Zdzisław Marchwicki – wampir czy „niewinny” zabójca?

9 minut czytania
2480
0
Maciej Nowak-Kreyer
Maciej Nowak-Kreyer
24 sierpnia 2018

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Marchwicki idealne nadawał się do roli kozła ofiarnego. Nie dość, że najprawdopodobniej rzeczywiście zabił, to jeszcze pochodził z patologicznej rodziny, żył w patologicznym związku pełnym domowej przemocy oraz dewiacji seksualnych, był również człowiekiem ograniczonym intelektualnie, nie zdającym sobie do końca sprawy z tego co się wokół niego dzieje. Czyli takim, któremu można wmówić wszystko.

Katowice, dzielnica Dąbrówka Górnicza, 7 listopada 1964 roku. W pobliżu nasypu kolejowego do 58-letniej Anny Mycek podbiega jakiś mężczyzna i z lewej strony, tępym narzędziem zadaje jej silny cios w głowę. Kobieta upada. Napastnik obnaża ją, jednak nie gwałci. Potem pospiesznie się oddala. Anna Mycek nie przeżywa napadu. To pierwszy z serii podobnych ataków. Przez następnych kilka lat, na terenie Zagłębia i Śląska, w podobny sposób zostaje napadniętych  dwadzieścia jeden kobiet. Większość nie przeżywa. Milicja szybko orientuje się, że ma do czynienia z seryjnym mordercą, który okrzyknięty zostaje „Wampirem z Zagłębia”.

Wampir kontra PRL

Miejscową ludność ogarnia psychoza strachu. Kobiety boją się wychodzić same, pojawiają się coraz to nowsze plotki wyolbrzymiające liczbę zabójstw oraz obrażenia ofiar. Mimo szeroko zakrojonych poszukiwań, w tym wystawiania na wabia przebranych milicjantów i milicjantek organa ścigania pozostają bezradne. W pewnym momencie rozchodzi się pogłoska, że morderca planuje zabić tysiąc kobiet na Tysiąclecie Polski.

Kiedy w 1966 roku ginie nastoletnia Jolanta Gierek, bratanica Edwarda Gierka, ówczesnego I sekretarza Komitetu Wojewódzkiego PZPR, śledztwo zdecydowanie przyspiesza Dodatkowych bodźców dają podejrzenia, że morderca celowo igra z władzą. Inna ofiara ma na nazwisko Gomółka co uznaje się za niepokojącą zbieżność z nazwiskiem I sekretarza KC PZR Władysława Gomułki, inna (Jawiga Zygmunt) ginie w pereelowskie święto państwowe 22 lipca, jeszcze inna jest krewną milicjanta.

„Anna” i Wampir

W ramach operacji o kryptonimie „Anna” (do 1966 „Zagłębie”), którą kieruje kapitan Jerzy Gruba, poszukiwania Wampira nabierają niebywałego rozmachu,. Szukaj go rzesze funkcjonariuszy i specjalistów o kryminalistyki i kryminologii, bywają dni, kiedy śledztwem zajmują się naraz około tysiąca osób. Do typowaniu podejrzanych zostaje użyty komputer, konsultacji udziale nawet amerykański specjalista, doktor John A. Brussell który pomógł w ujęciu niesławnego „Dusiciela z Bostonu”. Zostaje wyznaczona astronomiczna na owe czasy nagroda miliona złotych.

Po śmierci Jadwigi Kucianki, 4 marca 1970 roku, do zabójstw podczas przesłuchania przyznaje się  malarz pokojowy Piotr Olszowy z Sosnowca, który zostaje jednak wypuszczony. Niedługo potem policja otrzymuje anonim, którego autor twierdzi, że nie będzie już więcej zabijał i zapowiada nigdy nie zostanie złapany. Wkrótce, z 14 na 15 marca 1970 roku Olszowy zabija żonę, dwójkę dzieci, oblewa się benzyną i podpala we własnym domu. Pożar doszczętnie trawi wszystkie potencjalne dowody na jego udział w zbrodniach Wampira.

Ktoś do skazania

W styczniu 1972, po donosie żony zarzucającej znęcanie się nad nią i dziećmi zostaje zaaresztowany Zdzisław Marchwicki z Sosnowca. Kilka miesięcy później zatrzymani zostają także jego dwaj bracia Jan i Henryk, jak również spokrewnieni z nimi Zdzisław i Halina Flak, a pod koniec roku także Józef Klimczak, kochanek homoseksualnego Jana.

