Zamiast drugiego „Mamma Mia” – kilka prawdziwych letnich horrorów

9 minut czytania
950
0
Rafał Christ
Rafał Christ
2 sierpnia 2018

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Wszyscy tańczą, śpiewają hity Abby, rozkoszują się słoneczną pogodą na greckiej wyspie, a do tego miłość rośnie wokół nich. Od wszechobecnej radości, można dostać mdłości. Od wymienionych na tej liście filmów też, ale przynajmniej taka była intencja twórców.

Do zestawienia trafiły plugawe filmy gatunkowe oraz produkcje artystyczne. Co je łączy? Przede wszystkim odczarowują lato, wakacyjne romanse i słoneczne krajobrazy. Bohaterowie nie tańczą ani nie śpiewają. Zamiast tego walczą o własne życie, zabijają czy przechodzą transformację. Psychiczną bądź fizyczną. Bo wakacje nie muszą być beztroskie, miałkie i wesołe, jak życzyłoby sobie tego Hollywood, a mogą przemienić się w koszmar. Przekonacie się o tym oglądając pięć poniższych tytułów.

Wyspa śmierci, 1976, reż. Nico Mastorakis

W greckiej kinematografii lat 70. ubiegłego wieku panowała moda na kryminały z dodatkiem erotyki pokroju „Diamantia sto gymno sou soma”. Zainspirowany debiutem Tobe’a Hoopera, Nico Mastorakis postanowił znaną z nich przemoc oraz pikantność doprowadzić do eksploatacyjnego ekstremum. Obejrzał „Teksańską masakrę piłą mechaniczną” i doszedł do wniosku, że mając do dyspozycji nawet mniejszy budżet mógłby zrealizować jeszcze brutalniejszy film.

Jak pomyślał, tak zrobił. „Wyspa śmierci” to opowieść złożona z luźno połączonych ze sobą scen wymyślnych tortur i morderstw oraz aktów seksualnych, przede wszystkim kazirodczych. Odbywają się one w rajskich krajobrazach Myken. Młode małżeństwo, a w rzeczywistości brat z siostrą przybywają do tej małej miejscowości, aby znaleźć „człowieka prymitywnego”. Zanim osiągną swój cel możemy zobaczyć dekapitację wykonaną koparką, ukrzyżowanie mężczyzny, czy, co jest najsłynniejszą sceną produkcji, zabijanie wcześniej zgwałconego baranka.

Antropophagus, 1980, reż. Joe D’Amato

Tak jak „Wyspa śmierci”, ten film znalazł się na niesławnej liście Video Nasties, czyli wydanych na VHS produkcji, które w latach 80. zeszłego stulecia były w Wielkiej Brytanii zakazane przez swoją brutalność. Tytułowy ludożerca o wdzięcznym imieniu Nikos to mieszkaniec greckiej wyspy, będącej celem podróży kilkorga turystów. Konfrontacja osób pochodzących z różnych światów, skończy się krwawą rzezią, pełną aktów kanibalizmu.

Za reżyserię „Antropophagusa” odpowiada Aristide Massaccesi, znany jako Joe D’Amato. Chociaż twórca w swojej niezwykle płodnej karierze parał się wieloma gatunkami, ewidentnie najlepiej czuł się w erotyce i kinie grozy, nieraz łącząc je ze sobą. W tym wypadku mamy do czynienia z horrorem w jego najbardziej brutalnej odmianie. Nie powinno być więc zaskoczeniem, że w jednej z najsłynniejszych scen oglądamy wyciąganie z ciała kobiety płodu, mającego stać się posiłkiem kanibala. I chociaż produkcji można wiele zarzucić, jest to klasyka włoskiego gore. A dla fanów estetyki pozycja obowiązkowa.

