Darknet – bezpieczna przystań dla niebezpiecznych ludzi

6 minut czytania
1440
4
Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
3 września 2018

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

18-latek zastrzelił w galerii handlowej dziewięć osób i popełnił samobójstwo. Pewnie by mu się to nie udało, gdyby nie darknet, w którym anonimowo kupił pistolet. Internetowa fabryka zła pracuje na pełnych obrotach. Pedofile, handlarze narkotyków i broni, sprzedawcy danych osobowych czy płatni zabójcy mogą się tu czuć bezkarni.

Powszechnie dostępna sieć, z którą mamy do czynienia na co dzień, to zaledwie margines internetowych zasobów. Specjaliści oceniają, że nawet 96 proc. to internet anonimowy,  zwany darknetem lub deepwebem. Jest niedostępny dla popularnych wyszukiwarek, takich jak Google czy Yahoo. I trzeba się trochę natrudzić, by tam dotrzeć i zyskać dostęp do znajdujących się w nim stron. Szacuje się, że jest ich mniej niż milion, podczas gdy w zwykłej sieci doliczyć się można ok. 1,2 miliarda stron.

Śmierć kupiona w darknecie

Tajemnicze zjawisko zwane darknetem nabiera złowieszczego charakteru przy okazji takich doniesień medialnych jak to z Monachium z 2016 r. Wtedy właśnie 18-letni Ali David Sonboly zastrzelił w centrum handlowym „Olympia” dziewięć osób, a następnie popełnił samobójstwo. Na miejsce zbrodni przyszedł z plecakiem wypełnionym 300 sztukami amunicji. Jak ustaliła policja, morderca, który zamach planował już rok wcześniej, kupił glocka 17 właśnie w „mrocznej sieci”, bo tam tego typu transakcje są nie do wykrycia. Broń pochodziła prawdopodobnie ze Słowacji i wcześniej została przerobiona na rekwizyt, który, w związku z zamówieniem klienta, odzyskał dawną sprawność i świetność.

W darknecie znaczenie ma tylko wymiana handlowa – dokonywana przy użyciu bitcoinów, bo transakcje kryptowalutą są nienamierzalne. W tym świecie zarówno nabywca, jak i sprzedający pozostają anonimowi. Nikt więc nie analizował profilu psychologicznego Sonboly’ego i nie pytał o jego zamiary. A ten miał za sobą pobyt w szpitalu psychiatrycznym i był zafascynowany Andersem Breivikiem, który w 2011 r. w Norwegii zamordował 77 osób.

Jak pisze Michał Puczyński na blogu Gadżetomania.pl, oferty internetowego czarnego rynku są związane głównie z handlem narkotykami (szacuje się, że to 15 proc. wszystkich ukrytych stron), pedofilią (3 proc.) czy właśnie zakupem broni (1,4 proc.). Handluje się tu również kodami do kart bankowych, danymi osobowymi,  dokumentami i fałszywymi banknotami. Istnieje też ponoć możliwość wynajęcia płatnego zabójcy.

Trzeba jednak zaznaczyć, że darknet to nie tylko strony mroczne oraz grzeszne. Są tu sklepy internetowe, fora i blogi obfitujące w treści związane z kosmetykami, modą czy artykułami dla dzieci.

Szyfrowanie na cebulkę   

Użytkownik wędrujący po anonimowym internecie też może czuć się anonimowo, bo odwiedzane przez niego strony są wielostopniowo szyfrowane i ukryte dzięki podstawionym adresom IP. Wszystkie napotykane tu strony, fora, portale i sklepy mają rozszerzenie w domenie .onion, a adresy związane z darknetem wyglądają jak przypadkowe ciągi znaków. Te tajemnicze znaki, mające np. postać dziwacznie posklejanych cyfr i liter, są kluczem do stron zlokalizowanych nie na wynajętych, powszechnie dostępnych serwerach, lecz często na prywatnych komputerach.

