Reni Jusis: “Po trasie powrót do domu nie jest łatwy”

7 minut czytania
1872
0
Wojciech Przylipiak
Wojciech Przylipiak
19 sierpnia 2018

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Na poprzednią płytę Reni Jusis fani czekali siedem lat. Teraz tylko dwa, bo nowy materiał „zakręconej” ukaże się już we wrześniu. Wokalistka opowiedziała nam jaki będzie, co robi na niej Jakub Gierszał i dlaczego popłakała się ze złości, gdy przed laty na singiel promujący płytę wybrano „Kiedyś cię znajdę”.

Wojciech Przylipiak: Niestety podczas naszego spotkania nie masz już tego ognistego koloru włosów, który pokazałaś w teledysku do singla „Tyyyle miłości”

Reni Jusis: Nic dwa razy się nie zdarza (śmiech).

Teledysk do „Tyyle miłości” po raz kolejny pokazał, że przechodzisz genialne metamorfozy wizerunkowe. Wielu polskich artystów niestety wciąż nie zwraca uwagi na to, jak wyglądają na scenie, ale ty dopracowywałaś to już w latach 90. Do swojej jesiennej trasy też specjalnie się przygotowujesz? Nad strojami pracujesz z duetem Paprocki/Brzozowski prawda?

Tak, pracowałam z nimi już przy płycie „Magnes”. Wizerunek sceniczny jest dla mnie ważny. Dlatego przygotowując się do powakacyjnej trasy koncertowej opracowujemy inną koncepcję scenografii i świateł. Nie chcemy powtórzyć tego, co było na trasie z „Bang!”. Jeśli chodzi o polskich artystów, to w ostatnich latach dbanie o wizerunek się zmieniło. Na pewno pomógł w tym rozwój koncertowo-festiwalowego rynku i przyjazdy do Polski wielu zagranicznych artystów. Na żywo można było się przekonać o sile wizerunku.

Oczywiście ważne jest przy tym, aby wizerunek zgadzał się z przekazem i odwrotnie. Koncert Davida Byrne’a na ostatnim Open’erze, którego fragment miałam okazję zobaczyć na żywo, był tego znakomitym przykładem. Wyjątkowy spektakl niczym z Broadwayu zsynchronizowany z muzyką. Doskonale też potrafi to robić australijski artysta Alex Cameron, który niedawno wystąpił w Warszawie. Czekałam na jego koncert od miesięcy, niestety nie mogłam przyjechać, ale mój mąż Tomek był i wyszedł z niego zachwycony. Cameron ma ogromne wyczucie stylu, genialnie łączy zabawę z eksperymentem. Teledyski, to jak wygląda na scenie, jaką muzykę gra współgra, a jednocześnie jest szczerze. Bardzo lubię takie podejście do naszego zawodu.

Fakt, że Cameron wygląda trochę jak z innej rzeczywistości, ale swoim retro, wyluzowanym stylem potrafi porwać publikę w swój świat. Tak jak tobie udało się podczas koncertów z materiałem z „Bang!” wydanym aż po siedmiu latach przerwy.

Koncerty i spotkania z publicznością były najfajniejszym doświadczeniem przy tej płycie, choć sam proces twórczy piosenek też bardzo lubię. Występując na żywo miałam wrażenie, że rozpoznaję twarze moich fanów. Wiedziałam, że wielu z nich jest ze mną od lat, mają autografy na moich starych płytach CD albo kasetach. Myślałam, że już tym, którzy słuchali mnie przed laty nie bardzo będzie się chciało znowu przyjść na mój koncert, a jednak stało się inaczej. I to jest super uczucie.

Domyślam się jednak, że artysta z takim dorobkiem ma mały problem na scenie. Z jednej strony, publiczność domaga się starych przebojów i chce je w takiej wersji, jaką zna z ich ulubionych płyt, a z drugiej, pewnie jednak fajnie czasami się nimi pobawić.

