Horror house – rozrywka, której korzenie sięgają początku XX wieku

5 minut czytania
226
0
Robert Skowroński
Robert Skowroński
31 października 2018

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Świat z kina grozy przeniesiony w rzeczywistość, czyli horror house. Atrakcja, która zadomowiła się przede wszystkim w USA, ale jest również dostępna w Polsce. Nowa forma rozrywki zdobywająca popularność? Nie, bo historia horror house’ów narodziła się już ponad 100 lat temu.

W Stanach Zjednoczonych to biznes wart miliony dolarów. Interes zwęszyły w tym hollywoodzkie studia filmowe tworząc tematyczne domy grozy mające podpromować dystrybuowane tytuły. Tego typu atrakcje to dla przeciętnego Amerykanina, obok wydrążania dyni i udekorowania domu, niemal obowiązkowy punkt do odhaczenia w programie halloweenowej nocy. Taka forma rozrywki to nic innego jak prowadzenie uczestnika za rączkę przez trasę, na której zadbano o koszmarną scenografię i wyskakujące zza rogu straszydła. Kilku lub kilkunastominutowa zabawa na wzór tych znanych z wesołych miasteczek. Słowo “zabawa” jest tu kluczowe, bo stąd jeszcze daleko do wszechogarniającego terroru i bezlitosnego uczucia strachu towarzyszącego śmiałkom (a może tym, którzy nie wiedzą co czynią?) decydującym się na przekroczenie progu horror house’u.

Ale z czym to się je, czy też raczej jak poczuć na własnej skórze to, co czują wszystkie filmowe scream queens? Uczestnik, a częściej ich grupa, zostaje wpuszczony do skąpanych w ciemnościach pomieszczeń. Ma jeden cel – wydostać się. Jego przeprawie rozciągniętej do kilkudziesięciu minut towarzyszy pełny sztafaż kina grozy włącznie z wystylizowanymi na potwory aktorami, którzy mają za zadanie nie dać mu spokoju w trakcie przechodzenia przez “domostwo”. Domy strachu nie od początku istniały w znanej dziś formie. Jednak zawsze ich celem było dostarczenie emocji, jak i zaspokojenie ciekawości związanej z niesamowitościami.

Dziwadła, ścięty król i lawina omdleń

Pociąg do oglądania osobliwości, rzeczy, które z jednej strony napawają strachem, ale z drugiej fascynują, jest w nas ściśle zakorzeniony. Symptomy tego można zaobserwować m.in. w rodzącym się w połowie XVI wieku zjawisku tzw. freak shows, czyli objazdowych występów ludzi dotkniętych deformacjami ciała. Pokazy “wybryków natury” szczyt swojej popularności zaliczyły dopiero z końcem XIX wieku największym zainteresowaniem ciesząc się zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Dla XVI i XVII stulecia powszechną praktyką były też wystawiane na widok publiczny gabinety osobliwości – kolekcje zawierające wszelkiej maści dzieła sztuki, egzotyczne przedmioty czy wreszcie eksponaty z ludzkimi lub zwierzęcymi płodami ze zdeformowaniami.

Nie gabinetem osobliwości a okropności okrzyknięto skandalizującą jak na tamte czasy wystawę francuskiej artystki, Marie Tussaud, która w 1802 roku wybrała się do Wielkiej Brytanii ze swoimi makabrycznymi eksponatami. Jej figury woskowe szokowały, bo obejmowały pośmiertne maski zdekapitowanego Ludwika XVI, królowej Marii Antoniny i Maximiliena de Robespierre’a. Nie brakowało oczywiście głosów krytyki twierdzących, że to próba żerowania na ludzkiej krzywdzie. Nasiliły się one, gdy artystka w 1835 roku otworzyła w Londynie stałą wystawę. Funkcjonujące do dziś Muzeum Figur Woskowych Madame Tussaud oparło się głosom sprzeciwu, będąc napędzanym przez zwiedzających głodnych odrobiny okropności.