Proces ma charakter poszlakowy, trwa prawie trzy lata, rozprawy odbywają się w hali widowiskowej klubu zakładów „Silesia”, mogącej pomieścić kilkaset osób, Na rozprawy sprzedawane są bilety. Dwudziestego ósmego lipca 1975 roku sąd uznaje Zdzisława Marchwickiego za Wampira i skazuje na śmierć, na najwyższy wymiar kary skazany zostaje także jego brat Jan, jako namawiający do zabójstwa Jadwigi Kucianki. Pozostali otrzymują kary więzienia. Bracia Marchwiccy zostają powieszeni w 1977, w garażu aresztu śledczego w Katowicach, następnie pochowani w nieoznakowanych mogiłach. Wydaje się, że sprawiedliwości stało się zadość, a uczciwi mieszkańcy Śląska i Zagłębia mogą odetchnąć z ulgą.

Czerwona sprawiedliwość

Pamiętajmy jednak, że wszystko działo się w czasach PRL-u, w dodatku także w okresie  propagandy sukcesu za rządów Edwarda Gierka, co ważne blisko spokrewnionego z jedną z ofiar, a zatem osobiście zainteresowanego ujęciem mordercy. Milicja, która pomimo ogromnych zaangażowanych środków przez lata wodzona była za nos, również potrzebowała sukcesu do naprawienia swojej reputacji. Polska Ludowa nie była zaś państwem prawa, a zatem o winie lub niewinności oskarżonych decydowały często nie fakty, lecz odgórne decyzje władz.

Gdy przyjrzy się sprawie Marchwickiego od razu widać wiele elementów wzbudzających duże zastrzeżenia co do rzetelności procesu. Dały one początek trwającym do dziś spekulacjom, czy Zdzisław Marchwicki rzeczywiście był poszukiwanym seryjnym mordercą, czy też może kozłem ofiarnym komunistycznego reżymu. Nie jest celem tego artykuły udowadnianie jego winy lub jej braku ale wyłącznie wskazanie na owe niejasności, przy postawieniu wyciągania wniosków czytelnikowi.

Posłuszny milicjant

Wątpliwości wzbudzić może sama osoba prowadzącego śledztwo Jerzego Gruby. Z jego późniejszych dokonań wyłania się obraz funkcjonariusza całkowicie dyspozycyjnego w stosunku do obozu władzy, który dla kariery gotów zrobić wiele. Wystarczy tylko wspomnieć, że to właśnie Grubie, jako komendantowi wojewódzkiemu Milicji Obywatelskiej podlegały jednostki pacyfikujące w 1981 roku strajk w kopalni „Wujek” (zresztą wkrótce po pacyfikacji otrzymał awans na generała brygady). Już po stanie wojennym, jako zastępca komendanta głównego Milicji Obywatelskiej zajmował się tuszowaniem dowodów w sprawie zabójstwa Grzegorza Przemyka.

A cała ta zawrotna kariera zaczęła się od złapania i doprowadzenia do skazania „oficjalnego” zabójcy krewnej Edwarda Gierka, którego to zabójcy głowy I sekretarz domagał się osobiście. Być może Gruba stał się tak niezachwianie posłuszny Partii dopiero po sprawie Wampira, ale wrażenie, że być może dopasowano człowieka do winy, pozostaje.

Wina i jej człowiek

Spore wątpliwości budził też sposób doboru i przesłuchiwania świadków w trakcie procesu, już o samej ewidentnie pokazowej formie tego procesu nie wspominając. Mylono się wzywając przed sąd niewłaściwie osoby o podobnych nazwiskach. Niektórzy świadkowie z zaskakującą dokładnością przypominali sobie szczegóły zdarzeń sprzed dekady i to takie, jakich nie powinni zapamiętać, chociażby ze względu na towarzyszącą tym wydarzeniom pogodę albo na porę dnia, w której miały miejsce. Dokładnie tak, jak gdyby recytowali podyktowane im teksty. Niektórzy świadkowie (w tym Henryk Marchwicki) po latach twierdzili także, że poddawano ich torturom.

Śledztwo i jego metody wzbudzały kontrowersje nawet wśród przedstawicieli organów ścigania. Na co jednak był prosty sposób – odsunięcie od sprawy. Grupa, od nazwiska pułkownika Zygmunta Kalisza nazywana kaliszanami była przekonana, że w sprawie Wampira chodzi o skazanie kogokolwiek, byle tylko odnotować triumf władzy. Zrezygnował także jeden z prokuratorów zajmujących się Marchwickim, Leszek Polański.

