Strzelanie z brylantów. Polegli w powstaniu żołnierze batalionów „Zośka” i „Parasol”

11 minut czytania
1550
0
Karolina Chymkowska
Karolina Chymkowska
1 sierpnia 2018
fot. Irena Iris Szewczyk /Shutterstock

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Ten artykuł nie ma na celu rozważanie zasadności decyzji podejmowanych przez kierownictwo Armii Krajowej. To po prostu wspomnienie o ludziach – wyjątkowych ludziach – członkach dwóch najsłynniejszych powstańczych batalionów, „Zośka” i „Parasol”, którzy za udział w powstaniu zapłacili najwyższą cenę.

W moim domu rodzinnym ten temat, właśnie od czysto ludzkiej strony, zawsze był bardzo ważny i żywy. Moja nieżyjąca już babcia jako mała dziewczynka mieszkała z rodzicami tuż obok szkoły św. Kingi na ulicy Spokojnej, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa była świadkiem śmierci Anny „Hanki Białej” Zakrzewskiej 11 sierpnia. Kiedy po latach odnalazła opis tego dnia w różnych publikacjach, bardzo to przeżyła. Te emocje przekazała mnie. I stąd właśnie ten tekst.

Można różnie oceniać, trzeba pamiętać

W tym roku pierwszego sierpnia mija dokładnie 74 lata od wybuchu powstania warszawskiego. Jak zawsze, o 17 w Warszawie rozlegną się syreny, upamiętniające godzinę W, większość przechodniów przystanie na chwilę, by okazać szacunek. Żołnierzy, którym cudem udało się przeżyć gehennę tych 63 dni, pozostało już coraz mniej.

Samo powstanie jest dzisiaj oceniane różnie, pod kątem historycznym, politycznym, strategicznym, wojskowym, społecznym… czy powinno było wybuchnąć w ogóle, w tym właśnie czasie, w takiej formie, według takiego planu. Czy niektórych tragedii, jak rzezi Woli i Ochoty, bezwzględnego zniszczenia szpitali takich jak ten Karola i Marii na Lesznie czy Wolski, nie dałoby się uniknąć. W książce „Zośka i Parasol” Aleksander Kamiński ustami jednego ze swoich bohaterów, Jana „Czarnego Jasia” Wuttke, przytacza taką opinię: „myślę (…), że podobne pytanie zadawano sobie nieraz w czasie tej wojny na wielu polach bitew; angielscy oficerowie na plażach Dunkierki, Sowieci – wśród zgliszcz miast białoruskich i ukraińskich (…) Ja wiem tylko jedno: spełniamy swój obowiązek”. Andrzej „Morro” Romocki mówi z kolei o narastającej od środka sile, która musiała w końcu znaleźć ujście, nad którą nie dałoby się zapanować.

Krystyna Niżyńska, Krysia Zakurzona

„Ratujcie tamte! Mnie nic nie jest – ja jestem tylko zakurzona!” – zawołała szesnastoletnia Krysia, wygrzebując się z gruzu. Pseudonim przylgnął do niej. Młodziutka harcerka z wielkim instynktem opiekuńczym, tak wspomina ją matka. Nawet nie wiedziała jeszcze do końca, kim pragnęłaby zostać w przyszłości. Może architektem? Śpiewaczką? Lekarzem? Widziała w życiu piękno i niewyczerpane możliwości, mnóstwo obietnic. Ta postawa towarzyszyła jej również w ciężkich chwilach powstania. Do końca zachowywała przytomność umysłu, rozsądek i pogodę.

„Nigdy nie widziałem jej płaczącej lub okazującej w jakikolwiek sposób załamanie” – wspominał przedwojenny kolega, Jerzy Muszyński.

„(…) jesteśmy wszystkie bezsilne, załamane, wykończone. Wszystkie, oprócz Krysi Zakurzonej, która w cudowny sposób rozmnaża opatrunki w swej torbie, ma siłę woli, by zmusić się do działania, i, co najważniejsze, umie się jeszcze zdobyć na zainteresowanie się nieszczęściem nie swoim, lecz cudzym” – zanotowała w pamiętniku Zofia „Zosia” Stefanowska-Treugutt.

Jerzy Muszyński widział Krysię jeszcze raz, 24 września, wyprowadzaną wraz z grupką dziewcząt przez żandarma na podwórze kościoła św.Wojciecha. Obejrzała się, uśmiechnęła. Co się z nią stało? Jej losu, tak jak i losu pozostałych dziewcząt zaginionych tego dnia, nie znamy. Prawdopodobnie zostały rozstrzelane i spalone. Ciał nie znaleziono.

