Kacowe czy narodowe?
O święcie 12 listopada

5 minut czytania
574
0
Anna Godzwon
Anna Godzwon
25 października 2018

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Tu Jej Ekscelencja. Jutro dzień wolny. Zarządzam święto państwowe – ogłosił niezapomniany Wiesław Michnikowski w „Seksmisji” do swoich poddanych w świecie (teoretycznie) bez mężczyzn. Zdemaskowanie przez Maksa i Alberta było takim przeżyciem, że Jej Ekscelencja musiała dojść do siebie, a że jako pan(i) i władca miała nieograniczone możliwości, mogła zarządzić święto z dnia na dzień.

W Polsce roku stulecia odzyskania niepodległości Jej Ekscelencją jest Sejm Rzeczypospolitej, który ni stąd ni zowąd postanowił uszczęśliwić Polaków dniem wolnym, przypadającym dzień po 11 listopada. I jeszcze nazwać go Świętem Narodowym. Jakby jednego było mało.

Posłowie Prawa i Sprawiedliwości uznali, że „dodatkowy dzień wolny pozwoli Rodakom na godne uczczenie 100 rocznicy odzyskania niepodległości”.
Tyle, że od roku czcimy Niepodległą. Dnia nie ma bez akademii, biegu, konferencji, wystawy, konkursu. Niech tylko się skończą Zaduszki, to uroczyste obchody Narodowego Święta Niepodległości przybiorą na sile jak Polska długa i szeroka. Niedziela 11 listopada to miała być kulminacja rocznych obchodów. Wszystko zaplanowane, zorganizowane, pieniądze wydane. Jak czcić tę piękną rocznicę tego dodatkowego dnia, kiedy nikt już niczego nie planował. Może pójść do galerii handlowej? Zakaz handlu bowiem wyjątkowo nie będzie obowiązywał, choć to święto i to jeszcze narodowe.

Suweren dostał zatem od Jej Ekscelencji dodatkowy dzień „kacowego”. Tym razem jednak to nie suweren prosi o urlop na żądanie. To Niepodległa Rzeczpospolita żąda od niego, żeby wziął sobie wolne. Na niespełna trzy tygodnie przed dodatkowym świętem zmienił plany. Odwołał wyczekiwane wizyty u lekarza. Wstrzymał produkcję. Wytłumaczył zagranicznym partnerom, że sorry, ale mamy drugi Independence Day. Jak wyliczyli dziennikarze RMF FM, z powodu Święta Narodowego 12 listopada trzeba będzie odwołać w całym kraju około 300 tysięcy wizyt u lekarzy specjalistów i planowanych operacji. Na wiele z nich pewnie pacjenci czekali miesiącami. I oto niepodległa Rzeczpospolita mówi do nich:
a co tam, świętujcie godnie! Podczas nocnych obrad (bo jak wiadomo takie rzeczy najlepiej uchwala się w nocy) posłowie zdecydowali jednak, że szpitale, przychodnie i apteki będą pracować normalnie, jak w dzień powszedni. Czyli jednak świętowanie nie dla wszystkich.

Czytałam uzasadnienie tego projektu. Autorzy przekonują, że gospodarka nie zbiednieje, bo „w celu skwantyfikowania minimalnego skutku zakłada się,
że proponowane zmiany dotkną tylko sektory przemysłu i budownictwa”. Nie znalazłam odpowiedzi, po co naprawdę PiS to robi.
Nie umiem tego wytłumaczyć sobie w żaden inny sposób, jak tylko głębokim ukłonem partii rządzącej w stronę środowisk narodowych, które jak co roku organizują swój marsz 11 listopada. A taki marsz, wiadomo, wyczerpujący jest, człowiek się tyle nachodzić musi, potem głodny, spragniony. Może po to, żeby więcej osób mogło do stolicy przyjechać z najdalszych zakątków Polski, odcisnąć na niej swoje piętno i nie gnać na ostanie TLK, by rano stawić się w pracy. Może takie „kacowe” jest potrzebne tym zwolennikom hasła „Polska dla Polaków”, którzy po zakończeniu marszu okupować będą kebabiarnie i sklepy monopolowe? A może to także „kacowe” dla reszty Polski, która przyglądać się będzie temu przed telewizorami, a następnego dnia leczyć ból głowy i duszy.