Pikanterii całej sprawie dodawał jeszcze wspomniany wyżej fakt przyznania się do winy Piotra Olszowego, po którego samobójczej śmierci zabójstwa ustały. Co interesujące, pod wieloma względami Olszowy pasował do wielu szczegółów związanych z morderstwami Wampira. Był z zawodu malarzem pokojowym, dysponującym własnym autem. Używanie kombinezonu malarskiego oraz rękawiczek i poruszanie się samochodem tłumaczyłoby dlaczego Wampir mógł oddalać się szybko z miejsca zbrodni, prędko atakować w odległym miejscu, a jednocześnie nie wzbudzać po drodze sensacji pochlapanym krwią ubraniem.

Następną komplikacją są anonimy zapowiadające kres morderstw ponieważ pisane były innym charakterem pisma niż Olszowego albo któregoż z członków rodziny Marchwickich. Co ciekawe, po ostatnim anonimie, ostatecznie oznajmiającym koniec zabójstw, rzeczywiście ustały.

Nie warto udawać Wampira

Paradoksalnie, ostatnie zabójstwo wampirzej serii, śmierć Jadwigi Kucianki, najprawdopodobniej rzeczywiście popełnił Zdzisław Marchwicki i w dodatku właśnie to również stawia pod znakiem zapytania przypisywanie mu bycia Wampirem. Doktor Kucianka, pracownik naukowy Uniwersytetu Śląskiego znała ciemne sprawki Jana Marchwickiego, brata Zdzisława oraz pracownika administracyjnego tej uczelni, człowieka inteligentnego, lecz zdeprawowanego. Jan miał na sumieniu wielokrotne molestowanie seksualne, łapówkarstwo, współpracę z bezpieką. Poza tym był homoseksualistą, co w oczach współczesnych stawiało kropkę nad „i” w kwestii jego zdemoralizowania.

Jan, według zeznań swojego kochanka Józefa Klimczaka, nakłonił Zdzisława do zamordowania niewygodnej dla siebie Kucianki, w taki sposób, aby jej śmierć poszła na konto poszukiwanego Wampira. Ironią losu, właśnie z tego powodu Zdzisław Marchwicki został za Wampira uznany mimo tego, że na przykład jako praworęczny zdawał cios w głowę z innej strony niż działo się w przypadku wcześniejszych ataków, a odciski palców odnalezione na miejscu innych zbrodni nie zgadzały się z jego odciskami.

Marchwicki ofiarny

Marchwicki idealne nadawał się do roli kozła ofiarnego. Nie dość, że najprawdopodobniej rzeczywiście zabił, to jeszcze pochodził z patologicznej rodziny, żył w patologicznym związku pełnym domowej przemocy oraz dewiacji seksualnych, był również człowiekiem ograniczonym intelektualnie, nie zdającym sobie do końca sprawy z tego co się wokół niego dzieje. Czyli takim, któremu można wmówić wszystko.

Dla organów ścigania nie miały już znaczenia ani wspomniane wyżej niezgodności, ani też dobra opinia Marchwickiego w miejscu pracy, brak bezpośredniego przyznania się do winy, czy także opinia biegłych psychiatrów, którzy owszem, uznawali go za dewianta seksualnego, jednak niezdolnego do takiej przemocy, której dopuszczał się Wampir. O winie Marchwickiego mówiono niemalże oficjalnie na długo przed ogłoszeniem wyroku, konsekwentne budowano też jego publiczny wizerunek całkowitego degenerata.

Skupienie się na Zdzisławie Marchwickim, przy zaniedbywaniu innych tropów (np. Olszowego) oraz negacji różnych faktów, miało także swoje drugie dno. Jan Marchwicki był bez wątpienia osobą wysoce niewygodną dla władz, zważywszy na swoją wiedzę o mrocznych sprawkach i powiązaniach bezpieki, której to wiedzy nie wahał się ogłaszać publicznie w trakcie procesu. Morderstwo popełnione przypuszczalnie przez Zdzisława za jego namową wydawało się doskonałą okazją upieczenia dwóch pieczeni na jednym ogniu. Przede wszystkim można było odtrąbić schwytanie i skazanie Wampira, a przy okazji, w majestacie prawa zlikwidować niewygodnego człowieka. Można wręcz odnieść wrażenie, że wraz z rozwojem spawy, główny cel władz zaczynało stanowić skazanie Jana Marchwickiego, a przypisanie Zdzisławowi serii ohydnych przestępstw stanowiło jedynie wygodny pretekst.

