Teksty zza więziennych krat, czyli o solidarności kiedyś i dziś. Rozmowa z Marcinem „Bzykiem” Bąkiem

12 minut czytania
1873
0
Małgorzata Bożek
Małgorzata Bożek
18 sierpnia 2018
fot. Archiwum zespołu WU-HAE

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Z więziennymi tekstami o wolności chce trafić do młodych ludzi. Tworzy więc „Operę Nowohucką 2.0”, która w nowoczesnych, ale surowych aranżacjach muzycznych ma opowiedzieć historię buntu i solidarności – także tej pisanej wielką literą. Z Marcinem „Bzykiem” Bąkiem, wokalistą zespołu WU-HAE i aktywistą, rozmawiamy o nowym projekcie artystyczno-społecznym, dzisiejszej Polsce, modzie na patriotyzm i problemach z nim.    

Małgorzata Bożek: W jednym z wywiadów powiedziałeś, że o teraźniejszości nie da się pisać piosenek, bo jest zbyt mroczna. Czy dlatego przy swoim nowym projekcie „Opera Nowohucka 2.0” sięgasz właśnie po teksty z przeszłości? Chyba też dość mrocznej…  

Marcin „Bzyk” Bąk: Tak, to jeden z powodów. Teksty wybrane do „Opery Nowohuckiej 2.0” pisane były przez działaczy pierwszej „Solidarności”. Pisali je podczas internowania i późniejszych wyroków w zakładach karnych. Pozostałe teksty, które znajdą się na tej płycie, napisali inni osadzeni, często bezimienni. Wiadomo, jak jest w więzieniu. Sam nie byłem karany, więc nie mam takiego doświadczenia, ale kilka razy graliśmy z WU-HAE w zakładach karnych. W więzieniu albo siedzisz na siłowni, albo czytasz książki. Możesz też knuć celem obalenia ustroju, jak nasi opozycjoniści, i pisać piosenki. Ich teksty są bardzo interesujące, również w nawiązaniu do dzisiejszych czasów, dzisiejszej Polski.

Jaka jest według ciebie ta Polska?

Mroczna. Teraźniejszość taka jest, ponieważ dawno ten kraj nie był w takim stopniu podzielony, jak to ma miejsce teraz. W zasadzie wszyscy się okopali na swoich pozycjach, a w środku, między nimi, jest wykopany wielki rów. Nikt nie ma najmniejszej ochoty go zasypywać, wszyscy obrzucają się inwektywami. Teraz zaczyna to przyjmować coraz poważniejsze formy. Przykładem jest  chociażby ostatnio nagłośniona sprawa inwigilacji przez policję spotkania młodych ludzi, którzy siedzieli, pili wodę mineralną i rozmawiali z Hołdysem o polityce, o demokracji. Więc to zaczyna przybierać coraz bardziej drastyczne formy i chodzi nie tylko o samą agresję słowną, bo ta jest obecna już od jakiegoś czasu. Jesteśmy jednak coraz bliżej powrotu do lat 80. To oczywiście moje dywagacje, nie mówię, że tak będzie, ale takie są niestety symptomy.

fot. Jacek Dyląg

Co najmocniej wybrzmiewa dla ciebie w tekstach dawnych opozycjonistów, które – jak zaznaczasz – mogą być aktualne – i co może trafić właśnie do młodych ludzi, bo to do nich chcecie głównie dotrzeć?

Tak, zdecydowanie. Niektóre z tych tekstów są prześmiewcze, inne napisane zostały faktycznie ku pokrzepieniu serc. Ich autorzy starali się pokrzepić swoich współwięźniów, pomóc im przetrwać ciężki czas i to są bardzo autentyczne sprawy. To może nie jest język mickiewiczowski, nie wiadomo jak wyszukany, ale dużo jest w nim emocji. Chyba Edward Nowak powiedział w jednym z wywiadów, że można zrobić dziesiątki wystaw, na które przychodzą ludzie w pewnym wieku, ludzie zainteresowani tym tematem, ale nie trafia on wtedy do szerszego grona, do ludzi, powiedzmy, bardziej przypadkowych. Młodzi ludzie, którym chcemy to podać w nowoczesnej formie, będą mieli możliwość zapoznania się z czymś, do czego normalnie by nie dotarli. Podejrzewam, że niewielu zainteresowałoby się czasem „Solidarności”. Mało chwalimy się tym zjawiskiem, a powinniśmy się chwalić! Tym, że wtedy nam się udało, że byliśmy zjednoczeni, wszyscy razem, pomimo tego, że ci ludzie, którzy wtedy walczyli, mieli różne poglądy, ale udało im się zwyciężyć i tego typu wydarzeniami powinniśmy się chlubić. Mamy jednak to do siebie, że za dużo w nas martyrologii, przybijamy się do krzyża jako Chrystus narodów, a wystarczy wypuścić sygnał, że coś udało się nam zrobić, że coś było fajne. Moim zdaniem to dużo ważniejsze niż ciągłe przypominanie o ofierze, którą składaliśmy, o straconych pokoleniach itd.