My jesteśmy z tej grupy, która przekombinowuje na koncertach. Oczywiście, że jest grupa fanów, która chce usłyszeć te same dźwięki w solówce co na płycie. Ale starsze numery mają inny klimat, aranżację i nie zawsze pasują do nowego materiału. Dlatego razem z pracującym ze mną przy „Bang!” Stendkiem staramy się nimi trochę „pobawić”. Czasami mam też tak, że gdy na przykład w taksówce słyszę swój stary numer, którego już nie pamiętałam albo nie grałam wiele lat, to przychodzi myśl, żeby może posłużyć się oryginalnymi samplami i na nowo pobawić tą piosenką. Na pewno zrobimy tak podczas jesiennej trasy.

Zagracie też materiał z nadchodzącej płyty. Jaka ona będzie? Tu już presja wydaje się trochę mniejsza, bo fani czekają na nią dwa lata, a nie siedem, jak przy „Bang!”.

W zasadzie proces nagrywania, rytm pracy, był podobny jak przy „Bang!”. Nowe piosenki zaczęliśmy tworzyć po krótkim ochłonięciu po trasie koncertowej. Pierwsza myśl była taka, żeby stworzyć klimat bardzie stonowany, płynący, przestrzenny. Ale, jak to często bywa, plany szybko się zmieniły i materiał poszedł w stronę dyskoteki i ejtisów.

Wiem, że macie z Tomkiem w waszym domowym studio masę analogowego sprzętu sprzed lat, więc o instrumentarium było łatwo.

To prawda. Moogów i innych klasyków mamy taką ilość, że wprowadziliśmy nawet domowy zakaz kupowania kolejnych (śmiech). Wracając do klimatu płyty. Ten zwrot z planów mniej tanecznych w stronę jednak transową, motoryczną wziął się m.in. z tego, że pisząc te numery wciąż byliśmy w pokoncertowym szale i ta energia przeniosła się na piosenki. Stendek, który jest też producentem nowej płyty, od początku chciał eksperymentować, jeszcze bardziej niż przy „Bang!”. Na pewno o nowej płycie można powiedzieć, że jest różnorodna. Nagrałam na nią anglojęzyczny duet z MaJLo, housowy i oldskulowy, jakby trochę z początku lat 90. MaJLo normalnie takiej muzyki nie wykonuje, ale cieszę się, że wkręcił się w to.

Udało mi się również zaangażować Jakuba Gierszała. Bardzo podobała mi się jego parodia Taco Hemingwaya, którą pokazał w SNL Polska. Chciałam, żeby przeczytał do naszej muzyki jeden z wierszy Stanisława Barańczaka „Jeżeli porcelana, to wyłącznie taka”. To było bardzo ciekawe doświadczenie, chcąc przekazać mu rytm w jakim widziałabym ten wiersz, zaczęłam dyrygować (śmiech). W ogóle korci mnie łączenie deklamacji z muzyką.

Czasami może to przypominać słuchowiska.

Oj tak, uwielbiam je! Wychowywałam się na słuchowiskach wydawanych na winylach. Teraz mam kilka w domu.

Wspomniałaś o „dyrygowaniu” w studio. Masz na to papiery, bo przecież studiowałaś na Wydziale Dyrygentury Chóralnej, Edukacji Muzycznej i Muzyki Kościelnej Akademii Muzycznej w Poznaniu. Jak tam trafiłaś?

Chciałam pracować z głosem, nauczyć się jak najwięcej o różnych technikach wydobywania dźwięków, ale jednocześnie nie chciałam, aby mój profesor narzucił mi swój styl, bo często słyszę kto z wokalistów jest po jakiej szkole, kiedy uczniowie kopiują swoich mistrzów. Doszłam do wniosku, że jak będę studiować klasykę, to poznam warsztat, ale nie będzie to rzutować na poszukiwania mojego własnego stylu.

