Marianna Orańska: dobra pani, królewna, która pokochała koniuszego

Ekscentryczne, niezależne i ciekawe kobiety, których nie brakuje w historii.
5 minut czytania
1153
0
Zofia Kociołek-Sztec
Zofia Kociołek-Sztec
20 października 2018

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Opublikowaliśmy już historię  księżnej Daisy von Plesscesarzowej Sisi, a dzisiaj opowiemy o Mariannie Orańskiej.

O Mariannie Orańskiej pierwszy raz słyszę będąc w Międzygórzu. Jestem zachwycona: pełno tu malowniczych, starych willi, pamiętających jeszcze czasy swojej świetności. Z przydrożnych tabliczek dowiaduję się, że królewna była tutejszą dobrodziejką. Pewnie też jej się tu podobało więc wygląda na to, że mamy podobny gust. Poza tym – czy można się piękniej i dostojniej nazywać? Mam ochotę poznać ją bliżej.

Jej pełne imię to Wilhelmina Fryderyka Luiza Charlotta Marianna von Nassau-Oranien zatem… proponuję pozostać przy Mariannie. Z pozoru należała do tych szczęśliwców, którzy już na etapie narodzin wyciągnęli wygrany los. Była córką pierwszego króla Niderlandów, a jej matka wywodziła się z jednego z najpotężniejszych rodów ówczesnego świata – Hohenzollernów (dziadek Marianny był nie byle kim, bo królem Prus). Zanim jednak ojciec naszej bohaterki stał się królem, Napoleona wygnał go z holenderskich dóbr więc Orańscy szukali schronienia. Znaleźli je w Berlinie. To właśnie tu przyszła na świat i spędziła pierwsze lata dzieciństwa Marianna. Z tego powodu miała bardzo bliskie kontakty ze słynną rodziną matki, a nawet poznała swojego przyszłego męża: kuzyna Albrechta. Zanim jednak została jego żoną, o mały włos nie została szwedzką księżniczką. Jako osiemnastolatka zaręczyła się bowiem z księciem z dynastii Wazów. Młodzi byli w sobie autentycznie zakochani, ale ich miłość bezlitośnie przekreśliła polityka. Wuj narzeczonego (ówczesny król Szwecji) w obawie o swój tron zagroził, że jeśli dojdzie do ślubu to on wypowie Niderlandom wojnę.

Koniec końców – ani do wojny, ani niestety do ślubu nie doszło. Marianna nie miała jednak zbyt wiele czasu na rozpamiętywanie miłosnego zawodu: stanowiła cenny towar na rynku matrymonialno-dynastycznym. Co więcej, jej wczesne portrety każą wnioskować, że była ona naprawdę atrakcyjną (jeśli nie piękną) kobietą. Ciemne włosy modnie upięte w kunsztowne, romantyczne loki. Do tego smukła sylwetka, podkreślona rzecz jasna gorsetem i zjawiskowymi sukniami. Nawet po uwzględnieniu życzliwości dworskich malarzy, którzy mieli zwyczaj naprawiać błędy matki natury, Marianna musiała uchodzić za miłą oczom postać. W dwa lata po głośnym rozstaniu ze szwedzkim księciem została żoną swojego brata ciotecznego. Tu jednak znowu czekało na nią rozczarowanie. Ich małżeństwo trudno nazwać udanym. Królewna przewyższała męża zarówno inteligencją jak i towarzyskim obyciem, a Albrecht najwyraźniej na innych polach również nie nadrabiał. Szybko zaczął uciekać w ramiona kochanek, o czym Marianna regularnie dowiadywała się nie tylko ze swoich źródeł, ale także od tak zwanych „życzliwych”. Mimo to, z ich związku urodziła się piątka dzieci, z których niestety dwójka zmarła niemal tuż po urodzeniu. Choć śmiertelność wśród noworodków w tamtych czasach była wysoka, nie ulega wątpliwości, że taka strata była dla Marianny kolejnym gorzkim doświadczeniem.

Odmienne natury Albrechta i Marianny stanowiły kolejną, trudną do zignorowania przeszkodę. On doskonale pasował do pruskiego dworu i jego sztywnej etykiety. Królewnie zaś, (podobnie jak inna opisywanej przeze mnie bohaterce – Daisy) z niemieckimi zasadami i stylem życia było mocno nie po drodze. Co więcej, kiedy próbowała choć trochę nagiąć obowiązujące normy, natychmiast narażała się konserwatywnemu i raczej mało wyrozumiałemu otoczeniu. Bez żalu więc opuściła z mężem Berlin i udała się na, odziedziczone po matce śląskie dobra. Na nową siedzibę wybrała Kamieniec Ząbkowicki. Z jej inicjatywy stanęła tam oszałamiająca wręcz rezydencja, inspirowana romantycznymi szkockimi i angielskimi zamkami. Powiedzieć, że pałac zbudowano z rozmachem to jak nic nie powiedzieć.

