Rick J. Jordan: “W Scooterze nie było miejsca na nudę”

9 minut czytania
1920
0
Elvis Strzelecki
Elvis Strzelecki
22 sierpnia 2018
fot. Wieglas-fotografie a.k.a. Ronny Zeisberg

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Jest współzałożycielem zespołu Scooter, w którym przez 20 lat odpowiadał za warstwę muzyczną oraz pełnił rolę klawiszowca i inżyniera dźwięku. O swoim nowym projekcie, zainteresowaniach oraz latach spędzonych w jednej z najpopularniejszych niemieckich grup, opowiedział nam Rick J. Jordan.

Elvis Strzelecki: W twojej notce biograficznej możemy przeczytać, że zacząłeś grać na pianinie już w wieku pięciu lat. Co było pierwszą rzeczą związaną z muzyką, która zrobiła na tobie jako dziecku największe wrażenie?

Rick J. Jordan: To miało miejsce naprawdę wcześnie. Swój pierwszy zespół założyłem w 1978 roku, mając 10 lat. Grałem wtedy bez pomocy dorosłych w parku nieopodal mojego domu w Hanowerze. Inspiracją były dla mnie rockowe grupy z lat 70. oraz projekty związane z muzyką disco.

Pozostając w temacie – czy jako nastolatek uczęszczałeś do szkół muzycznych, czy byłeś typem samouka?

Dla mnie wszystko zaczęło się od programu edukacyjnego stworzonego przez Yamahę. To był początek mojej przygody z instrumentami klawiszowymi. Później brałem lekcje gry na pianinie, a jako nastolatek uczyłem się, jak grać na nim pop oraz rocka. Oczywiście, szlifowałem też umiejętności gry na klawiszach po godzinach.

Co więc sprawiło, że zainteresowałeś się muzyką elektroniczną?

Jako 10-latek usłyszałem „Obrazki z wystawy” w wersji Isao Tomity, jak również zetknąłem się z wczesną twórczością Wendy Carlos (niegdyś Waltera Carlosa, w 1972 roku przeszedł on operację zmiany płci, przyp. red.) za sprawą albumu „The Well-Tempered Synthesizer”. Ci artyści przedstawili nową interpretację muzyki klasycznej, grając ją na syntezatorach Mooga. Te dźwięki, które obecnie mogą zdawać się niektórym nudne, dla mnie były czymś nowym, co rozpaliło we mnie przysłowiowy ogień. Kiedy w 1984 roku dostałem swój pierwszy syntezator (Korga Poly-800), byłem nim tak zafascynowany, że nie mogłem przestać na nim grać przez kolejne 15 godzin!

W połowie lat 80., wraz z H.P. Baxxterem (przyszłym wokalistą Scootera, przyp. red.), jego siostrą Britt Maxime i Slinem Thompsonem powołałeś do życia projekt Celebrate The Nun. Co pomyślałeś sobie o H.P. podczas waszego pierwszego spotkania?

Kiedy poznałem H.P., dość szybko zdałem sobie sprawę, że nie jest on typowym wokalistą, który ma doświadczenie na scenie – wcześniej był gitarzystą, który marzył, by pewnego dnia zostać piosenkarzem. Mimo wszystko, miał jednak naturalny styl bycia gwiazdy rocka i to samo silne pragnienie, co ja, by osiągnąć sukces. Dla mnie inspirujący był również sposób, w jaki się zachowywał oraz ubierał. Postanowiliśmy więc spróbować i podjęliśmy współpracę.

Z grupą Celebrate The Nun nagraliście takie utwory, jak „Ordinary Town”, „Will You Be There” (znalazł się na 5. miejscu listy Billboard Dance Play Charts) czy „She’s a Secretary”. Czy był to pierwszy raz, kiedy poczułeś się jak gwiazda muzyki popularnej?

Szczerze mówiąc, jako Celebrate The Nun nigdy tak naprawdę nie odnieśliśmy większego sukcesu. Żaden z naszych singli ani albumów, nie znalazł się w niemieckim zestawieniu Top 100. Był to jednak dla nas czas, w którym sporo się nauczyliśmy na temat produkcji muzycznej oraz tego, jak przetrwać w tym biznesie. Ten projekt sprawił, że zyskaliśmy wiedzę, jak nie zostać gwiazdą jednego przeboju.

Po zamknięciu rozdziału z Celebrate The Nun, ponownie połączyłeś siły z H.P. Dołączyli do was  jego kuzyn Ferris oraz Jens Thele, późniejszy manager Scootera. Powstał team The Loop! Remiksowaliście utwory takich artystów, jak DJ Hooligan czy Holly Johnson. Który z remiksów był Twoim ulubionym?

Oczywiście ten, który zrobiliśmy dla Holly Johnsona. Stary, to była naprawdę ważna postać. Frankie Goes To Hollywood byli przecież supergwiazdami w  całej Europie kilka lat wcześniej, więc kiedy otrzymaliśmy możliwość stworzenia dla Holly’ego remiksu, przecieraliśmy oczy ze zdumienia.