Wracając do młodych ludzi, czy to faktycznie trafi właśnie do nich, a nie do starszego pokolenia, bardziej zainteresowanego tym tematem?

Sam mam już czterdzieści lat, więc jestem gdzieś po środku. Ale poprzez dobór artystów, gości, którzy wystąpią na płycie, będę starał się dotrzeć również do tych dużo młodszych od siebie. Tak, jak powiedziałem, ważna też będzie forma tych piosenek. Jeżeli wyjdzie pan w rozciągniętym swetrze z gitarą akustyczną, to on nie trafi do pokolenia, które wychowało się na tabletach, smartfonach i muzyce elektronicznej czy hip-hopie. Młodzi nie zainteresują się tymże panem z racji tego, że się z nim nie identyfikują. Tak więc forma, sposób identyfikacji, tak będziemy starali się dotrzeć do tych młodych ludzi. Czy to się uda? Nie wiem. Czasem się udaje. Przykładem jest chociażby odzież patriotyczna, co do której mam mieszane uczucia, ale umówmy się, że poprzez tego typu działania wiele młodych osób zainteresowało się np. tematem Powstania Warszawskiego, nastąpiła jakaś identyfikacja pokoleniowa. Zobaczymy, jak pójdzie nam, uważam, że gra jest warta świeczki, ponieważ ten patriotyzm, który jest podany w tych tekstach, przy okazji pierwszej „Solidarności”, jest moim zdaniem najczystszą formą patriotyzmu, jaka w ogóle jest dostępna.

Dlaczego?

Nie chcę powiedzieć, że mam problem z patriotyzmem, bo dla mnie patriotyzm to jest sprzątanie po psie, kasowanie biletów w tramwaju, dbanie o przestrzeń wokół siebie, tego typu działania, a nie chodzenie w koszulkach „Śmierć wrogom Ojczyzny” czy obnoszenie się z jakimiś hasłami, za którymi idą jakieś deklaracje, ale nic więcej. Jestem ciekaw – gdyby wybuchła wojna, ilu z tych gości, którzy pokazują się z takimi hasłami, faktycznie poszłoby do okopu walczyć. To raczej moda, rodzaj identyfikacji ze stadem, tak w cudzysłowie oczywiście, bo to jest trochę plemienne, że ludzie w jakiś określony sposób identyfikują się ze sobą. Oczywiście to jest naturalne, nie neguję tego, czy też nie chcę w jakiś sposób z tym walczyć, nie o to chodzi. Ważne tylko, żeby zrozumieć to, w jakie hasła się przyodziewasz, i co one znaczą. Jest taki spot dotyczący Polski Walczącej, gdzie związani z nią ludzie tłumaczą, czym była. To daje jakiś obraz, a nie umieszczanie tego rodzaju znaków na majtkach czy jakichś ręcznikach.

A czym dla ciebie jest solidarność i „Solidarność”?

„Solidarność” jest dla mnie ruchem obywatelskim. To po pierwsze. To ruch, który został stworzony przez robotników, ale też inteligencję, przez wszystkie warstwy społeczne. Solidarność to też jest to, co jest zawarte w tym słowie, czyli po prostu fakt, że jeden drugiemu pomaga, jeden drugiego wspiera, i jeden dla drugiego może nie wskoczy w ogień, ale jest w stanie coś dla niego zrobić. Natomiast teraz „Solidarność”, i ta idea, trochę się zdezawuowały, ponieważ w związku z tymi barykadami, o których przed chwilą mówiłem, ludzie, którzy wywodzą się z „Solidarności” tak naprawdę stoją po dwóch stronach barykady. Widać to przy okazji różnych obchodów. Ci, którzy bardziej identyfikują się z PiS-em, przychodzą osobno składać wieńce, a ci którzy identyfikują się z Platformą, z Nowoczesną czy z innymi bardziej liberalnymi środowiskami, mają własne wydarzenia. To nie ma nic wspólnego z solidarnością, a to właśnie ona powinna być naszym towarem eksportowym, bo tą polską solidarnością – i „Solidarnością” – powinniśmy zarażać inne narody.