Bite, 2015, reż. Chad Archibald

W tym wypadku twórcy nie skupiają się na wydarzeniach podczas wczasów, a ich konsekwencjach. Główna bohaterka postanowiła świętować swój wieczór panieński na Kostaryce. Tam została ugryziona przez insekta. Po powrocie do domu chce odwołać ślub. Na jej decyzję wpływają nie tylko wyrzuty sumienia po imprezie w ramach ostatnich chwil wolności, ale przede wszystkim transformacja, jaką przechodzi. Przemiana jest pokazana dosadnie i ze wszystkimi smaczkami.

Co prawda nie zobaczymy tu mordercy brutalnie znęcającego się nad ofiarami, ale w trakcie scen przedstawiających mutację, niełatwo jest utrzymać w żołądku zjedzony przed seansem pokarm. Jedną z form promocji „Bite” było rozdawanie torebek na wymioty z tytułem produkcji przed seansami na Fantasia International Film Festival. Podobno kilka osób nawet zemdlało.

Twentynine Palms, 2003, reż. Bruno Dumont

Po gatunkowych ucztach, czas na nieco arthouse’u. Bruno Dumont jest jednym z najbardziej znanych i cenionych francuskich ekstremistów. Jego trzeci film najłatwiej określić mianem „antyhorroru”. Przez większość seansu nie uświadczymy żadnego napięcia. Obserwujemy bowiem fotografa i piękną Katię, poszukujących naturalnego tła do zdjęć. Czas dzielą między stosunki seksualne, długie wędrówki i inne wakacyjne czynności. Aż w końcu, w ostatnich scenach następuje brutalny zwrot akcji. Nuda zostaje wynagrodzona, bo miała nas tylko przygotować na pokazanie rozpadu psychiki bohatera połączonego z krwawą rzezią. Człowiek zostaje tutaj sprowadzony do swojej cielesności, dodatkowo drąży go emocjonalna pustka i niemożność komunikacji z drugą osobą. Zobaczymy więc wszystkie evergreeny nurtu, z którym kojarzony jest reżyser. Podane jak zwykle w bardzo autorskim stylu.

Spring, 2014, reż. Justin Benson, Aaron Moorhead

A skoro już jesteśmy przy artystycznym podejściu do tematu, warto wspomnieć o „Spring”, które należałoby nazwać romantycznym body horrorem. Główny bohater po utracie matki i pracy, postanawia wyruszyć w podróż do Włoch. Tam poznaje tajemniczą Louise. Po jakimś czasie udaje mu się spędzić z nią upojną noc. Evan nie może przestać o niej myśleć, aż w końcu ona wyznaje mu całą prawdę o sobie. Wykorzystała mężczyznę, aby, jak co dwadzieścia lat, zajść w ciążę i przedłużyć swoje życie. Okazuje się bowiem, że jest mutantem. Dzięki temu nie oglądamy kolejnego osadzonego w rajskich krajobrazach feel good movie o miłości, a romans w iście lovecraftowskim stylu. Zachwycił się nim sam Guillermo del Toro, nazywając „najlepszym horrorem dekady”.

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Rafał Christ
Rafał Christ
Filmoznawca, który zamiast z kinem artystycznym, woli spędzać wieczory z horrorami i blockbusterami. Kiedy akurat czegoś nie ogląda, to pewnie czyta komiks albo książkę. Jego przemyślenia na temat popkultury można znaleźć w różnych miejscach w internecie, ale nie zdziwcie się jeśli natkniecie się na nie również w prasie.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Co zamiast „Winchestera”? 10 nawiedzonych filmów

Na ekranach naszych kin gości właśnie “Winchester. Dom duchów”. Zamiast jednak w towarzystwie Helen Mirren i Jasona Clarke’a walczących ze zjawami, prześladującymi spadkobierczynię fortuny Winchestera, proponuję spędzić wieczór, z którąś ze znacznie lepszych produkcji o nawiedzonych nieruchomościach.
Rafał Christ
Rafał Christ
16 lutego 2018
CZYTAJ WIĘCEJ