W historii makabrycznych atrakcji najlepiej wpisującym się w idee dzisiejszych horror house’ów był paryski Le Théâtre du Grand Guignol. Dyrektor przybytku, Max Maurey, sukces danego występu oceniał po liczbie omdleń na widowni, a takie reakcje nie były przecież niczym niezwykłym, skoro motorem show były sceny tortur, przemocy i sadyzmu. Ten kto przekraczał próg przeobrażonej w teatr grozy kaplicy XVIII-wiecznego klasztoru, mógł spodziewać się wszystkiego. Deski teatru pod kierownictwem Maureya zaczęły prezentować sztuki wypełnione rozlewem krwi (a dokładniej cieczy ją przypominającej) wypływającej z odcinanych kończyn i wyłupianych oczu. Kres innowacyjnej jak na tamte czasy instytucji, bo obfitującej w efekty dźwiękowe oraz zmieniającą się scenerię, nastąpił wraz z postępującą popularyzacją kina. Jednak wyświetlane na ekranach koszmarne wizje nie zabiły przecież pociągu ludzi do oglądania tego co przeraża. Ba, X Muza wręcz go rozbudziła.

Koszmar z ulicy w Disneylandzie

Za pierwszy dom strachu należy uznać ten, który został wzniesiony przez George’a Ortona i Charlesa Spoonera w 1915 roku w angielskim Liphook. Jednak na masową skalę przyjęły się one w Stanach Zjednoczonych, gdzie zaczęły wyrastać w czasie Wielkiego Kryzysu (1929–1933). Powód ich powstania był bardzo prozaiczny. Miały odciągnąć co bardziej nadpobudliwe dzieci od aktów wandalizmu i niepokojenia sąsiadów w trakcie Halloween. Całość nie miała charakteru komercyjnego, bo wszystko było aranżowane przez rodziców w piwnicach i na strychach ich własnych domów. Domy strachu w takiej formie nie zakorzeniły się jeszcze na dobre w halloweenowej tradycji, ani nie stały się ikoniczną atrakcją nocy 31 października. Dopiero lata 50. i 60. przyniosły otworzenie przerażających budowli w większych amerykańskich miastach, często wspieranych przez fundacje charytatywne, by móc za ich pośrednictwem organizować zbiórki pieniędzy. Jednak prawdziwy boom nastąpił wówczas, gdy pomysł podchwycił twórca Myszki Miki.

Drzwi Nawiedzonego Domu w amerykańskim Disneylandzie zostały otworzone w 1969 roku, a sama wypełniona duchami posiadłość szybko stała się sukcesem gromadząc dziennie nawet 82 tysiące odwiedzających. Sam plan budowli powstał znacznie wcześniej, jeszcze za życia Walta Disneya, bo w 1957. Warta 7 milionów dolarów i ukończona w 1963 roku konstrukcja była inspirowana architekturą budynku Shipley-Lydecker z Baltimore. Dlaczego jednak aż sześć lat dzieli daty ukończenia budowy Nawiedzonego Domu od jego otwarcia?

Cóż, fasada może i była już wzniesiona, ale w środku wiało pustkami. Disney sam odciągnął od projektu sztab ludzi, aby skupili się oni na przygotowaniach do Światowej Wystawy w Nowym Jorku z 1964. Problemem było też to czy w “najszczęśliwszym miejscu na świecie” należy stworzyć atrakcję, która ma straszyć czy też ma być kolejnym dostarczającym uśmiechu przybytkiem na mapie parku rozrywki? Wreszcie śmierć Walta Disneya w 1966 zablokowała dalsze kroki przy przedsięwzięciu, które musiało poczekać trzy lata na to, aby w końcu zostać otwartym i straszyć swoimi (jak twierdzono) 999 duchami i gdzie zawsze jest miejsce na jeszcze jedną duszę. Miejsce musiało oczywiście zachwycać technologiczną innowacyjnością. Iluzję poruszających się po obiekcie duchów zapewniła technika znana już w latach 60. XIX wieku, którą zademonstrował wówczas John Henry Pepper – dlatego nazywana jest ona Pepper’s Ghost (duch Peppera). Sztuczka polegała na tym, że postać, znajdująca się w niewidocznym dla obserwatora pokoju, odbijała się w ustawionym pod kątem 45 stopni półprzezroczystym lustrze.