Porozmawiajmy o Scooterze. Zaczynaliście jako mały projekt, a staliście się jedną z najpopularniejszych grup tworzących muzykę dance, która sprzedała ogromne ilości płyt, grała koncerty na wielkich stadionach i zyskała wiernych fanów na całym świecie. Co czułeś w początkowych latach waszej działalności, kiedy Scooter odnosił pierwsze sukcesy?

Najbardziej zapierający dech w piersiach moment miał miejsce wtedy, gdy dowiedzieliśmy się, że po raz pierwszy nasz kawałek dostał się na listę przebojów Top 100.  Wtedy czułem, że naprawdę mogę latać. Kolejne lata to życie w pędzie, zawsze na krawędzi kompletnego szaleństwa. Żadnej nudy. Zabawną rzeczą było to, że nikt nie wierzył, że sami tworzymy naszą muzykę. Mediom zdawaliśmy się zbyt mało doświadczeni w tym temacie, ale kilka lat później zmienili swoje podejście do nas.

Scooter mocno spolaryzował scenę dance. Wielu DJ-ów i producentów wywodzących się z kultury rave bojkotowało waszą twórczość. Jak na to reagowałeś?

Do każdej naszej produkcji podchodziliśmy z sercem. Nie czuliśmy się więc liderami komercyjnej sceny, jak zwykło się o nas czasem mówić. Poza tym, złe recenzje traktowaliśmy jako motywację do dalszej pracy, by pokazać krytykom, że się mylą.

Z drugiej strony Scooter stworzył charakterystyczne brzmienie, które można określić mianem „stadium dance sound”. Co było dla Ciebie największą inspiracją, jeśli chodzi o pracę w studiu nad utworami Scootera?

Naszą główną inspiracją była hanowerska scena rave z lat 1990-1994, która znajdowała się pod silnymi wpływami brzmień brytyjskich DJ-ów oraz ówczesnych grup zajmujących się nurtem EDM. Oczywiście, sceneria i szaleństwo rave’ów również nas inspirowały, gdyż odwiedzaliśmy te imprezy jako zwykli raverzy.

Czy to prawda, że tak spokojny człowiek, jak ty, potrafił rzucać butelkami o ścianę, gdy coś szło nie po twojej myśli podczas tworzenia muzyki?

Spytaj moich rodziców! (śmiech) Tak, potrafię być impulsywny, jeśli chodzi o produkowanie muzyki. Jestem typem perfekcjonisty i czasami tracę dystans do swojej pracy. Ale ten przypadek z butelką miał miejsce tylko raz.

Powstało wiele legend na temat zakulisowych imprez z udziałem Scootera. Czy mógłbyś opowiedzieć nam, jaka najbardziej szalona rzecz przydarzyła się wam w czasie jednej z takich imprez?

Przez większość czasu świetnie się bawiliśmy, ponieważ imprezowanie było częścią etosu naszej grupy. W Tokio zaprowadzono nas np. do klubu, który określano „najlepszym klubem dla międzynarodowych gwiazd rocka” w całym mieście. Wyglądał on w środku jak świeżo-zdemolowany klub młodzieżowy. 10 minut później wpadli tam członkowie Linkin Park, wypiliśmy kilka piw i rozmawialiśmy o dziewczynach z naszych teledysków. To było dziwne.

Obecnie współpracujesz z projektem Leichtmatrose. Jak to się stało, że zostałeś jego członkiem i opowiedz nam coś więcej na jego temat.

Mój dobry przyjaciel, który jest fotografem i twórcą teledysków, spytał mnie, czy nie chciałbym zrobić edycji klipu, który właśnie nakręcił. Choć nie zajmuję się tym zawodowo, to lubię proces składania pojedynczych ujęć w jedną całą historię. Zacząłem więc pracę nad materiałem, posłuchałem piosenki („Paris”) i pomyślałem sobie – „Wow, te grupy indie brzmią tak nowocześnie”. Członkom zespołu spodobał się sposób, w jaki pracowałem nad ich teledyskiem. Wiedzieli też o mojej przeszłości i zapytali, czy nie mam jakiś niewykorzystanych utworów, które mogłyby znaleźć się na ich albumie. Szybko okazało się, że mamy dużo wspólnego i zostałem poproszony o wyprodukowanie ich nowej płyty. Obecnie jestem pełnoprawnym członkiem zespołu.

Wasz najnowszy utwór „Jerusalem” dotarł do siódmego miejsca DAC (Deutsche Alternative Charts, przyp. red.). Czy po sukcesie, jaki na listach przebojów odniosłeś ze Scooterem, nadal czujesz potrzebę ich podboju, czy masz już to za sobą?

Dla muzyka poczucie, że to, co stworzył cieszy się sympatią słuchaczy, zawsze ma duże znaczenie. Tak więc idea powrotu na listy przebojów wydaje się być ekscytująca. Nie jest jednak jedyną motywacją do kontynuowania muzycznej drogi. Podoba mi się to, że znów mogę budować od podstaw coś ważnego.

