„Geniusz kłamstwa” czyli stulecie hipokrytów

6 minut czytania
736
2
Nina Wum
Nina Wum
17 października 2018

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

To wymagająca książka o ludziach niewątpliwie wybitnych, których nawyk czy też kompulsja kłamania wywodzi na intelektualne i moralne manowce.

Tytuł może być mylący. Noudelmann stworzył wyczerpujący esej filozoficzno-literacki o kłamstwie, lecz przedmiotem studiów autora nie jest bynajmniej jego geniusz. Nie w jego znaczeniu rozumianym potocznie, czyli strzelistego talentu i pomysłowości. Ani też w tym mitycznym, odchodzącym już do lamusa, czyli jako złośliwy, wszechwładny duch. Autor pisze o ludziach niewątpliwie wybitnych, których nawyk (czy też jak chce sam Noudelmann – nałóg, kompulsja) kłamania wywodzi na intelektualne i moralne manowce.

Te ostatnie zresztą ostentacyjnie Noudelmanna nie interesują. Pełnym elegancji gestem odstawia na bok wszelkie „życiowe” implikacje przewlekłego łgarstwa, deprecjonując je jako trywialne. „Amoralna analiza kłamstwa bada bez osądzania rodzaj wymyślnej logiki stosowanej przez podmiot” powiada autor z subtelnym półuśmieszkiem. Ten koci grymas wyskakuje na mnie spomiędzy wszystkich kart tej książki, bowiem autor wbrew dobitnie określonym założeniom nie rezygnuje z oceny poczynań filozofów, których matactwa zbadał. Po prostu ocenia ich dyskretniej. Narzędziem, za pomocą którego to czyni jest poczucie humoru.

„Kłamstwo wymaga karmienia pokaźną liczbą innych historii” powiada Noudelmann. To akurat wszyscy wiemy. Błyskotliwość autora zaczyna się rzucać w oczy, gdy przenosi on tę zasadę do sfery badań krytycznoliterackich. Jego zdaniem po języku używanym przez filozofa można poznać łgarstwo, bowiem jego znamionami są „natarczywość, powtórzenia i bezustanne wracanie do jednej kwestii – podejrzane gesty językowe zdradzające niepokój.” Noudelmann odmawia traktowania traktatów filozoficznych jak czystych pomników Myśli, zakasuje rękawy i grzebie się w lękach, nerwicach tudzież grzeszkach, będących bagażem tych, co te traktaty stworzyli. Nagle okazuje się, że to, co filozoficzne potrafi być bardzo osobiste.

Oto Jan Jakub Rousseau, przełomowy osiemnastowieczny myśliciel, autor rewolucyjnego „Emila, czyli traktatu o wychowaniu.” Ów światły wychowawca i głęboki humanista, nawołujący, by dostrzec w dziecku godność człowieczą – sam spłodził ich pięcioro z kobietą, której nie raczył poślubić. Wszystkie porzucał w przytułkach. A następnie spędził życie w poczuciu, iż jest prześladowany i sekowany przez siepaczy starego porządku, łotrów chcących zdusić blask jego myśli. Podczas, gdy ścigała go co najwyżej własna paranoja oraz kiepska sława własnych, paskudnych uczynków. Wybitny myśliciel skonfrontowany z własnymi podłościami zupełnie traci kontenans; jego usprawiedliwienia brzmią słabo i niemrawo, jakby światło intelektu gwałtownie zgasło. Rousseau napisał kilka prac we własnej obronie i do końca życia pracowicie budował mit szlachetnego, acz prześladowanego. Do pięciorga dzieci oficjalnie nie przyznał się nigdy. Noudelmann ma w związku z tym mnóstwo uciechy. „Dyskurs nie rozwija się «pomimo» przeciwnego zachowania ani «wbrew» niemu, tylko wytwarza się ,«począwszy od niego»!” Należy twierdzić: „ów myśliciel głosi taką zasadę, ponieważ żyje odwrotnie do tego, co teoretyzuje!” powiada autor.

Rozpatruje on kłamstwo założycielskie Rousseau jako rodzaj bolesnego paprocha, wokół którego wytworzyła się perła jego filozofii. Przyznaję, że jako osoba zupełnie nie filozoficznie usposobiona nie dostrzegam piękna takiej argumentacji. Dla mnie łgarstwo jest łgarstwem, nieważne, jak wzmożonej twórczości nie byłoby przyczyną.

Noudelmann nie poprzestaje jednak na jednym przykładzie i żwawo podpiera swą tezę coraz to innymi żywotami wstydliwymi. Oto Jean-Paul Sartre, filozof zaangażowany, który okres okupacji Francji przez nazistów przesiedział jak mysz pod miotłą. Oto Foucault, głoszący „odwagę prawdy”, który nie poważył się wyznać publiczności swego ostatniego wykładu, że umiera na AIDS. Oto Deleuze który głosił pochwałę nomadyzmu, sam nie ruszając się z domu. Oto Kierkegaard i jego apoteoza małżeństwa (filozof nigdy nie był żonaty, jedyne zaręczyny sam zerwał.) Na szczególną uwagę zasługuje moim zdaniem przytoczony przez Noudelmanna przypadek Simone de Beauvoir, partnerki życiowej i intelektualnej Sartre’a. Ta wybitna piewczyni kobiecej niezależności jedna ręką pisała „Drugą płeć”, swój sławny traktat o potrzebie feministycznego samostanowienia, drugą zaś – uległe listy do amerykańskiego kochanka. Zapewniała go w nich, jak marzy, by zostać jego „małą gospodynią domową.” Pierwszym odruchem jest oburzenie na taką dwulicowość. Drugim – dyskretny uśmiech pod wąsem. Trzecim – refleksja, że rzeczywistości seksualna i ta codzienna niekoniecznie muszą się pokrywać. To, co łóżkowe, nie zawsze jest tym, co polityczne – o czym przekonał się każdy, kto choć próbował zainteresowań światem BDSM. Noudelmann zdaje się rozumieć tę prawdę i nie potępia de Beauvoir; zwraca nam tylko uwagę na niezwykłą złożoność relacji między osobniczym kłamstwem a prawdą. Nie ma tu nic jednoznacznego.

„Geniusz kłamstwa” nie jest lekturą zbyt przystępną. Dla kogoś na co dzień oddalonego  od zagadnień filozofii może stanowić niestrawną cegłę. Autor pisze językiem pięknym, jednak miejscami zawiłym do granic niezrozumiałości: „Wówczas to wychodząc od pewnego podejrzenia wyłania się gorszący paradoks: a gdyby tak hipertrofia pojęcia była środkiem do obalenia desygnatu, od którego owo pojęcie pochodzi?” (str. 269.)

Umysły wyćwiczone do gibkości zapewne znajdą w tej lekturze rozrywkę. Laikom raczej nie polecam. Chyba że lubicie wyzwania.

 

Francois Noudelmann – Geniusz kłamstwa
Przełożyli Magdalena Łachacz i Michał Krzykawski
Wydawnictwo Naukowe PWN

Nina Wum
Nina Wum
Wolny strzelec. Ze studiów wyszła po angielsku. Dziś tłumaczy powieści młodzieżowe, recenzuje książki, czasem bloguje. Tarza się w popkulturze, szczęśliwa jak prosię w deszcz. Kocha rzeczy, które są trochę tandetne. Na pierwszą randkę wybrałaby film "Predator."
AUTOR

Polecamy

Komentarze