Droga bez powrotu – „Climax” Gaspara Noe

5 minut czytania
558
1
Gabriel Krawczyk
Gabriel Krawczyk
19 października 2018

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Tytuł najnowszego filmu Gaspara Noe mówi sam za siebie. Zamiast próbować go opisać, zdecydowanie lepiej go przeżyć. W drodze do kina przygotujcie się na fizyczne dreszcze zachwytu i odrazy. Tylko nie zapomnijcie tylko o mruganiu!

Taka rola recenzenta, że kilka słów o filmie musi z siebie wydusić. To zadanie niewdzięczne o tyle, że „Climax” działa najpierw na zmysły i ciało widza, dopiero później (choć wcale niekoniecznie) na jego intelekt. Od rozpoczęcia prac nad pięciociostronicowym (!) scenariuszem i piętnastu dni zdjęciowych aż do momentu zakończenia montażu minęły zresztą zaledwie 4 miesiące – jak gdyby realizacja najlepszej filmowej imprezy sezonu odbywała się w twórczej ekstazie. Może dlatego fabuła jest skomplikowana jak cep, że to właśnie ekstaza staje się kluczem do ekranowych wydarzeń. Oto w opuszczonym klubie 20 tancerzy świętuje udaną próbę choreografii. Zaczyna się zabawa. Wielki parkiet, Giorgio Moroder, Aphex Twin i Daft Punk w głośnikach, a na stole sangria z niespodzianką w środku. To właśnie halucynogenny MacGuffin w misce z alkoholem nakręci imprezę: otworzy pod tańczącymi wrota do piekieł, musical zamieniając w horror.

W prologu oglądamy na telewizorze (mamy lata 90.) wywiady z przyszłymi bohaterami filmu. To zbiorowe portfolio zgrabnie zapoznaje nas w galerią postaci, zastępując zbędne wydarzenia i dialogi. W bezpośrednim sąsiedztwie ekranu widać wówczas VHS-y i fragment czyjejś biblioteczki. Wszystkie zawarte w kadrze tytuły i nazwiska znajdą dla siebie w „Climaksie” miejsce. Stanley Kubrick, Dario Argento, Pier Paolo Pasolini, Andrzej Żuławski, David Lynch, Luis Bunuel to twórcy, którym Noe złoży przewrotny hołd. Nie od dziś wiadomo, że twórca „Nieodwracalnego” jest kinofilem, który ciężkostrawnej dla wielu klasyki wcale się nie boi, a szalone inspiracje wykorzystuje zgodnie z krzywozwierciadlanym widzimisię. Nazwisko Emila Ciorana na grzbiecie jednej z książek raczej nie wróży nam „Mamma Mii”. I rzeczywiście, wzorem autora „Niedogodności narodzin” (i pokrzepiającego aforysty: „Tylko jedno jest ważne: nauczyć się bycia przegranym”), Gaspar Noe szybko burzy iluzję przyjacielskiej schadzki. „Taniec jest dla mnie wszystkim”, nieświadomie składa cyrograf jedna z widocznych w telewizorze bohaterek, a ja niemal słyszę, jak reżyser zaciera dłonie i śmieje się śmiechem sadysty.

materiały prasowe
„Climax” Gaspara Noe, materiały prasowe

Dwudziestka wyszukanych przez twórców w klubach voguingowych naturszczyków (z jednym wyjątkiem Sofii Boutelli) przypomina organizm o licznych odnóżach, który dostaje hipnotyzującego ataku padaczki. W „Climaksie” słowa są na drugim miejscu – to ciała stanowią podstawowe narzędzie komunikacji. Jedne pociągają klasycznym pięknem, inne intrygują w sposób mniej oczywisty. Mają rozmaite karnacje i rozmiary, lecz wszystkie poruszają się w rytm muzyki. Razem tworzą zsynchronizowaną konstrukcję, która rozpadnie się od środka i rozbije na mniejsze kawałki. Choć przez jakiś czas wsłuchujemy się jeszcze w imprezowe przekrzykiwania, w buzowanie hormonów, w plotki i flirty, to zaraz okazuje się, że z narkotykiem flirtować się nie da. Rozmowę stopniowo zastępuje biologia: agresja, pot, krew, mocz i piana z ust. Erotyzm półnagich sylwetek znika. O precyzyjnej choreografii nie ma już mowy: oglądamy rytualny taniec opętanych zombie, które a to łączą się w niezaplanowane konfiguracje, a to zderzają się od siebie jak w sennym labiryncie. Wyścia z tej zamkniętej przestrzeni brak.

Kręcąca piruety, lgnąca do jaskrawych świateł kamera i gęsto pocięte ujęcia czynią z Gaspara Noe uczestniczącego w ekscesie obserwatora, któremu udało się udokumentować ludzki upadek. Czas też jakby udało mu się zatrzymać. Noe nie przestrzega trójaktowej dramaturgii: zaczyna puszczonymi od tyłu napisami końcowymi, a tytuł umieszcza w środku filmu. Nie bez powodu. „Climax” to droga bez powrotu. Gdy rozkosz nie ma końca, zamienia się w przekleństwo.
Gabriel Krawczyk

Gabriel Krawczyk
Gabriel Krawczyk
Jeśli wierzyć opiniodawcom, był już błaznem, kombinatorem, niedoszłym księdzem, przyszłym jazzmanem. Jeśli wierzyć faktom, bywa kurierem rowerowym, okazjonalnym redaktorem w Sejmie, a w internecie - recenzentem filmowym, publicystą kulturalnym i blogerem. Publikuje lub publikował m.in. w Korporacji Ha!art, Magazynie Gazety Wyborczej „Osiem Dziewięć”, Kulturze Liberalnej, Ekranach i na portalu Esensja.pl.
AUTOR

Polecamy

Komentarze