W jaki sposób?

Chociażby kiedy Europę zalała fala uchodźców, pojawiła się wtedy kwestia, że trzeba solidarnie, razem, coś z tym problemem zrobić. Nie mówię o tym, czy uchodźcy są dobrzy, czy źli, nie wnikam w to teraz, chodzi tylko o to, żeby być razem, a nie próbować wyciągać cegły z tego budynku, który nazywa się Unia Europejska. Solidarność polega na tym, że nawet jeśli nie do końca się z czym zgadzasz, to jesteś razem z innymi, w tym wypadku nazwijmy to po prostu kolegami, którzy siedzą przy stole. I nie zostawiasz wszystkich, nie wychodzisz, tylko wspólnie działasz.

fot. Archiwum zespołu WU-HAE

I tak, jak mówisz, tę solidarność szerzej ujmowaną, chcecie „eksportować” jako polską wartość. Dlatego zapraszacie do współpracy muzyków z zagranicy, konkretnie muzyków niemieckich.

Tak, ponieważ na płycie chciałbym postawić tezę, że upadek komunizmu na świecie rozpoczął się właśnie Nowej Hucie w 1988 roku. Pierwsze strajki, które tu wybuchły automatycznie zaraziły innych w naszym kraju. Opowiadali mi to zresztą sami działacze opozycyjni z tamtego okresu. Wyglądało to w ten sposób, że poszczególne ośrodki zaczęły wybuchać, więc komuniści je pacyfikowali, zamykali ludzi, ale wtedy znowu w innym miejscu organizowano strajki i władza wiedziała w pewnym momencie, że sobie z tym nie poradzi, że może pacyfikować, ale to będzie wciąż powracało. Natomiast ludzie z „Solidarności” mieli świadomość, że są za słabi, żeby obalić komunę, więc usiedli i zaczęli rozmawiać, co było najlepszym pomysłem w całej tej sytuacji. Kolejną sekwencją wydarzeń były więc obrady Okrągłego Stołu, gdzie zaczęto  właśnie prowadzić te rozmowy, pomimo różnicy poglądów. Wyobraź sobie, że jest facet, który cię pałuje, jest twoim oprawcą, a potem ty siadasz razem z nim do stołu i rozmawiasz. To jest właśnie akt solidarności. Przekładając to na wartości chrześcijańskie, to jest wybaczenie, co jest w zasadzie najtrudniejsze. Używając dzisiejszego języka, hejtować innych jest łatwo, ale wybaczyć komuś, kto ci wyrządził jakąś krzywdę i to realną krzywdę, a nie wyimaginowaną, to jest naprawdę sztuka. No i kolejną sekwencją wydarzeń jest upadek Muru Berlińskiego.

Stąd niemieccy muzycy.

Na Zachodzie w ogóle temat upadku komunizmu w Europie jest postrzegany przez pryzmat upadku Muru Berlińskiego. Ludzie rzadko zadają sobie trudu, żeby popatrzyć za ten mur, dowiedzieć się, jakie były przyczyny jego upadku. Gdyby nie strajki m.in. w Nowej Hucie i Okrągły Stół, to podejrzewam, że Mur Berliński stałby znacznie dłużej. Taki jest więc cel – pokazać, jak te trzy rzeczy są ze sobą powiązane. Dlatego zależy nam też na muzykach z Niemiec. Chociaż wiele się zmieniło, wyrosły nowe pokolenia, wielu ludzi wciąż patrzy na Niemców przez pryzmat drugiej wojny światowej, tego, co wyrządzili, bo to jest bezsporne i z tym nikt nie dyskutuje. Jednak przekładając to na czasy dzisiejsze, jesteśmy najbliższymi sąsiadami, nasza gospodarka jest w dużym stopniu połączona z gospodarką niemiecką, nasze stosunki się znormalizowały. Przy okazji tej płyty, chciałbym w jakiś sposób pokazać, że Polacy są dalej zainteresowani tworzeniem Unii Europejskiej, że możemy dużo do niej wnieść, między innymi tę ideę solidarności. A czasy są niespokojne, więc warto to podkreślać. Kontekst naszych działań jest więc dość szeroki.