Apetyt na doświadczanie horroru rósł. Z biegiem lat na ekranach kin zaczęły pojawiać się slashery, a właściciele domów grozy pilnie śledzili trendy przenosząc je do prowadzonych przez siebie interesów. Rynek rozwijał się na tyle prężnie, że nawet kościoły ewangelickie zapragnęły mieć swoje (anty)halloweenowe atrakcje (tzw. hell house). Zamiast jednak straszyć, to poprzez odgrywane scenki aktorzy przekonywali grzeszników, że dopóki nie wejdą na ścieżkę wiary, to będą na prostej drodze do piekła. Domy grozy, te komercyjne, jak i działające na zasadzie non-profit, radziły sobie w Stanach całkiem nieźle, aż do 1984 roku i wybuchu pożaru w jednym z takich przybytków w New Jersey, w którym życie straciło ośmioro nastolatków. To wymusiło zaostrzenie przepisów, a w konsekwencji zamknięcie części z istniejących “straszących biznesów”. Rynek przerzedził się, a to wymusiło konkurencję. Z czasem postanowiono sięgnąć po bardziej ekstremalne środki. Zamiast straszyć zaczęto wywoływać traumy.

Ekstrema

Znane dziś horror houses to dość młoda forma “rozrywki”. Po wspomnianej tragedii z 1984 roku ci, którzy ocaleli na rynku musieli postawić na nowe rozwiązania i zaproponować świeże oferty, aby móc wciąż funkcjonować. Długofalowy proces doprowadził m.in. do powstania funkcjonującego od początku XXI wieku McKamey Manor, słusznie uważanego za najbardziej ekstremalny horror house, jaki miał okazję znęcać się nad odwiedzającymi.

Mocne słowa nie sę przesadą. Właściciele (Russ McKamey i jego partnerka Carol Schultz) szczycą się tym, że jeszcze nikomu (łącznie z byłymi żołnierzami Marines) nie udało się ukończyć stworzonej przez nich i przewidzianej na 4-7 godzin trasy. A na niej takie atrakcje, jak podtapianie i inne przejawy przemocy fizycznej, golenie głowy, oswajanie się z tarantulami chodzącymi po twarzy gości, bycie zamykanym w ciasnych pomieszczeniach i zmuszanym do jedzenia bliżej niezidentyfikowanych pokarmów, a nawet własnych wymiocin. Na samym początku miejsce funkcjonowało jako atrakcja dla dzieci, z czasem dopisano scenariusz dla dorosłych, jednak ci narzekali, że nie jest wystarczająco realistyczny. W wywiadzie dla dziennika “The Guardian” Russ McKamey wyznał: Dzięki malkontentom musieliśmy podkręcić atmosferę. Z roku na rok jest u nas coraz bardziej agresywnie. Musimy wiedzieć jak sprzedać produkt.

Zainteresowanie miejscem jest ogromne. Lista oczekujących na swoją kolej wydłużyła się już do ponad 20 tysięcy osób. Wejście do McKamey Manor jest możliwe dopiero po ukończeniu 21. roku życia i jest… zupełnie darmowe – wcześniej jednak należy złożyć darowiznę na rzecz organizacji charytatywnej lub przynieść karmę dla zwierząt. Dla ekscentrycznego Russa McKameya, byłego żołnierza, ale i studenta teatrologii, wystarczającą zapłatą jest ludzki strach, wydobywające się z gardeł gości krzyki i spływające po ich policzkach łzy.

McKamey Manor może i jest najbardziej (nie)sławnym horror housem, ale nie brak mu konkurencji. Jednym z przykładów jest założony przez Josha Randalla oraz Krisa Thora i działający od 2009 roku Blackout, który właściciele określają jako formę sztuki performatywnej. Tu wstęp jest możliwy od 18 wiosen na karku i istnieje tzw. safe word, czyli hasło bezpieczeństwa pozwalające przerwać “zabawę” w dowolnie wybranym momencie. U McKameya taka wygoda nie istnieje. Odwiedzający Blackout poddawani są m.in. podduszaniu poprzez założenie na głowę plastikowych toreb, ich ręce skrępowane są kajdankami, a aktorzy wydzierają się na nich. Co ważne można to przeżyć tylko w pojedynkę, co ma zresztą potęgować doznawany strach. Efekt końcowy to liczne siniaki, a nawet rozcięcia na skórze. To jednak pikuś w porównaniu z psychicznym wycieńczeniem.