Nie przyzwyczajajmy się do tego święta. Ustawa jest incydentalna, tylko na stulecie niepodległości. Za rok rocznica wypada w poniedziałek. Będzie wolny. A we wtorek do roboty!

Anna Godzwon
Anna Godzwon
Dziennikarka, urzędniczka, rzeczniczka, specjalistka od politycznego PR. Zaczynała w Rozgłośni Harcerskiej, była sprawozdawcą parlamentarnym Polskiego Radia i naczelną Polskiego Radia24. Po przejściu na ciemną stronę mocy organizowała posłom konferencje prasowe, prezydentowi Komorowskiemu oprawę medialną, a prezydentowi Obamie dwie wizyty w Polsce. Przeprowadziła Państwową Komisję Wyborczą przez czas zmian prawa wyborczego, a z wiosną poszła na swoje.
Wciąż ma serce po radiowej stronie. Jest niepijącą alkoholiczką, psychofanką U2, lubi, kiedy gapi się na Bałtyk, a Bałtyk na nią. Nie zaśnie, jak nie przeczyta choćby kilku stron książki. Lubi fotografować, jeść, podróżować i pisać.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Następny artykuł

Na szczycie ludzkiej piramidy. Jak wygląda praca w Cirque du Soleil?

To, co wydaje się nierealne, tutaj jest możliwe
8 minut czytania
4335
1
Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
27 sierpnia 2018

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Porzucił studia i poszedł w stronę marzeń. Mistrz świata w akrobatyce sportowej, Kamil Fieniuk, kilka lat temu przyjął propozycję pracy od Cirque du Soleil, którego widowiska od przeszło 30 lat przyprawiają o zawrót głowy publiczność pod każdą szerokością geograficzną.

„Nauczyłem się przełamywać strach, który dekoncentruje. A tu jest za dużo niebezpiecznych momentów, żeby można było pozwolić sobie na zawahanie”. O swojej pracy w legendarnym Cirque du Soleil opowiada pracujący tam Polak, mistrz świata w akrobatyce sportowej Kamil Fieniuk.

Edyta Ochmańska: Podobno cyrkowcy najbardziej boją się Boga i pustych ławek. Mówi się, że tradycyjna sztuka cyrkowa jest archaiczna, traci popularność. Natomiast na przedstawienia Cyrku Słońca bilety trzeba kupować z wyprzedzeniem. Jego przedstawienia obejrzało już ponad 100 milionów ludzi na całym świecie. Na czym polega jego fenomen?    

Kamil Fieniuk: To, co wydaje się nierealne, tutaj jest możliwe. Bo to nie jest tradycyjny cyrk, ale raczej teatr, popowy show połączony z akrobacjami na najwyższym poziomie. Uliczny grajek, Guy Laliberté, który dzisiaj jest jednym z najbogatszych ludzi na świecie, stworzył cyrk nowego typu – bez zwierząt, w którym gimnastyczno-taneczne numery stanowią istotę opowiadanych historii.

Laliberté rezygnację z udziału zwierząt argumentował koniecznością większego skupienia się widza na samym występie. A tu najważniejsza jest prezentacja siły i niezwykłości ludzkiego ciała oraz jego możliwości. Dlatego występujący w widowiskach Cirque du Soleil artyści to najlepsi akrobaci z całego świata, którzy, by tu pracować, muszą przejść specjalne castingi. Do tego dochodzi oryginalna, komponowana do przedstawień muzyka i wspaniałe, ręcznie szyte kostiumy.

A jak ty trafiłeś do Cirque du Soleil?

Od najmłodszych lat w Świdnicy, z której pochodzę, trenowałem akrobatykę sportową. Była to moja pasja, właściwie całkowicie się jej poświęciłem. Brałem udział w mistrzostwach Polski, Europy i świata. W 2006 roku w Portugalii zdobyłem mistrzostwo świata w dwójce męskiej razem z Jonasem AlHadadem. Można powiedzieć, że wtedy nic poza akrobatyką mnie nie interesowało… do czasu kiedy zobaczyłem pierwszy show Cyrku Słońca. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Nie przypuszczałem nawet, że mógłbym tam pracować. Doskonałość, artyzm i talent wszystkich członków grupy jest nieprawdopodobny. Dlatego sądziłem, że to coś, o czym mogłem tylko pomarzyć. Jednak odważyłem się i wysłałem swoje demo do Montrealu, gdzie znajduje się siedziba cyrku. W tym samym czasie dostałem się na studia, na akademię wychowania fizycznego. Ale po trzech miesiącach dostałem z Kanady odpowiedź, że mnie zapraszają, przysłali nawet bilet na samolot. W jednym momencie musiałem podjąć trudną decyzję, czy przyjmuję propozycję pracy w najbardziej prestiżowym i najlepszym cyrku świata, czy zostaję na studiach. Poszedłem w stronę marzeń. Bardzo szybko się spakowałem i wyjechałem. Nie mogłem w to uwierzyć. Mój pierwszy dzień w siedzibie był czymś, czego nigdy nie zapomnę. Ludzie wirowali w powietrzu, wzbijali się na trampolinie, biegali po ścianach. Miałem wówczas 19 lat.