Matka pisała „Kiedy myślę, że już wszystkie łzy wypłakałam, rano budzę się na mokrej poduszce…”.

Andrzej Samsonowicz, Xiążę

W Polsce każdy, kto interesuje się historią, zna nazwisko Samsonowicz. Rozsławił je Henryk, młodszy brat „Xięcia”, wybitny historyk mediewista o wyjątkowym uroku osobistym. Siostra, Hanna, została lekarką, przeżyła powstańczą gehennę Szpitala Wolskiego, gdzie się uczyła na tajnych kompletach medycznych w czasie okupacji. Młodzieńcza miłość Andrzeja, siostra Jerzego „Słonia” Gawina – Danuta „Słoninka” Winiarska, wspomina, jak chodzili wspólnie z „Xięciem” nad Wisłę, snując plany szczęśliwej przyszłości. Hanna Samsonowicz pamięta Cygankę, która przepowiedziała jej bratu śmierć na brzegu wielkiej rzeki. Roześmiał się wtedy. Widziano go po raz ostatni właśnie na Czerniakowie, nad Wisłą… ciała nie udało się odnaleźć, być może zabrała je rzeka.

„Xiążę” był medykiem z przekonania i powołania. Również dowódcą (szóstym stojącym na czele plutonu „Alek”) który budził zaufanie. Myślał przede wszystkim o innych, na samym końcu o sobie. Kiedy powinien wypić podwójną porcję znalezionej cudem wody z powodu utraty krwi – tylko udawał, że pije, by więcej zostało dla kolegów…

Wspominał „Xięcia” Tadeusz „Leszczyc” Sumiński (wspólnie byli w grupie, która przetrwała tzw. odyseję – przejście z Woli przez Kampinos na Starówkę):

„Zawsze sam wysuwał się na czoło, brał na siebie najniebezpieczniejsze wyczyny! I przy tym tak to lekceważył. Starał się ukryć lub wykpić swój wysiłek i poświęcenie. (…) Tak szalenie odważny osobiście, a tak wspaniale i ostrożnie walczył plutonem. Tak pamiętał i dbał o każdego z nas. (…) nic mi nie wynagrodzi tej straty”. Koledzy wymieniają takie jego cechy, jak siła charakteru, dojrzałość, takt, odwaga…

„Cóż zostało po „Zośce”? Cóż zostało po Tobie?” – pytała siostra Hanna w wierszu napisanym na cześć brata.

fot. Eugeniusz Lokajski/Wikimedia Commons CC0

Andrzej Romocki, Morro i jego brat Jan Romocki, Bonawentura

Praktycznie żadne wspomnienie o batalionie „Zośka” nie może obejść się bez wzmianki o „Morro” (czule czasami zwanego Amorkiem). Nie tylko dlatego, że zajmował kluczowe stanowisko jako dowódca kompanii „Rudy” i prowadził swoich żołnierzy do szeregu akcji w powstaniu, udowadniając zacięcie i talent wojskowy dużej klasy. Przede wszystkim dlatego, że był to człowiek o niezwykłej osobowości.

Andrzej i Jan urodzili się w ciepłym, kochającym, szczęśliwym domu. Byli bardzo blisko zarówno z matką, jak i z ojcem, który zachęcał swoich chłopców do rozwijania zainteresowań i nieustannej pracy nad własnym charakterem. Wpajał im też świadomość historii – „czy pamiętaliście o rocznicy powstania styczniowego?” pyta w jednym ze swoich listów. Pani Jadwiga Romocka straciła podczas wojny męża i synów, ukojenia w swoim bólu szukała w żarliwej wierze. Zostały po niej przejmujące zapiski pełne smutku i samotności.

Andrzej, jak wynika ze wspomnień jego bliskich i kolegów, był człowiekiem zasadniczym, zrównoważonym wewnętrznie. Wymagał od siebie bardzo wiele i podobnie traktował innych. W pewnym momencie swojej dowódczej kariery w czasie okupacji udzielił sobie karnego urlopu, aby przemyśleć błędy, które popełnił w stosunku do swoich podwładnych. Zachowała się skreślona jego ręką karteczka, gdzie oskarża się o przejawianie wyższości, wręcz dyktatury, o brak zaufania do ludzi, zbytnią formalność. Już samo to dowodzi, jak bardzo prawym i uczciwym był człowiekiem – nie każdy zdobyłby się na podobną szczerość w stosunku do siebie. To w otwartej walce, w powstaniu, rozwinął w pełni skrzydła. Wtedy do głosu doszła jego nieodparta charyzma, zdolności organizacyjne, odwaga, umiejętność zachowania opanowania w najtrudniejszych chwilach. Ludzie ufali mu w stu procentach. Poszliby za nim w ogień. Kiedy zginął – 15 września, podczas lądowania zwiadu berlingowców na Czerniakowie – był to cios w zespół, w morale całej, zdziesiątkowanej już wówczas, kompanii Rudy. Zastąpienie Andrzeja wydawało się bowiem niemożliwością.