Istnieją również domy grozy odwołujące się do sfery seksualnej. W Shocktoberfest w stanie Pensylwania wejść można w samej bieliźnie. Właściciele wierzą, że odarcie odwiedzających z ubrania zmniejszy ich poczucie bezpieczeństwa i komfort, a co za tym idzie spotęguje uczucie strachu. Mieszanka grozy, BDSM i bondage serwowana jest w Hell in the Armory w San Francisco, gdzie nie brak dantejskich scen z rozebranymi do naga aktorami czy dominami w lateksowych strojach w stylu oficerów SS. Czy również w Polsce mamy szansę zostać doprowadzonymi do emocjonalnego skraju, poczuć się otoczonymi terrorem i zalać się łzami bezsilności?

Blady strach nad Wisłą

Horror house to jeszcze raczkująca rozrywka w Polsce, bo mająca dopiero ok. 3 lat, ale jest na nią popyt. Jednym z możliwych do odwiedzenia miejsc jest Dom Grozy – Fear Zone w Warszawie zajmujący pierwsze miejsce w Polsce według rankingu horror house’ów prowadzonym przez stronę scareme.pl. Właścicielami są Gustaw Choroszyński i Aneta Rutkowska, którzy przyznali, że ich klientela jest skrajnie różna: Odwiedza nas cały przekrój społeczeństwa. Od młodzieży gimnazjalnej, dla której przygotowaliśmy wersję soft, aż po osoby starsze. Był tu dziadek z wnuczkami, ale i małżeństwo świętujące swoją 30. rocznicę ślubu. Każdy na naszą propozycję reaguje inaczej – od absolutnego szczęścia, po stwierdzenie, że to miejsce zaprojektował chory sku*wiel.

Twórcy podkreślają, że Fear Zone jest miejscem wypełnionym autorskimi pomysłami, to nie kopia innych otwartych u nas horror house’ów, choć oczywiście niektóre “sztandarowe” elementy przewijają się także przez propozycje konkurencji. I nic w tym dziwnego, bo polskie prawo hamuje wyobraźnię właścicieli domów grozy. Ekstrema znana ze Stanów Zjednoczonych u nas skończyłaby się potokiem pozwów sądowych i to mimo podpisania przed wejściem odpowiednich dokumentów przez uczestników. Z tego względu co odważniejsze pomysły twórców, muszą pozostać w ich umysłach. Jednak to co dostajemy również wywołuje w gościach skrajne reakcje, co przyznał Gustaw Choroszyński: Ludzie po przejściu bywają bardzo rozemocjonowani – często rzucają się nam na szyję i ściskają. Pojawiły się głosy klientów mówiących, że chcieliby jeszcze mocniejszych doznań przez jeszcze dłuższy czas. Dlatego rozbudowujemy naszą atrakcję o dodatkowe poziomy trudności. Aneta Rutkowska dodała, że zdarzają się wśród gości omdlenia, ataki histerii czy duszności. Są jednak też osoby reagujące agresją – wyhaczenie fangi w nos przez aktora to po prostu tutejsze ryzyko zawodowe.

Forma atrakcji znajdująca się wciąż w powijakach, nie jest już jednak marginalna. Warszawski Fear Zone straszy gości z innych miast Polski, a nawet zza granicy – ci doceniają przygotowaną dla nich grozę. Pojawiają się nawet propozycje współpracy z innych państw, a także pomysły na rozwinięcie biznesu, jak np. organizowanie paintballa połączonego ze strzelaniem do zombie. Rynek wciąż się rozwija zarówno u wujka Sama, jak i w kraju Mickiewicza. Wszystko wskazuje na to, że zapotrzebowaniu na doświadczanie grozy na własnej skórze, nie grozi wymarcie. Czas się bać.

Robert Skowroński
Robert Skowroński
Krytyk filmowy i muzyczny związany niegdyś lub wciąż związany z... długo by wymieniać. Ponadto amator kawy i urban exploringu, który już chyba na zawsze pozostanie niespełnionym perkusistą. Prowadzi profil Trochę kultury.
AUTOR

Polecamy

Komentarze