Ale tu potrzeba czegoś więcej niż sportowych umiejętności?

Do pierwszego przedstawienia przygotowywałem się prawie przez rok. Miałem różnego rodzaju zajęcia artystyczne, m.in. z aktorstwa i tańca. Tutaj rzeczywiście nie wystarczą zdolności akrobatyczne, bo na scenie trzeba pokazywać też emocje. Teraz występuję w numerze popisowym z meksykańską baletnicą. Cały czas się czegoś uczę. Mam na przykład jeden przyrząd i muszę w stu procentach opanować posługiwanie się nim; za każdym razem jest to coś innego.

„Saltimbanco” to pierwszy show, w którym wystąpiłem. W 2012 roku byliśmy z tym przedstawieniem w Ergo Arenie w Gdańsku, gdzie po raz pierwszy zobaczyli mnie na estradzie moi rodzice. Wtedy jeszcze pracowałem ze Zbigniewem Bąchórem, Polakiem, który przepracował w Cirque du Soleil ponad 16 lat i odszedł, mając jakieś 50 lat, co jest ewenementem, bo z cyrkiem zwykle żegnają się ludzie znacznie młodsi.

W „Saltimbanco” robiłem razem z grupą akrobatów tzw. chińskie maszty (akrobaci skaczą po dachach drapaczy chmur na wysokości kilkunastu metrów) i rosyjską huśtawkę (akrobaci wystrzeliwani są niczym z katapulty na wysokość 12 metrów, by szczęśliwie wylądować na własnych nogach, ramionach kolegów lub na szczycie ludzkiej piramidy). Byłem tzw. łapaczem. Łapałem artystów, którzy wykonywali układy na trapezie.

Spektakl to futurystyczna opowieść o mieście zamieszkanym przez dziwne różnokolorowe stwory, które mają skłonność do rozmaitych sztuczek. Jedne żonglują ogniem, a inne robią salta na trapezie.

Kamil Fieniuk

Czy podczas wykonywania takich ewolucji jesteście jakoś zabezpieczeni?  

Bezpieczeństwo to u nas sprawa priorytetowa. Nie pozwala nam się zrobić niczego, co nie było zaplanowane i przećwiczone. Jesteśmy podczepieni do linek asekuracyjnych sprawdzanych codziennie, przed każdym show. W ponad trzydziestoletniej historii cyrku zdarzył się tylko jeden poważny wypadek. Chodzi o spektakl „Ka”, który przyniósł niesamowity sukces finansowy, ale jednocześnie tragedię: upadek i śmierć głównej akrobatki. Oczywiście świadomość tego może paraliżować, więc staram się o tym nie myśleć. Nauczyłem się przełamywać strach, który z czasem staje się już elementem codzienności, czymś, do czego człowiek się przyzwyczaja. Najważniejsza jest dobrze układająca się współpraca z kolegami na scenie, zaufanie. Wszystko, każdy ruch musi być niezwykle precyzyjny. Za dużo jest tu niebezpiecznych momentów, żeby było miejsce na zawahanie. Poza tym w moim przypadku stres jest niezwykle motywujący: adrenalina dodaje energii, której bardzo potrzeba, kiedy jest się na scenie.

Tradycyjne życie akrobaty cyrkowego kojarzy się z wieczną tułaczką i mieszkaniem w wozie kempingowym bez dostępu do bieżącej wody. Praca dla Cyrku Słońca niewiele ma z tym wspólnego?