Czego zatem możemy się spodziewać w najbliższym czasie od Leichtmatrose?

Właśnie skończyliśmy pracę nad naszym nowym albumem „Heile Welt”, który ukaże się 26 października. Od połowy listopada ruszamy w trasę po Niemczech jako specjalny gość specjalny Petera Heppnera, który ma na swoim koncie wiele popularnych w naszym kraju przebojów.

W Leichtmatrose grasz na gitarze, basie i udzielasz się w chórkach. Jesteś też klawiszowcem, z czego znają cię najlepiej fani Scootera. Jak jednak odnalazłeś się w nowych muzycznych rolach?

Byłem przez kilka lat basistą, ale nigdy nie miałem czasu, by ćwiczyć grę na tym instrumencie. Jeśli chodzi o gitarę, to gram na niej od prawie 35 lat (posłuchajcie wstępu do utworu „Shake That” lub gitar w „Panties Wanted” itp. numerach Scootera). Nie było czymś trudnym móc do tego powrócić, poza tym ja to naprawdę kocham.  W tym momencie gram na „potworze” zwanym Thunderbird z rodziny gitar Gibsona. On naprawdę daje czadu.

Byłeś również członkiem projektu „Raytchev & Jordan”. Opowiedz nam coś więcej na jego temat.

Ten projekt był dla mnie wyjątkowy, ponieważ Alex Raytchev to bardzo utalentowany pianista, który odebrał solidną edukację muzyczną. Występowaliśmy na żywo wraz z kwartetem smyczkowym i nauczyłem się wiele na temat pisania utworów na instrumenty smyczkowe oraz orkiestrę. Wydaliśmy też EP-kę „Postclassical Electro” i wystąpiliśmy w kilku planetariach na terenie Niemiec. Towarzyszyły nam zapierające dech w piersiach projekcje 360 stopni, prezentujące obrazki wszechświata. Nie udało nam się jednak znaleźć pomysłu na prawdziwy show, więc zdecydowaliśmy się rozstać w przyjaźni.

Nie jest tajemnicą, że twoja żona Nikk była damskim głosem Scootera (w wielu utworach grupy był on przyspieszony). Myśleliście może nad wspólnym projektem muzycznym?

Nagraliśmy wspólnie kilka demówek, ale zawsze obawialiśmy się tego, że zbyt częsta praca ze sobą mogłaby zniszczyć nasz związek, więc daliśmy sobie z tym spokój. Tak przy okazji – Nikk obecnie przygotowuje się do zostania zawodową naturopatką – osobą, która zajmuje się medycyną alternatywną.

Od wielu lat mieszkasz w Hamburgu. Czym to miasto jest dla ciebie?

Dla mnie jest ono cudowną, otwartą europejską metropolią, dodatkowo bardzo piękną, jeśli akurat nie pada deszcz.

Jesteś zawodowym inżynierem dźwięku. Obecnie możemy tworzyć muzykę na laptopie, zamiast w ogromnym studiu. Czy nadal jesteś zwolennikiem używania sprzętu studyjnego, czy wolisz programy w stylu Logic Pro?

Wziąłem udział w kursie dla inżynierów dźwięku jesienią 2014 roku we Francji, prowadzonym przez Andrew Shepsa. Każdy z uczestników już miał doświadczenie jako inżynier dźwięku, ale Andrew był dla nas kimś w rodzaju guru. Przerzucił się on ze sprzętu analogowego na miksowanie w środowisku cyfrowym i pokazał nam w interesujący sposób, że wszystkie wtyczki, których używamy, mogą działać podobnie, jak ich analogowe wersje. Trzeba tylko nauczyć się odpowiednio ich używać. Tak więc obecnie korzystam głównie Maca Pro.

Jakie masz zainteresowania oprócz muzyki?

Bardzo interesuje się fotografią oraz edytowaniem filmów, ale wciąż to muzyka jest centrum mojego życia.

 Gdybyś mógł wybrać piosenkę, która wiele dla ciebie znaczy, jaki byłby to utwór?

„Show Must Go On” zespołu Queen, ponieważ opowiada o oddaniu muzyce w obliczu prawdziwej walki o życie. 110 procent czystych emocji.

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Elvis Strzelecki
Elvis Strzelecki
W stałym związku ze słowem pisanym od 2011 roku. Domator, miłośnik muzyki, wieczorów przy czerwonym winie, poezji, szalonych lat 90. i kultury rave. Anty-gadżeciarz poszukujący normalności we współczesnym świecie. U innych ceni poczucie humoru oraz dystans do siebie.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

„It’s my life”! Muzyka lat 90. jest wciąż żywa

Ktoś powie: "lata 90. powracają, bo fani tej muzyki mają już ponad cztery dychy na karku i znowu chcą poczuć się młodo". A może po prostu brakuje nam tej atmosfery radości, która towarzyszyła wspólnym spotkaniom na podwórku i w klubach?
Elvis Strzelecki
Elvis Strzelecki
2 października 2017
CZYTAJ WIĘCEJ