Młodszy brat Andrzeja, Janek, był wrażliwcem, bliskim ludziom, obserwatorem otwartym na emocje. Również poetą. Zachowało się trochę jego młodzieńczych wierszy, z których najsłynniejszym jest cytowana do dzisiaj „Modlitwa”:

Od wojny, nędzy i od głodu,
sponiewieranej krwi narodu,
od łez wylanych obłąkanie,
uchroń nas, Panie (…)

Ciężko ranny w natarciu na Stawki, zginął 18 sierpnia w zbombardowanym szpitalu przy Miodowej 23. Kiedy pani Jadwiga Romocka szukała kogoś do pomocy przy ekshumacji synów, usłyszała od ich towarzyszy broni: „Proszę nie szukać nikogo, Jaśka i Jędrka nikt obcy nie dotknie”. „Zrozumiałam wtedy, kim dla Nich był Andrzej i jak Jaśka kochali” – zapisała matka.

Jan Jaworowski, Maryśka

„Hej, wojsko świętej Jadwigi, dziady jedne! Myślicie, że jak powąchaliście trochę prochu, to już jesteście wojskiem?” – oto próbka stylu „Maryśki”, który słynął z błyskotliwego humoru, bon motów, oryginalnych skojarzeń. Był żywiołem. Wulkanem energii. Nie szczędził kolegom rubasznych docinków, ale miał w sobie ocean życzliwości. Dlatego tak bardzo go kochano. Jego pluton „Alek” cenił go zarówno jako dowódcę, jak i przyjaciela. Przy „Maryśce” jakoś łatwiej było zachować optymizm, wytrwać.

22 sierpnia, przebiegając przez podwórze szpitala Jana Bożego, dostał się pod ogień moździerzy. Sanitariuszki miały problem, jak go opatrywać – mnóstwo małych, a bardzo bolesnych ran od odłamków… próbował jeszcze żartować, jak zwykle. Stracił okulary, więc potem koledzy, odwiedzając go w szpitalu, przynosili mu zawsze jakąś znalezioną parę.

„Strata dla nas nie do odżałowania” napisał w pamiętniku Witold „Boruta” Sikorski.

„Maryśka” zmarł z ran 10 października w szpitalu św. Stanisława. Po wojnie jego grób odszukał brat i zorganizował ekshumację do kwatery powstańczej batalionu Zośka na Powązkach.

fot. Eugeniusz Lokajski/Wikimedia Commons CC0

Jerzy Zborowski, Jeremi wraz z żoną Janiną z domu Trojanowską, Jasią, Niną

W powstaniu na „Jeremim” spoczęła ogromna odpowiedzialność, kiedy po ciężko rannym kapitanie Adamie „Pługu” Borysie przejął 6 sierpnia stanowisko dowódcy batalionu „Parasol”. Koledzy wspominali, że w czasie okupacji była w nim sprężystość, energia. Był pełnym życia abnegatem, który zabawnie kontrastował z bardziej dbającymi o wygląd zewnętrzny kolegami.

Dramatycznym przełomem w jego życiu okazała się niestety śmierć najbliższego przyjaciela, Bronisława „Lota” Pietraszewicza, który zmarł z ran po zamachu na Kutscherę. Z jednej strony – wyjaskrawił się w „Jeremim” instynkt opiekuńczy, pragnienie ochrony matki, siostry Krysi. Z drugiej – narastał w nim pesymizm, rozgoryczenie, niewiara. Sytuacja poprawiła się nieco, gdy nawiązał relację z Jasią Trojanowską. Jednak kolejne ciosy następowały jeden po drugim. Śmierć przyjaciela, Stanisława Leopolda, w powstaniu. Ciężka rana Jasi, którą odłamek trafił w szczękę. Sam również czterokrotnie został ranny. W opowieściach o „Jeremim” widać człowieka o ogromnej, niezwykłej wprost wrażliwości, wyczulonego, refleksyjnego, stopniowo coraz bardziej wyzutego ze złudzeń i z wiary. Pod koniec powstania wypatrywał już śmierci. Ostatni raz widziano go na noszach w okolicach placu Narutowicza lub alei Szucha. Ponoć Niemcy dzielili ludzi – na prawo życie, na lewo śmierć. Jeremiego skierowano na lewo, Jasię na prawo, ona jednak wróciła i stanęła obok męża. Prawdopodobnie potem oboje zostali rozstrzelani.