Aby stać się użytkownikiem „ciemnego internetu”, nie trzeba być cyfrowym geniuszem ani wytrawnym hakerem. Należy zaopatrzyć się w specjalną wyszukiwarkę. Najczęściej jest nią Tor, której nazwa pochodzi od The Onion Router. Nietrudno zauważyć, że obcując z darknetem, nieustannie spotyka się słowo „onion” (ang. cebula). Grafika też nawiązuje do tej rośliny, bo mnóstwo tu logo mających postać cebulek. Chodzi o to, że darknetowa anonimowość jest jak cebula, czyli ma warstwową strukturę. Nim rozszyfrowana informacja dotrze do odbiorcy, krąży i jest stopniowo uwalniana z kolejnych warstw zaszyfrowania. Na ironię zakrawa fakt, że taki typ szyfrowania, z którego dziś korzystają w dużej mierze przestępcy, został opracowany w latach 90. ubiegłego wieku przez naukowców z amerykańskich agencji rządowych po to, by zapewnić bezpieczną komunikację dla wojska i wywiadu.

Bezkarność oszusta

Samo przeglądanie darknetowych treści nie jest nielegalne. Ale specjaliści radzą bywalcom darknetu zaktualizowanie programów wirusowych, by nie padli ofiarą złośliwych oprogramowań innych użytkowników. Zwolennikom „mrocznego” handlu przypominają zaś, że działa tu wielu oszustów, którzy mogą nie dostarczyć zamówionych i opłaconych towarów.

I będzie ich trudno dopaść nie tylko dlatego, że są anonimowi, ale również z tego powodu, że pokrzywdzony nabywca nie pójdzie na policję poskarżyć się, że nie otrzymał zamówionych ładunków wybuchowych, bo miałoby to dla niego opłakane skutki. Może zdarzyć się również tak, że na niefortunne zamówienie pechowego użytkownika darknetu zareagują stróże prawa. Bo policjanci i agenci wywiadu też przeglądają „mroczne” strony, a niekiedy przygotowują prowokacje, podszywając się pod nielegalnych sprzedawców.

Infekcja w załączniku

Nawet stroniąc od darknetu, możemy się w nim znaleźć, a ściśle rzecz biorąc mogą się tam znaleźć nasze dane osobowe. Wszak anonimowa sieć to królestwo cyberprzestępców dokonujących spektakularnych masowych włamów do systemów komputerowych rozmaitych instytucji publicznych. I tak w sierpniu 2016 r. znane japońskie biuro podróży, JTB Corp., poinformowało, że z bazy wyciekły dane osobowe prawie 8 mln klientów. W ręce internetowych złodziei wpadły ich nazwiska, adresy, adresy mejlowe oraz numery paszportów. Była to tzw. kampania phishingowa. Hakerzy przysłali e-mail z zainfekowanym załącznikiem, który wyglądał na wiadomość od linii lotniczej związanej biznesowo z JTB.Corp. Otwarcie załącznika przez nie dość ostrożnego pracownika agencji turystycznej otwarło hakerowi  drzwi do bazy danych klientów.

Zmasowany atak hakerski odnotowała też w 2016 r. francuska OVH, jedna z najpotężniejszych na świecie firm hostingowych. Zaatakowano ją przy użyciu ponad 186 tys. urządzeń podłączonych do sieci, przede wszystkim kamer internetowych. Większość tego typu cyberprzestępstw kończy się podobnie. Poszkodowana firma płaci hakerom okup, by ci przerwali atak na jej urządzenia.

Darknet, raj dla przestępców i fantastów

Okup to słowo, które pojawia się też w sensacyjnej darknetowej historii sprzed roku, w którą zamieszany był niejaki Łukasz H. Ów 30-letni polski obywatel, na stałe mieszkający w Wielkiej Brytanii, uprowadził 20-letnią angielską fotomodelkę Chloe Ayling. Akcja tej kryminalnej historii rozgrywała się w Mediolanie, gdzie bohaterowie umówili się na sesję fotograficzną. Jednak zamiast do studia, uśpiona ketaminą kobieta została przetransportowana w walizce do kryjówki w Piemoncie.

