jednak nasz mały czołg zyskał w moim sercu miejsce szczególne. Jest głaskany i rozpieszczany. Czasem też słucha moich inwokacji do siebie. Raz w tygodniu jedziemy zmyć błoto i wygonić chaszcze z wnętrza. I ja wiem, że już żaden inny samochód w przyszłości nie wzbudzi we mnie takich uczuć i potrzeb dopieszczania, modyfikowania, głaskania i nasłuchiwania pracy silnika, warczenia na dzieci, żeby nie dotykały brudnymi rękami podsufitki i syczenia na każdego, kto chciałby poprowadzić. Chyba że to nie jest kwestia auta, tylko mnie…

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Dominika Węcławek
Dominika Węcławek
Matka dzieciom, wiedźma z kotem. Miłośniczka ruin i jedzenia z puszki. Typowy filozof. W wolnych chwilach również autorka książek science fiction.
AUTOR

Polecamy

Zobacz też

Nie pytaj mnie, jaki kupić samochód. Przestaniesz ze mną rozmawiać

W niektórych kręgach uchodzę za człowieka związanego z motoryzacją. Co prawda dawno i nieprawda, no ale fama się niesie. Mam też trochę znajomych i co jakiś czas ktoś z nich trafia do mnie z pytaniem, jakie auto sobie kupić. Tak się więc składa, że co jakiś czas kilka osób przestaje się do mnie odzywać. Spotykam się z kumplem. Zebrał trochę kasy i zastanawia się nad jakimś fajnym hatchbackiem. Dla laików – coś w stylu golfa, fiesty czy peugeota 307. Okej, analizujemy koszta i możliwości. – Słuchaj, a po ile taki golf chodzi? – pyta się on. Ja mu na to,…
Konrad Bagiński
Konrad Bagiński
29 marca 2017
CZYTAJ WIĘCEJ
[FM_form id="1"]