Wracając do nadchodzącej płyty. Czyli jest tam wiersz Barańczaka, klimat jak z „Trainspotting” i ejtisowy, który można usłyszeć w singlu „Tyyyle miłości”, dyskoteka. Chciałem zapytać o singlowe wybory. Po tylu latach śpiewania potrafisz już przewidzieć co może spodobać się fanom i zachęcić do płyty, co powinno być singlem?

To jest nie do przewidzenia i skalkulowania czy się przyjmie. I to nie tylko singiel, ale cała płyta. Ja miałam już skrajnie różne przypadki. Z chwaloną w recenzjach płytą „Elektrenika” właściwie nic wielkiego się nie wydarzyło, przeszła bez echa, na koncertach mało kto wiedział jak tańczyć do naszej muzyki. Żadne radia nie chciały jej grać. Za to następna płyta „Trans Misja” zaskoczyła totalnie, m.in. za sprawą singla „Kiedyś cię znajdę”. Pamiętam, że jak został wybrany na singla to się wściekłam i poryczałam, bo uważałam, że jest to najgorsza piosenka z płyty. Byłam młoda i bardzo emocjonalnie podchodziłam do tego co robię. Myślałam sobie: napisałam taki ambitny materiał, a wybrali akurat ten najprostszy kawałek. Żałowałam, że go nagrałam. Ale potem bardzo dużo mu zawdzięczałam. Rozkręcił trasę koncertową do szalonych rozmiarów, w wakacje grałam niemal codziennie. To był prawdziwy rock’n’roll, spełnienie marzeń, tym bardziej, że jak mówiłam, poprzednia płyta w ogóle nie zaistniała. Z perspektywy czasu tamten wybór singla był bardzo dobry, ale wtedy tak nie myślałam. Dziś tak emocjonalnie do tego nie podchodzę, choć oczywiście zależy mi na tym, żeby piosenki dotarły do szerokiego grona odbiorców. Na szczęście nie jesteśmy już jednak zależni tylko od rozgłośni radiowych. Dzisiaj internet daje mi super możliwości bezpośredniego, kontaktu z fanami.

Rozmawiamy w kawiarni w obecności twoich dzieci. Ostatnio często jesteś pytana o to, jak łączysz karierę z życiem rodzinnym, ale jak widzę nie jest to specjalnie skomplikowane.

No jednak trochę jest i staram się ze sobą nie ciągać na wywiady, ale czasem nie mam wyjścia. Choć zdarzyło się już, że dzieci wraz ze mną negocjowały kontrakt z wytwórnią (śmiech). Po premierze „Bang!”, a przede wszystkim intensywnych koncertach, przekonałam się, że powrót do domu nie jest łatwy. Oczywiście bardzo tęskniłam, ale zderzenie z rzeczywistością i wejście w jej rytm nie jest proste. Trzeba odnaleźć w sobie cierpliwość i przejść małą domową kwarantannę (śmiech).

Może jest wam łatwiej, bo z Tomkiem przeżywacie to na zmianę?

Chyba nie do końca. Zresztą niedługo będzie premiera nowego klipu Tomka, a potem płyty i to nie będzie proste logistycznie. Trochę się nasze premiery się zazębią, ale wierzę, że płytom i nam wyjdzie to na dobre.

 

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

 

Wojciech Przylipiak
Wojciech Przylipiak
Dziennikarz, przede wszystkim muzyczny. Zbieracz zabawek, komiksów i innych przedmiotów z epoki Commodore i Składnic harcerskich. Wszystko trzyma w domu - nie jest łatwo. Prowadzi bloga Bufet PRL.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Paulina Przybysz – szczery monolog „dzielnej kobiety”

– Wyszłam wkurzona na ulicę dopiero w ostatnim czasie, tak jest też z wieloma innymi kobietami – przekonuje Paulina Przybysz, której płyta “Chodź Tu” trafiła na rynek w październiku 2017 roku.
Robert Skowroński
Robert Skowroński
14 listopada 2017
CZYTAJ WIĘCEJ