Pamiętnik zboczeńca

Między ogłoszeniem wyroku, a jego wykonaniem rozciągał się ryzykowny dla peerelowskiego wymiaru sprawiedliwości okres podczas którego można było składać apelacje, korzystać z prawa łaski – i tak dalej. Ryzyko ułaskawienia lub zmiany kary zmniejszył jednak odnaleziony nagle w celi Zdzisława Marchwickiego pamiętnik, napisany przez niego za namową współwięźnia (któremu w zamian zaproponowano złagodzenie kary). To niedługie dziełko, zawierające między innymi opisy zbrodni Wampira prezentowało autora jako osobę całkowicie zdeprawowaną, już w przeszłości popełniającą przestępstwa na tle seksualnym, w tym gwałty i ogólnie dopuszczającą się różnorakich perwersyjnych oraz obrzydliwych zachowań.

Problem w tym, że pamiętnik sprawiał wrażenie przygotowywanego przez kogoś z zewnątrz, tak aby jak najlepiej podkreślić kreowany wizerunek ohydnego Wampira Zdzisława Marchwickiego. Pojawiały się tam wręcz zwroty charakterystyczne dla milicyjnego żargonu! Co więcej treści zawarte w pamiętniku stały także w sprzeczności z niezaprzeczalnym faktem braku śladów stosunku seksualnego Wampira z jego ofiarami. Dla sądu jednak te wspomnienia stanowiły kropkę nad, umożliwiającą stracenie dwóch braci Marchwickich. Henryk, w zamian za swoje zeznania obciążające Zdzisława i Jana (jak twierdził, wymuszone torturami) dostał „tylko” 25 lat pozbawienia wolności.

Zło nie umiera

Morderstwa ustały (dziwnym trafem po samobójstwie Olszowego). Wampir uosobiony przez Zdzisława Marchwickiego poniósł karę, zlikwidowano Jana Marchwickiego dysponującego niewygodną dla władz wiedzą. Komuniści zyskali upragniony sukces, szczególnie ważny dla nich w obliczu wydarzeń w Radomiu i Ursusie z czerwcu 1976 roku, bardzo poważnego pęknięcia na idyllicznym obrazie gierkowskiej Polski. Wydawało się, że poza rodziną Marchwickich, wszyscy powinni być zadowoleni.

Jednak pozostał ktoś bardzo niezadowolony, chociaż z całkowicie innego powodu. Ktoś, kto dopisał całej sprawie nieoczekiwany, ponury epilog. Jednym z widzów na procesie Zdzisława Marchwickiego był młody robotnik z Bytomia o nazwisku Joachim Knychała. Nie mógł się nadziwić, że ten otumaniony, niezbyt lotny mężczyzna jest słynnym Wampirem, od wielu lat wymykającym się milicyjnej obławie. Jednocześnie czuł niezwykłą fascynację przypisywanymi Marchwickiemu zbrodniami. Uznał, że wszystko zrobiłby znacznie lepiej – i już wkrótce zaczął zabijać w taki sam sposób jak Wampir z Zagłębia, zyskując przydomek „Wampira z Bytomia”. A jedną z jego pierwszych ofiar była Mirosława Sarnowska, główny świadek w sprawie zabójstwa Jadwigi Kucianki…

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Maciej Nowak-Kreyer
Maciej Nowak-Kreyer
Z zamiłowania i wykształcenia historyk, z zawodu człowiek pracujący
słowem, z chęci popularyzator historii. Lubi poznawać ją empirycznie
oraz od podszewki, dlatego często wyrusza na prywatne podróże w
czasie. Przy okazji nabył kilka umiejętności nietypowych dla
humanisty, jak strzelanie, walka bronią białą i jazda konna. Miłujący
pokój fascynat wojskowości, zakochany po uszy w międzywojennej Polsce. Jednak mimo wszystko stara się żyć tu i teraz. W wolnych
chwilach miłośnik dobrego kina, mocnego rocka i fantastyki.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Mord w willi Tuwima. Sprawa Jaroszewiczów wciąż powraca

Brutalnie zakatowany premier, tajne dokumenty, znikające dowody. Do tego tajemniczy świadek koronny, brutalny gang karateków i porwany 10-latek. Historia, której nie powstydziłby się hollywoodzki scenarzysta, wydarzyła się u nas. Sprawa śmierci Piotra Jaroszewicza przez 26 lat spędzała sen z powiek tropicielom spisków. Czy wreszcie zostanie rozwiązana?
Michał Piasecki
Michał Piasecki
17 kwietnia 2018
CZYTAJ WIĘCEJ