Życie w taborowym wozie to nie dla mnie. Cirque du Soleil stwarza artystom komfortowe warunki. Mieszkamy w luksusowych hotelach i podróżujemy samolotami. Dlatego mogę się skupić tylko i wyłącznie na pracy, której nie brakuje, biorąc pod uwagę, że cyrk, zatrudniający około czterech tysięcy osób, prezentuje rocznie 21 przedstawień: z dwunastoma jeździ po świecie, dziewięć to spektakle stacjonarne – największy show pokazywany jest w Las Vegas.

Jak wygląda transport tak olbrzymiej infrastruktury? To prawda, że cyrk podróżuje z własną kuchnią i salą gimnastyczną?

Zazwyczaj wygląda to tak, że z jednym show podróżuje ok. 20 ciężarówek załadowanych 180 tonami sprzętu i rekwizytów. W tym jest 2,5 tys. kostiumów, kapeluszy, masek i butów, które w trakcie spektaklu wielokrotnie się zmienia. Wszystkie są zaprojektowane i uszyte na potrzeby konkretnego przedstawienia w atelier krawieckim w głównej siedzibie cyrku w Montrealu. Grupa krawcowych jeździ razem z przedstawieniem, aby na miejscu naprawiać zniszczone kostiumy. Każdy ich element jest dokładnie opisany w specjalnej księdze.

Życie trupy bez względu na miejsce występu zorganizowane jest niemal identycznie. Kuchnia każdego dnia wydaje dla ekipy trzy posiłki. Rozkładana mała sala ćwiczeń służy do codziennych treningów, poza obowiązkowymi próbami na arenie, a stojąca w kącie kanapa do krótkiej drzemki.

Wszystko jest oznaczone  strzałkami, aby artyści w nowym, nieznanym miejscu, pośród olbrzymich hal, trafiali bez problemów na stołówkę, do garderoby, do masażysty lub na scenę.

Joya – Cirque du Soleil

Prezentujesz się w różnych wcieleniach, kostiumach i maskach. Teraz na scenie w Meksyku przebierasz się za lemura. Kiedy wykonujesz swoje popisowe numery akrobatyczne, masz fantazyjny, kolorowy make-up. To prawda, że artyści robią sobie sami charakteryzację?

Tak. Są tego uczeni, gdy odwiedzają po raz pierwszy kanadyjską siedzibę. Spotykają się z profesjonalistami i dowiadują, jak robić makijaż krok po kroku. Instrukcje zawierają pisemne wskazówki oraz zdjęcia ilustrujące, jak powinien wyglądać każdy etap. Kiedyś robienie makijażu zajmowało mi półtorej godziny, teraz robię go w 15 minut. Mam około 100 kredek. Niejedna dziewczyna mogłaby mi pozazdrościć zestawu do make-upu.

Z Cirque du Soleil przez osiem lat zwiedziłeś pięć kontynentów. Teraz mieszkasz i występujesz na stałe w Meksyku.

Spektakle stacjonarne pokazywane są m.in. w Playa del Carmen. Cyrk wybudował tutaj specjalny teatr na potrzeby show pt. „Joya”, w którym występuję. Jest to przedstawienie połączone z uroczystą kolacją dla gości kurortu. Gramy je pięć razy w tygodniu od trzech lat. Cieszę się, bo coraz więcej naszych rodaków przyjeżdża tutaj na wakacje.

Wcześniej jeździłem po całym świecie ze wspomnianym już przedstawieniem  „Saltimbanco”, teraz osiadłem w niesamowitym kraju, jakim jest Meksyk. „Joya” to opowieść o małej dziewczynce, która przyjechała do swojego dziadka mieszkającego w bibliotece – dlatego cały teatr przybrał formę wielkiej biblioteki. Dziadek ma pięciu pomocników, którzy są pół ludźmi, pół zwierzętami. Ja jestem jednym z nich, a konkretnie lemurem. To postać bardzo teatralna.

Oprócz tego raz w tygodniu wraz z meksykańską tancerką prezentujemy znacznie bardziej złożone układy akrobatyczne. Cały czas trenuję, żeby nie stracić sprawności i zręczności. W Meksyku są fantastyczne warunki do pracy, zawsze wspaniała pogoda. Mieszkamy w rezydencji, która jest własnością cyrku, mam kilka kroków zarówno do pracy, jak i do morza.