O śmierci „Jeremiego” tak pisze Aleksander Kamiński:

„Jeśli zmarł z ran, to wiadomo, iż prócz czterech ran odniesionych na Starym Mieście i Czerniakowie miał głęboką ranę piątą – ranę duszy. Ten dzielny człowiek miał bowiem taką wrażliwość sumienia, która nie wytrzymała naporu ludzkiej krzywdy (…) A jeśli zmarł okrutniejszą niż żołnierska śmiercią, to los okazał się dziko bezlitosny w stosunku do tego, który przewodził w walce z jedną z najbardziej zbrodniczych instytucji, jakie zna ludzkość – z gestapo”.

Jan Wuttke, Czarny Jaś wraz z żoną Ireną z domu Kowalską, Irką

Aleksander Kamiński pisał, że pierwsze, co spostrzegła Irka Kowalska w swoim przyszłym mężu, to jego rękę – „piękną, nerwową rękę”. Jego przyciągnęła jej „poważna rzeczowość”, a może też piękny uśmiech, zarys piersi, jasne włosy… ramię w ramię szli przez konspirację i przez powstanie. Wzięli wówczas ślub. Jako małżeństwo spędzili razem dwa tygodnie, aż do śmierci Jasia. Oboje mieli świadomość śmierci rodzeństwa – Tadzia Wuttke i Maryny Kowalskiej.

Mama Irki i Maryny czekała na próżno… męczył ją sen: córka o przerażonych oczach, ustach otwartych w obłędnym krzyku. Zastanawiała się, czy Irka nie umarła z głodu. Podobnie jak wymieniona wyżej Krystyna Niżyńska, była w gronie dziewcząt zatrzymanych 24 września, o których losie nic nie wiemy. Czy je zastrzelono, spalono? Mogiła jest więc symboliczna.

Dla Jasia walka na linii była szczególnie trudna. Cierpiał z powodu nerwowej wrażliwości na odgłosy wybuchów, miał bardzo słaby wzrok. Jak jednak uchylać się od obowiązku? Tak to postrzegał – jako obowiązek. Kwitował krótko „muszę”. Jego dawna nauczycielka geografii, Zofia Zalewska, wspominała właśnie tę jego przewodnią cechę – poczucie odpowiedzialności. Był drobny i wątły, ale imponował siłą ducha, sumiennością, dobrocią. To on napisał słynne słowa w zachowanym liście do ojca:

„A ludzi dobrych, przyjaciół coraz mniej. Odchodzą jeden za drugim, jak kamienie przez Boga rzucane na szaniec. Ale rzucane nie w nicość, nie na zmarnowanie. Jeden przy drugim twardo stoją, trzymają się razem. Jak cegła przy cegle. Wznoszą się ściany wielkiego domu (…)”.

Trzeźwość umysłu, logiczne myślenie, prawdziwe historie interesowały ją bardziej od jakiejkolwiek fikcji – tak jawi się Irka w zapiskach matki. Była umysłem ścisłym, studiowała elektrotechnikę. Nie miała najłatwiejszego charakteru, brakowało jej miękkości, uległości… tę zasadniczość złagodziła dopiero miłość Jasia. Do głosu doszła wówczas wrażliwość, którą na co dzień, opancerzoną, ukrywała.

Ślub odbył się w kaplicy przy Hożej. Rano Irka wpadła do domu na Dobrą, by powiedzieć o tym matce.

„Była rozradowana i szczęśliwa. Mimo całej grozy sytuacji – myślę, że były to jej najszczęśliwsze dni w życiu…” – napisała we wspomnieniu matka.

fot. Eugeniusz Lokajski/Wikimedia Commons CC0

Józef Szczepański, Ziutek

„Pałacyk Michla, Żytnia, Wola, bronią się chłopcy od Parasola” – któż nie zna tych słów, które stały się hymnem batalionu? Ich autorem był Józef Szczepański, poeta, do którego przylgnęła opinia „pieśniarza Parasola”. Nie bez powodu: swoje wiersz pisał jako impresje, pod wrażeniem kolejnych wydarzeń. Stały się powstańczą kroniką. Koledzy próbowali „Ziutka” chronić, osłaniać… Kiedy został ciężko ranny 1 września na Starówce, sprzeciwili się zakazowi transportowania rannych kanałami do Śródmieścia. „Tego rannego nie zostawimy!”. Zwykle chętnie dzielił się swoimi utworami, był z nich dumny, ale zdarzył się wyjątek – wiersz napisany po śmierci Stanisława „Rafała” Leopolda. Wtedy odsłanianie głębi emocji przyszło mu z trudem.