Łukasz H., z zawodu komputerowy programista, utrzymywał, że jest członkiem, działającej w darknecie, grupy przestępczej Black Death, która oferowała takie usługi jak handel bronią i narkotykami, zamachy bombowe, zabójstwa na zlecenie i handel ludźmi. W ciągu pięciu lat przestępcy z Black Death sprzedali ponoć do krajów arabskich wiele młodych kobiet, zarabiając 17 mln dolarów. Podobny los miał spotkać Chloe Ayling, którą wystawiono na internetową aukcję, ustalając wyjściową cenę na 300 tys. euro w bitcoinach. Jednak wypadki potoczyły się zupełnie inaczej. Po sześciu dniach od porwania sprawca zawiózł swoją ofiarę pod brytyjski konsulat w Mediolanie, gdzie go aresztowano. Jako powód uwolnienia Ayling podał kodeks honorowy niepozwalający na sprzedaż kobiety, która ma dziecko. Jak tłumaczył, planując porwanie, nie przypuszczał, że ma do czynienia z matką.

Kilka tygodni temu zapadł wyrok w sprawie Polaka, którego skazano na 16 lat i dziewięć miesięcy więzienia. Psychologowie nazwali go niebezpiecznym fantastą o tendencjach narcystycznych. Do dziś nie wiadomo, czy rzeczywiście zamierzał sprzedać modelkę w sieci czy też chciał w ten sposób zmusić jej rodzinę do zapłacenia okupu. Nie wiadomo też, czy wspomniana przez niego organizacja w ogóle istnieje. Znajduje się wprawdzie w ewidencji Europolu, ale nie ma żadnych danych potwierdzających jej funkcjonowanie.

Jasne strony ciemnego internetu

Choć od niektórych darknetowych historii włos jeży się na głowie, anonimowego internetu nie można potępiać w czambuł, ponieważ jest jak Hyde Park dla obywateli totalitarnych, reżimowych krajów. Prześladowani przez władze dysydenci dzięki niemu mają dostęp do Facebooka, za pośrednictwem którego mogą kontaktować się ze światem demokratycznym. Poza tym daje szansę na kontakt z wolnymi, niezależnymi mediami i niecenzurowaną literaturą.

Darknet sam w sobie nie jest zły. Zły staje się dopiero na skutek mrocznych poczynań swoich użytkowników. Zresztą, nim zaczniemy go demonizować, powinniśmy uświadomić sobie, że zło czai się wszędzie, również w zwykłym, powszechnie dostępnym internecie. Wielu sprawców strzelanin wcale nie musiało schodzić do internetowego podziemia, by zdobyć narzędzie zbrodni, bo mogli je kupić zupełnie legalnie. Podobnie jak większość pedofilów, którzy znajdują ofiary głównie w jawnej, oficjalnej sieci. W 2014 r. na 31 266 adresów stron z dziecięcą pornografią, namierzonych przez fundację Internet Watch Foundation, która zajmuje się zwalczaniem nielegalnych treści w internecie, tylko 51 pochodziło z darknetu.

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
Obserwuje, słucha, czyta i podróżuje. A potem nie może się powstrzymać, żeby o tym nie napisać. Pytanie, które najczęściej zadaje, brzmi: co o tym myślisz? Interesuje ją wszystko, co niekonwencjonalne i wyprzedzające epokę. Jest żądna wiedzy, ciekawa świata i ludzi.

Od kilkunastu lat pracuje jako dziennikarka. Pisała dla takich tytułów, jak „Trendy Art of Living” czy „Dziennik. Gazeta Prawna”.

Uwielbia Włochy i mistykę. Z wielką determinacją próbuje nauczyć się włoskiego. Nie lubi zimna, tłumu i hałasu. Jest uzależniona od kina, więc wolny czas najchętniej spędza w ciemnej sali kinowej. Często jeździ na rowerze i ćwiczy jogę. Do siebie i życia podchodzi z dystansem. Czasami chciałaby być niewidzialna.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Kultura

Zakochani w zagładzie. Co nas pociąga w postapokaliptycznych widokach?

Zrujnowane budynki, zdezelowane pojazdy, porozrzucane strzępy ubrań, flaki, wykrzywione słupy, wybite szyby. Czy jest coś wspanialszego niż krajobraz po zagładzie?
Nika Brassel
Nika Brassel
27 czerwca 2018
CZYTAJ WIĘCEJ