Kosztował majątek, bo równowartość 3 ton złota (!), a zgromadzone tam cenne zabytki i dzieła sztuki zaopatrzyłyby niejedno muzeum czy galerię. Jednak zamiłowanie do otaczania się pięknem nie służyło wyłącznie próżności Marianny. Królewna szybko udowodniła, że oprócz skłonności do „płynięcia pod prąd” wyróżniała ją również niespożyta energia, determinacja, pracowitość a także gospodarność i wielka wrażliwość społeczna. Marianna całe swoje serce oddała swoim nowym włościom, które – trzeba to zaznaczyć – sukcesywnie powiększała. W sumie, jej majątek liczył 2 miasta, 35 wsi i 16 tys. ha gruntów. Dla zobrazowania tego, jak gigantycznym terenem zarządzała: od 2007 roku działa transgraniczny, wchodnio-sudecki szlak turystyczny o długości ok. 200 km (!), przybliżający postać królewny i jej działalności na obszarach polsko-czeskich.

„Dobra Pani” w akcji

O dokonaniach Marianny w zakresie wsparcia i rozwoju lokalnych społeczności można by napisać przyzwoitej objętości książkę. Dość powiedzieć, że nawet przez historyków nazywana jest „dobrą Panią”. Zwykła mawiać „Nie przyszłam na świat, by żyć dzięki ludziom, ale by ludzie żyli dzięki mnie”. A choć CSR jest pojęciem związanym z XXI wiekiem to okazuje się, że już dwa stulecia wcześniej co niektórzy doskonale rozumieli czym on tak naprawdę powinien być. Z imponującego majątku, którym dysponowała, korzystała mądrze i myśląc perspektywicznie. Sprowadziła na przykład do Kamieńca Ząbkowickiego nauczycielki haftu dla dziewcząt, finansowała także nauczycieli na potrzeby lokalnej społeczności czy uczących się dzieci chłopskich. Jeśli u kogoś dostrzegła szczególny talent, fundowała specjalne stypendium umożliwiając tym samym dalszy rozwój (tak było na przykład z malarzem Josephem Schwarzerem, którego prace zobaczyła przypadkiem i zachwycił ją jego talent).

Założyła Kasę Wdowią (i jako pierwsza wpłaciła do niej 1000 reichstalarów), wybudowała niezliczoną ilość szkół, szpitali, przytułków czy ochronek. Była bardzo religijna i co ważne – tolerancyjna: wspierała budowę kościołów zarówno ewangelickich jak i katolickich. Więcej? Proszę bardzo. Czynnie wspierała osadnictwo, dostarczając bezpłatnie działek i materiałów budowlanych potencjalnym mieszkańcom. Budowała kluczowe dla lokalnej społeczności drogi, dbała o lasy i odpowiedzialnych za nie leśników. Wsparła uruchomienie słynnej (funkcjonującej do dziś) huty szkła kryształowego „Violetta”. Również dzięki Mariannie powstało schronisko na Śnieżniku (które, podobnie jak wspomniana huta działa i ma się dobrze). Międzygórze zaś, które zajęło w jej sercu szczególne miejsce, rozwinęła pod kątem turystyczno-rekreacyjnym, dzięki czemu stało się niezwykle atrakcyjne dla przyjezdnych.

Masyw Śnieżnika
Masyw Śnieżnika

Umiała także reagować na bieżące potrzeby czy niespodziewane sytuacje. Gdy rok 1848, z powodu nieurodzaju, przyniósł na Śląsk klęskę głodu królewna kupiła żywność dla najuboższych i postarała się dla nich o płatne zajęcia, żeby umożliwić im samodzielne zarobienie na chleb. Otoczeni opieką przez Mariannę ludzie potrafili się zrewanżować: w rok później obronili rezydencję w Kamieńcu, kiedy 200-osobowy, rozwścieczony tłum z okolicy próbował go zająć.

Międzynarodowy skandal i głośny rozwód

Rok 1848 z resztą jest ważny nie tylko ze względu na charytatywną działalność Marianny. Wtedy bowiem doszło do głośnego rozwodu z Albrechtem. Ich małżeństwo było fikcją już od jakichś dziesięciu lat (byli w separacji) i być może sytuacja ta trwałaby jeszcze latami, gdyby nie skandal, który wybuchł wokół naszej bohaterki. Okazało się bowiem, że królewna jest w ciąży. Rzecz jasna nie z mężem, ale samo to nie wywołałoby jeszcze takiego poruszenia. Bulwersował fakt, że urodzi dziecko koniuszego. Wokół Marianny rozpętało się piekło.