I jest też obecna niezmiennie w Twoich działaniach Nowa Huta. „Opera Nowohucka 2.0” to kontynuacja „Opery Nowohuckiej” z 2009 roku, przy której z WU-HAE współpracowaliście z zaproszonymi gośćmi m.in. Maciejem Maleńczukiem, Grzegorzem Markowskim, Olafem Deriglasoffem, Pawłem Mąciwodą, oraz Piotrem Wróblem. Skąd wziął się pomysł na kontynuację?

W pewnym momencie zacząłem myśleć, że byłoby fajnie, gdyby co dziesięć lat wychodziła nowa „Opera”, tak, żeby stworzyć trylogię. Wiem, to śmiały plan, ale może się uda. Pierwsza „Opera Nowohucka” dotyczyła czasów powstania Nowej Huty. Pojawił się tam „Poemat dla dorosłych” Adama Ważyka, opowieść o tym, jak ludzie ze wsi i miasteczek wagonami jechali budować Hutę, wyczarować miasto. To był wtedy dla nich awans cywilizacyjny. Ludzie przyjeżdżali do miejsca, gdzie była woda w kranie, ubikacja, cywilizacja po prostu. I wierzyli w to, co robią, w to, co będą budowali. Oczywiście to, że za przeproszeniem, zostali zrobieni w ch***, to jest jeszcze inna para kaloszy, bo właściwie Nowa Huta była od początku utopią. Ale ci ludzie mieli jakiś cel, widzieli sens w tym, co robią. Drugi etap, który Huta miała w swojej historii, to właśnie czasy „Solidarności”, czyli lata od 80. do 90., cała dekada, która spowodowała, że Huta wygląda tak, jak wygląda dzisiaj, czyli „Opera Nowohucka 2.0” na 70-lecie istnienia dzielnicy. Chcemy ją wydać w 2019 roku.

A trzecia część?

Może za dziesięć lat. Chciałbym, żeby trochę czasu upłynęło.

Na teksty opozycjonistów trafiłeś podobno przypadkiem.

W nowohuckim Muzeum PRL-u była wystawa poświęcona strajkom w 1988 roku. Zostałem zaproszony, żeby zaśpiewać kilka piosenek, bo temat „Solidarności” nie jest mi obcy. Występowaliśmy z zespołem m.in. w filmie na dwudziestopięciolecie „Solidarności”. To się nazywało „Solidarność, Solidarność…”, zaangażowano do niego trzynastu reżyserów, każdy z nich realizował swoją etiudę. Wracając jednak do muzeum, dostałem od dawnych opozycjonistów z prośbą o wykonanie tekst piosenki „Wiwaty zza krat”. Zagrałem też „Syna marnotrawnego” Kaczmarskiego i swoją piosenkę „A ja lecę”. To było jesienią. W Święta Bożego Narodzenia miałem trochę więcej czasu i pomyślałem, że skoro panowie mają jeden tekst i odsiadywali wyroki po trzy-cztery lata, to muszą mieć ich więcej. Okazało się, że faktycznie trafiłem w dziesiątkę. Pojechałem na spotkanie z panem Edwardem Nowakiem i ze Staszkiem Handzlikiem, którzy, między innymi, pisali te teksty i są legendami nowohuckiej „Solidarności”. To nie tylko bardzo wykształceni ludzie, ale też bardzo muzykalni, jak się szybko okazało. Piosenki, które wybieraliśmy, oni od razu śpiewali. Mam zresztą zapis tego, jak to wyglądało w ich wykonaniu. Przy okazji dowiedziałem się bardzo wiele o ich działalności, doświadczeniach. I tak trafiłem na te teksty. Teraz, po wstępnej selekcji, mam ich siedemnaście. Starałem się wybierać te, w których nie ma martyrologii, żeby na płycie nie zrobiło się zbyt patetycznie. Pewne rzeczy chcemy pokazać z przymrużeniem oka.

Patos mógłby odstraszyć odbiorców.

Tak, nie chcemy nadmiernego patosu, chociaż, oczywiście, niektóre teksty są bardziej poważne, ale nie brakuje też prześmiewczych, to naprawdę bardzo interesujący materiał.

Pierwsza „Opera Nowohucka” wydana została w formie koncepcyjnej – materiał zapisany był na pendrive’ie zamkniętym w puszce. Czy teraz też macie podobny pomysł?