Ten kraj nie przestaje mnie zadziwiać. Teraz już rozumiem znaczenie powiedzenia „ale Meksyk”, który jest przedstawiany w mediach jako jedno z najbardziej niebezpiecznych państw. Rzeczywiście ma swoje poważne problemy, żyje w stanie otwartej wojny w potężnymi kartelami narkotykowymi, a jego granica ze Stanami Zjednoczonymi należy do najbardziej strzeżonych i niebezpiecznych na świecie. Na szczęście jesteśmy daleko od Mexico City, a to tam życie jest bardziej ryzykowne. Kolega, który mnie odwiedził w Playa del Carmen, nie może się nadziwić, jak bardzo jest tu spokojnie.

Joya – Cirque du Soleil

Cirque du Soleil swój sukces zawdzięcza w dużej mierze niezwykłej osobowości jego założyciela, którym jest Guy Laliberté. Miałeś okazję go poznać?

Spotkałem go kilka razy w Montrealu. Pozowaliśmy razem do sesji zdjęciowej. Potem przyjechał niezapowiedziany na premierę, kiedy otwieraliśmy show w Meksyku. Byliśmy zaskoczeni, bo nie spodziewaliśmy się jego wizyty.

Laliberté podróżuje po świecie i okazjonalnie ogląda wybrane przedstawienia. Ale już nie zarządza bezpośrednio firmą, ma od tego ludzi. Zaczynał od gry na akordeonie i połykania ognia na ulicy, dzisiaj jego nazwisko znajduje się na liście najbogatszych ludzi świata według miesięcznika „Forbes”. W 2004 r. dziennik „Times” zaliczył go do setki najbardziej wpływowych ludzi na świecie, a w 2006 r. Ernst & Young mianował go przedsiębiorcą roku. Znany jest także z umiłowania do gry w pokera, podczas World Poker Tour wygrał kiedyś prawie 700 tys. dol.

Poza tym można by go nazwać kosmicznym klaunem.

Tak. W 2009 roku Laliberté w wieku 50 lat postanowił zostać pierwszym klaunem w kosmosie. Za ośmiodniową wycieczkę na pokładzie Sojuza TMA-16 zapłacił 35 mln dol., a świat obiegły jego zdjęcia w stroju kosmonauty z przyczepionym czerwonym nosem. Guy wciąż rozgląda się za nowymi pomysłami, inwestując również w inne rzeczy: hotele, restauracje i kluby.

Ojciec założyciel postawił na międzynarodowy zespół. Pracują u niego artyści z całego świata. Jak się dogadujecie?

Jestem tu jedynym Polakiem, ale mam wielu przyjaciół w tej wielokulturowej grupie, do której należą też m.in. Japończycy, Kanadyjczycy, Meksykanie, Australijczycy czy Etiopczycy. W pracy mówimy po angielsku. Ale dla porozumienia ważny jest nie tylko język. Dlatego staramy się przenikać kulturowo poprzez jedzenie, podróże i wymianę doświadczeń.

Na kontynencie amerykańskim cyrkowcy to prawdziwe gwiazdy.

Tak, wystarczy mieć na sobie logo znanego cyrku, a widzowie sami podchodzą i gratulują. Kiedy kończy się spektakl, publiczność żywo reaguje. Po takich wyrazach uznania chce się zrobić jeszcze więcej. Energia, którą artyści dostają od widzów, zostaje w nich. Po powrocie do hotelu nie można tak po prostu zasnąć.

Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
Obserwuje, słucha, czyta i podróżuje. A potem nie może się powstrzymać, żeby o tym nie napisać. Pytanie, które najczęściej zadaje, brzmi: co o tym myślisz? Interesuje ją wszystko, co niekonwencjonalne i wyprzedzające epokę. Jest żądna wiedzy, ciekawa świata i ludzi.

Od kilkunastu lat pracuje jako dziennikarka. Pisała dla takich tytułów, jak „Trendy Art of Living” czy „Dziennik. Gazeta Prawna”.

Uwielbia Włochy i mistykę. Z wielką determinacją próbuje nauczyć się włoskiego. Nie lubi zimna, tłumu i hałasu. Jest uzależniona od kina, więc wolny czas najchętniej spędza w ciemnej sali kinowej. Często jeździ na rowerze i ćwiczy jogę. Do siebie i życia podchodzi z dystansem. Czasami chciałaby być niewidzialna.
AUTOR