Od zawsze odstawała od powszechnie przyjętych norm, ale tym razem przekroczyła wszelkie granice nawet najbardziej tolerancyjnych przedstawicieli pruskiego dworu. Pomijając, że przez całą tę sytuację doszło do zerwania prusko-holenderskich stosunków dyplomatycznych, to rozwód Marianna odczuła bardzo dotkliwie. Orzeczono, że doszło do niego z jej winy, a sprawa o alimenty ciągnęła się latami. Co gorsza dostała zakaz kontaktowania się z dziećmi z małżeństwa z Albrechtem, włącznie z tym, że nie mogła wziąć udziału w pogrzebie córki czy ślubie syna. Została także właściwie skazana na wygnanie, bo zmuszono ją do wyjazdu z Berlina, a na terenie Prus nie można jej było przebywać dłużej niż 24 godziny i za każdym razem, kiedy przekraczała granicę musiała się meldować na policji. Zakaz ten udało jej się w pewnym stopniu obejść kupując majątek Weißwasser (dziś Bílá Voda) na Śląsku austriackim, zaledwie kilkanaście kilometrów od Kamieńca, dzięki czemu nadal mogła doglądać swoich śląskich włości.

Koniuszy grzechu wart

W wieku 40 lat musiała zaczynać więc wszystko od nowa, za to – nareszcie – z ukochanym u swego boku. Bo wbrew temu co mogłoby się wydawać romans królewny i koniuszego nie był przelotną miłostką, chwilą zapomnienia z niefortunnym zakończeniem. Johannes van Rossum (bo o nim mowa) był z pochodzenia Holendrem, co dla Marianny miało sentymentalne znaczenie. Zaniedbywana przez Albrechta, wyobcowana na pruskim dworze, z radością powitała możliwość porozmawiania z kimś „normalnym”, w dodatku w jej ojczystym języku. Ich znajomość przekształciła się w szczerą przyjaźń, a następnie w najprawdziwszą miłość. W międzyczasie mianowała Rossuma osobistym sekretarzem, ale po rozwodzie byli nierozłączni aż do jego śmierci w 1873 roku. Wychowywali razem ich jedynego, wspólnego syna i choć reperkusje porozwodowe utrudniały im życie, Marianna nareszcie czuła się kochana. Zniechęcona do instytucji małżeństwa, a pewnie bardziej do uciążliwego procesu rozwodowego, nigdy nie wyszła ponownie za mąż i otwarcie deklarowała taką „nowoczesną” postawę.

Jako stałą rezydencję obrała pałacyk w rodowym księstwie Nassau (wówczas będącego jeszcze poza granicami Prus). Zamieszkała tam wraz z van Rossumem i synkiem, który niestety w wieku 12 lat zachorował na szkarlatynę i zmarł. W dodatku w samo Boże Narodzenie. Ta tragedia, choć była kolejnym ciosem, nie złamała tej wyjątkowej kobiety; nie zgasiła w niej też życzliwości dla ludzi i otaczającego ją świata. Marianna ostatnie lata swojego życia poświęciła na intensywną działalność charytatywną i pomoc potrzebującym, choć sama zaczęła podupadać na zdrowiu i to ona coraz częściej wymagała opieki. W międzyczasie odszedł jej ukochany. Ona sama przeżyła go w samotności o 10 lat. Odeszła 29 maja 1883. Zgodnie z jej wolą pochowano ją na cmentarzu w Erbach, w jednym grobie z synem i van Rossumem, choć tego ostatniego nie wymieniono na grobowcu. Widnieje na nim natomiast nazwisko byłego małżonka: Albrechta von Hohenzollerna.

Duch Marianny jest stale obecny w miejscach, z którymi była związana. Widać to we wspomnianym Międzygórzu, na szlaku na Śnieżnik czy w słynnym Kamieńcu Ząbkowickim. Tamtejszy pałac był jedną z najwspanialszych neogotyckich rezydencji w Europie Środkowej. Niestety w 1945 roku to czego nie zdołali ukraść żołnierze radzieccy, strawił pożar. Na szczęście w latach 90. XX wieku rozpoczęto odbudowę i renowację pałacu. Dziś jest udostępniony do zwiedzania więc warto wsadzić tam głowę – oczywiście podczas podróży szlakiem Marianny Orańskiej.

Zofia Kociołek-Sztec
Zofia Kociołek-Sztec
Gdyby wypalił jej plan A, dziś byłaby księżną Monako. Plan B zakłada posiadanie pałacu na Dolnym Śląsku, w którym będzie mieszkać i przyjmować gości podając kawę w prawdziwej porcelanie. Póki co nosi replikę pierścionka księżnej Kate, a zamki poznaje jako turystka. Aktualnie funkcjonuje jako królowa-matka małej Wandy. Z zawodu jest PR-owcem. Uwielbia dobre jedzenie, książki (choć najchętniej na okrągło czytałaby „Dumę i uprzedzenie”), galopy na swoim rudym koniu po lesie i weekendowe wypady, podczas których razem z mężem odkrywają niesamowite miejsca w Polsce lub oglądają rekonstrukcje bitew. Życie z nią to nieustanna sinusoida – albo krzyczy albo się śmieje. Jej motto to „ostatni łatwy dzień był wczoraj”.
AUTOR

Polecamy

Szczepionka wyborcza

Anna Godzwon
Anna Godzwon
4 października 2018

Komentarze