Chcemy połączyć tradycję z nowoczesnością. Będzie więc muzozdrapka, czyli teksty z opakowaniem w formie fizycznej, a w środku, na jednym z nich, będzie umieszczony kod – taki jak przy loteriach czy kartach prepaid. Po wejściu na naszą stronę internetową przy pomocy kodu będzie można pobrać muzykę. Jednym z naszych marzeń jest też aplikacja, i na Androida, i na IOS, żeby przy pomocy aplikacji też można było w pobrać pliki. Jednak kod dostępny będzie wraz z teksami w konkretnym opakowaniu, ponieważ wyszliśmy z założenia, że choć ludzie żyją w wirtualnym świecie, chcą też dostać coś materialnego do ręki, móc tego dotknąć, poczytać. Chcemy też zrobić film fabularyzowany, dwudziesto- czy trzydziestominutowy, o samej „Solidarności” nowohuckiej. Oczywiście takich filmów powstało już dużo, ale zazwyczaj to same gadające głowy.

fot. Archiwum zespołu WU-HAE

Na jakim etapie prac nad płytą jesteś?

Teraz tworzę muzykę. W momencie, kiedy powstanie demo, czyli te piosenki będą już miały jakiś charakter, wtedy pomyślę o zapraszaniu kolejnych muzyków. Część utworów zostanie w takiej aranżacji, w jakiej była śpiewana, np. piosenka do utworu Mazowsza albo na melodię „Teraz jest wojna, kto handluje ten żyje”, czyli tak naprawdę na melodię meksykańską. Jest też kawałek do melodii „Chłopcy radarowcy”, którą śpiewał Andrzej Rosiewicz. Części nie będę więc zmieniał. Natomiast inne utwory w związku z dużą ilością tekstu i też z frazami, które się w nich pojawiają, świetnie nadają się np. na piosenki hip-hopowe, więc też trochę w tę stronę będziemy się przesuwali. Całość nie będzie miała rozbudowanego instrumentarium, chcemy oddać więzienny klimat.

Czyli będzie surowo.

Tak, na pewno bez muzycznego rozpasania.

Masz na swoim koncie bardzo wiele projektów społeczno-artystycznych. Dlaczego kręci cię właśnie taka forma działania?

Bo nie jest mi wszystko jedno. Muzyka jest moim orężem, można tak powiedzieć. W latach osiemdziesiątych, do których się odwołujemy przy okazji tej płyty, kiedy ktoś był – za przeproszeniem – wkurwiony, to brał wiaderko z pędzlem i malował hasło na murze, pisząc np.  „telewizja kłamie” i to był w pewien sposób jego oręż, którym informował innych o swoich poglądach. A ja właśnie przez muzykę staram się zainteresować ludzi różnymi tematami, które uważam za ważne i które, moim zdaniem, należy w jakiś sposób podnosić, może nie tyle z zapomnienia, bo to nie są zapomniane tematy. Ale mam taką filozofię, że lubię rzeczom, które miały wcześniej inną funkcję, nadawać zupełnie nowe przeznaczenie, np. z bębna od pralki zrobić lampę (śmiech), a z tekstów, które były grane na gitarze akustycznej stworzyć piosenki, które zabrzmią zupełnie inaczej. Chciałbym też, żeby ludzie mieli większą świadomość pewnych spraw, bo jeżeli ta świadomość będzie wzrastać, wszystkim będzie lepiej. Może nie będziemy tacy zacietrzewieni, jeden dla drugiego nie będzie wilkiem. To jest ważne.

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Małgorzata Bożek
Małgorzata Bożek
Wolny strzelec krążący wokół dziedzin takich jak media, sztuka i reklama. Pracuje ze słowami i odpoczywa ze słowami. Kiedy nie pisze, czyta, ogląda, słucha – jest uzależniona od opowieści. Lubi zmiany, podróże i sny.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

„Witamy w domu” – goździki, murale i wspomnienie Marca‘68

Przywracają pamięć o tych, którzy w Marcu ‘68 roku musieli opuścić Polskę, ale witają też wszystkich, którzy wracają, przejeżdżają albo dopiero się wprowadzają. Transformują miejsce, które kojarzy się z antysemicką nagonką. Na filarach wiaduktu przy Dworcu Gdańskim już teraz zobaczyć można wizerunki Idy Kamińskiej, Zygmunta Baumana, Aliny Margolis-Edelman, Jerzego Lipmana, Anny Frajlich-Zając oraz Mariana Eilego, które składają się na Galerię „Witamy w domu”.
Małgorzata Bożek
Małgorzata Bożek
13 maja 2018
CZYTAJ WIĘCEJ