Płyty, do których wracam: „Blackstar” Davida Bowiego

3 minuty czytania
273
0
Elvis Strzelecki
Elvis Strzelecki
27 sierpnia 2018
fot. Ned Snowman/Shutterstock

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

“Pożegnanie ze światem Bowiego” – tak powinien nazywać się ten album. To historia o tym, jak odchodzi artysta, a pojawia się ciało niebieskie.

Powiedzieć o Bowiem geniusz – truizm. Nazwać go odkrywcą – przesada. On sam wszak definiował siebie jako „sępa kultury”. I nie jest to w żadnym wypadku obraźliwe określenie (czyt. samokrytyka), pokazanie dystansu do siebie, czy inne tego typu głupoty. Toż to sama prawda – David Robert Jones, bo tak w rzeczywistości nazywał się muzyk, widział siebie w roli interpretatora danej epoki kulturowej.

Był przybyszem z kosmosu, buntownikiem, berlińczykiem, gentlemanem r&b, raverem, nowojorczykiem, mistrzem awangardy i jazzu. Jego wybitność opierała się na umiejętności czerpania z różnych źródeł i tworzenia z wygrzebanych przezeń składników nowej całości. Mógł robić wszystko i praktycznie zawsze wychodziło mu to na dobre.

„Po mojemu, albo wcale”

Przyznaję: uroniłem łezkę po dwóch artystach. Po Michaelu Jacksonie i właśnie po Davidzie Bowiem. W przypadku pierwszego z nich, nie była to wielka artystyczna miłość. Nie każdy utwór czy album Jacksona należał do moich ulubionych. Pamiętam jednak moment, w którym „na nowo” podszedłem do utworu „Stranger In Moscow”.  Wtedy dostrzegłem w tym „kolorowym ptaku” samotnego, wrażliwego człowieka, który był przekonany o nieuchronności swojego losu jako gwiazdy.

Kiedy w 2009 roku rankiem 25 czerwca odpaliłem MTV i zobaczyłem obrazki z życia „Króla popu”, domyśliłem się, że zmarł. Kilka minut później, informacje o śmierci Jacksona były już wszędzie. Miałem wrażenie, że coś się skończyło dla świata popkultury. Dla mnie osobiście Michael był kimś w rodzaju bohatera dzieciństwa, niczym dla wielu moich rówieśników Batman lub He-man. Do dziś bowiem pamiętam film „Moonwalker”, który wówczas zrobił na mnie ogromne wrażenie.

Z Davidem sytuacja wyglądała zgoła inaczej. Po raz pierwszy oficjalnie usłyszałem go w 1997 roku (miałem wtedy 7 lat), za sprawą utworu „Little Wonder”, do którego klip leciał na kultowej Vivie Zwei. Potem był „Hallo Spaceboy” w remiksie Pet Shop Boys, a następnie miało w moim życiu miejsce zetknięcie się z większą częścią jego dyskografii. Poznałem człowieka, który był kameleonem żyjącym sztuką, pięknem i eksperymentem. Kolesia, który w wywiadach potrafił być uroczy i zabawny, a w swej twórczości niezwykle różnorodny i ekscentryczny.

Nigdy nie nudził, bawił się swoim talentem, dzięki czemu jego obecność dawała człowiekowi poczucie, że dopóki żyje Bowie, świat nie ma co się obawiać o spadek jakości kultury popularnej. Kiedy jednak odszedł w styczniu 2016 roku, krótko po swoich 69 urodzinach, poczułem, że skończyła się pewna epoka. Jaka? Niech każdy na to pytanie odpowie sobie sam…

„Jestem Czarną Gwiazdą”

„Blackstar” – art rockowe, jazzujące kompozycje stworzone we współpracy ze starym dobrym kumplem Tonym Viscontim i nowymi współpracownikami: Markiem Guilianą (perkusja), Benem Monderem (gitara), Jasonem Lindnerem (klawisze) i Donnym McCaslinem (saksofon). Każdy z utworów, które znalazły się na tej płycie brzmi jak znak, symbol.

Bowie wiedział, że umiera. Postanowił jednak pożegnać się ze światem w swoim niepowtarzalnym stylu. W tym celu zaprosił słuchaczy do knajpy, która mieściła się w starym opuszczonym psychiatryku. Najpierw wyjawił im, kim naprawdę jest („Blackstar”), roztaczając wokół siebie ponurą aurę świadomości końca ludzkiej egzystencji.

Potem zaczął wspominać swoje barwne życie („‚Tis a Pity She Was a Whore”, „Girl Loves Me”), by następnie opowiedzieć o tym, gdzie znajdzie się w momencie ukazania się swojego nowego albumu („Lazarus”). Chwilę później zapalił papierosa, a po kilku machach powrócił do zabawy formą („Sue ( Or In A Season Of Crime)”). Zaczął jednak wątpić w sens swojej opowieści, jednocześnie puszczając do wszystkich oko, bo przecież wiedział, co się z nim niedługo stanie („Dollar Days”).

Na koniec spotkania, David zdecydował się wyznać wszystkim, że musi już uciekać i  raczej nie planuje powrotu („I Can’t Give Everything Away”). Nagle wszedł do szafy i zamknął się w niej. Kiedy jego słuchacze wyjrzeli przez okno, dostrzegli tylko „Czarną Gwiazdę”, a obok niej napis: „Forma się zmienia, a przygoda trwa dalej”.

Teraz tak naprawdę dociera do mnie, kim był ten niezwykły Brytyjczyk. Nie muzykiem i aktorem. David Robert Jones był znakomitym scenarzystą oraz reżyserem spektaklu pt. „David Bowie”.

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Elvis Strzelecki
Elvis Strzelecki
W stałym związku ze słowem pisanym od 2011 roku. Domator, miłośnik muzyki, wieczorów przy czerwonym winie, poezji, szalonych lat 90. i kultury rave. Anty-gadżeciarz poszukujący normalności we współczesnym świecie. U innych ceni poczucie humoru oraz dystans do siebie.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Czytaj jak gwiazda rocka i dołącz do Bowie Book Club

Reżyser Duncan Jones, syn zmarłego przed dwoma laty Davida Bowiego, założył internetowy klub książki poświęcony czytelniczym gustom taty. Celem szybko rosnącej internetowej społeczności jest przeczytanie stu pozycji, które David Bowie uznawał za najlepsze i najważniejsze. Ja już mam swój egzemplarz "Hawksmoor", pierwszej powieści z listy.
Kasia Nowakowska
Kasia Nowakowska
8 stycznia 2018
CZYTAJ WIĘCEJ