To był ostatni twój szturm, Rafale,
szliśmy z tobą, twoja wierna gromada (…)
Myśl o tobie nam wciąż przypomina,
że się walczy nie tylko kulami.

Obok radosnych balladowych wierszy, takich jak „A gdy będzie już po wojnie…” znalazł się też mocny w wyrazie utwór pod tytułem „Czerwona zaraza”. Napisał go 29 sierpnia, więcej już niczego nie miał stworzyć. Wiersz był wyrazem frustracji wobec bezczynności czekającej na prawym brzegu Wisły Armii Czerwonej. W czasach stalinowskich stał się jednym z hymnów opozycji.

Czekamy ciebie, czerwona zarazo,
byś wybawiła nas od czarnej śmierci,
byś nam Kraj przedtem rozdarłszy na ćwierci,
była zbawieniem witanym z odrazą.

Ziutek zmarł z ran 10 września, pośmiertnie otrzymał krzyż Virtuti Militari V klasy i awans na stopień podporucznika.

Anna Zakrzewska, Hanka Biała

Miała nieprawdopodobne włosy – jasne, praktycznie białe, stąd jej pseudonim. Niezwykle gęste i rozsypujące się utrudniały Hani grę w siatkówkę, za którą przepadała. Jej mama wspomina, jak bardzo była promienna i radosna. Zarażała tym innych. Jej pasją była przyroda, pragnęła zostać ogrodniczką – kiedyś, po wojnie… Tadeusz „Leszczyc” Sumiński wspomina z podziwem, jak imponowała mu odwaga i poświęcenie dziewczyny, bez namysłu rzucającej się na pomoc rannym w najtrudniejszych momentach.

„Imponuje nam, wielkim chłopom” – potwierdzał Stanisław „Świst” Sieradzki. To również jego opowieści: „Nad głową pociski przelatują mi z dzikim gwizdem. Przypadam w bruździe. I nagle – na rudziejącej już naci kartoflanej coś błyszczy. Jak złoto. To rozsypane włosy Hani Białej. Nie żyje”. Moja babcia opowiadała, że ludzie wyprowadzani z kamienic przy Spokojnej chcieli do niej podejść, ratować, gdy upadła, ale Niemcy nie pozwolili.

„Dobre były moje dzieci…” – napisała smutno matka Hani.

Źródła cytatów i informacji:

Białous, Ryszard („Jerzy”), Walka w pożodze, Oficyna Wydawnicza Rytm, Warszawa 2000
Kamiński, Aleksander, Zośka i Parasol, Iskry, Warszawa 1957
Pamiętniki żołnierzy baonu AK „Zośka”, tom I-III, wydawnictwo Społecznego Komitetu Opieki nad Grobami Poległych Żołnierzy Batalionu „Zośka”, wyd. VII rozszerzone
Trojan, Włodzimierz, Kwatera Batalionu Armii Krajowej „Zośka”, wydawnictwo Społecznego Komitetu Opieki nad Grobami Poległych Żołnierzy Batalionu „Zośka”, Warszawa 2017
Wachowicz, Barbara, To Zośki wiara! Gawęda o harceskim batalionie AK „Zośka”, tom IV, część I i część II, Oficyna Wydawnicza Rytm, Warszawa 2005

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Karolina Chymkowska
Karolina Chymkowska
Pisze, bo musi. Bez tego udusiłaby się z nadmiaru emocji. Taki ma zatem sposób na życie, spędzone głównie na filmowo, chociaż krytykiem filmowym się akurat nie czuje. Profiler z zamiłowania, zafascynowana historią zbrodni i kryminologią. Ubolewa, że los nie pozwolił jej wstąpić do FBI. Samozwańcza specjalistka od serialu "Z Archiwum X".
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Dzień Starszego Wachmistrza z przedwojennego warszawskiego garnizonu

Dumnemu i poważanemu Starszemu Wachmistrzowi czasem trudno jest uwierzyć, że przecież tak niedawno był niepiśmiennym, wiejskim dzieciakiem z Kresów, którego czekała najwyżej kariera piekarza. Zaciągnięcie się do polskiego wojska w niespokojnym 1919 roku okazało się jego najlepszą życiową decyzją.
Maciej Nowak-Kreyer
Maciej Nowak-Kreyer
12 maja 2018
CZYTAJ WIĘCEJ