Max Factor i Helena Rubinstein – życiorysy pisane szminką

Wyjechali z Polski, by stworzyć piękniejszą kobietę
5 minut czytania
295
1
Martyna Kośka
Martyna Kośka
26 października 2018

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Stworzyli od podstaw kosmetyczne imperia. Zdobyli sławę, bogactwo i sprawili, że twarze aktorów filmowych stały się bardziej naturalne, a cera wolniej się starzeje. Tusz do rzęs Max Factor zna chyba każdy, ale mało kto wie, że twórca marki pochodzi z naszego kraju. Podobnie jak Helena Rubinstein, Żydówka z Kazimierza.

Oboje wyjechali i swoje firmy założyli za Oceanem. Niewielu naszych rodaków na obczyźnie osiągnęło tak wiele, więc szkoda, że Polska w żaden sposób nie przypomina, że korzenie Heleny i Maxa są właśnie tu. Przed kilkoma laty władze Łodzi chciały, by Max Factor patronował jednej z ulic, ale jego potomkowie nie byli zainteresowani współpraca i temat „umarł”.

Duszna atmosfera Cesarstwa Rosyjskiego

Wiele dni spędzonych na morzu, ścisk, być może ataki choroby morskiej. I wreszcie jest, majaczy na horyzoncie. Widok Statui Wolności był nagrodą za te wszystkie niedogodności i zapowiedzą lepszego życia niż to, które człowiek zostawił za sobą w Starym Świecie. Choć rzeczywistość potrafiła rozczarować.
Na nowy początek zdecydował się w 1904 r. Maksymilian Faktorowicz, urodzony w 1872 r. w Zduńskiej Woli pod Łodzią. Jako że pochodził z rodziny wielodzietnej, imał się różnych prac, by zasilić rodzinny budżet.  Największy wpływ na to, czym któregoś dnia zajmie się w Ameryce, była nauka u znanego w okolicy perukarza. W jego pracowni chłopiec dowiedział się wiele nie tylko o perukach, ale też kosmetykach, włosach i pielęgnacji urody. W wieku 20 lat otworzył w dalekiej Miskwie własny sklep drogeryjno-perukarski.. Ponadto zajmował się charakteryzacją aktorów Cesarskiego Teatru Imperialnego. Musiał być w tym naprawdę dobry, skoro zdarzyło mu się malować samego cara Mikołaja II.

Do wyjazdu na inny kontynent nie zmusiła Maksymiliana sytuacja materialna, bo ta sfera jego życia układała się naprawdę dobrze, lecz coraz bardziej widoczne i w Rosji, i w Królestwie Polskim nastroje antyżydowskie. Coraz częściej dochodziło do pogromów, Żydzi byli jawnie dyskryminowali.
Nie od razu udało mu się uzyskać konieczną zgodę na wyjazd. W udzielanych po latach wywiadach opowiadał, że pomoc uzyskał od generała carskiej armii, który umożliwił mu wyjazd do sanatorium w Karlowych Warach. Tam łatwiej było „stać się niewidzialnym” – i legalnie wyjechać.

Aktorzy w maskach

Tym sposobem Maksymilian (który wskutek błędnego zapisania nazwiska przez urzędnika amerykańskiego stał się Maxem Factorem) wraz z rodziną znalazł się w Nowym Jorku. Miasto było celem większości emigrantów, lecz dla Maxa stanowił tyllko krótki przystanek. Od razu skierował się do St. Louis, gdzie mieszkała jego rodzina. Prawdziwym domem stało się dlań jednak Los Angeles (od 1908 r.), w którym prowadził salon fryzjerski oraz zapoznawał się z prawidłami rządzącymi rodzącym się dopiero światem filmowym. Obserwował chodzących po ulicach aktorów i miał jak najgorsze zdanie o ich charakteryzacji, która świetnie sprawdzała się w teatrze, ale już nie w filmie. Ówczesne kosmetyki tworzyły na twarzach ciężkie, nienaturalne maski. Ani to ładne, ani wygodne, a co dla aktora najgorsze – utrudniało mimikę sceniczną.

W międzyczasie założył firmę, która przeżyła go o wiele dekad. Ale po kolei.

Nawet takiemu przystojniakowi jak Valentino potrzebny był makijaż

W 1914 r. jego laboratorium opracowało formułę podkładu w kremie o płynnej konsystencji. Zapakowany został w tubkę. Nowość była podwójna: dzięki kremowej formule możliwe stało się nałożenie cienkiej i równej warstwy makijażu, a zamknięcie jej w tubce pozwalało na zachowanie większej higieny. Max Factor od samego początku rozumiał też, że twarz ludzka nie jest jakimś tworem uniwersalnym, a więc różnym odbiorcom trzeba zaproponować różne kosmetyki. Stworzył aż 12 różnych odcieni przełomowego podkładu.

I studia filmowe, i klientki niezwiązane ze światem filmowym pokochały wynalazek Polaka. Zresztą nie tylko kobiety. W pierwszy latach kina intensywnie malowali się również mężczyźni (kto nie wierzy, niech znajdzie w internecie zdjęcia Eugeniusza Bodo z bardzo mocno podkreślonymi oczami). Chętnie do salonu Factora wpadał na przykład Charlie Chaplin, ale zabawna historia wiąże się z pochodzącym z Wlłoch Rudolfem Valentino, który nie zawsze był filmowym amantem.

Ubolewał on nad tym, że grał najczęściej rolach rzezimieszków i łotrów.

– Domyślam się, że obsadzają mnie w roli złoczyńców z powodu ciemnej karnacji i nieco egzotycznego wyglądu. Zasmucało mnie to, bo zdawałem sobie sprawę, że taki ciężki typ ma małe szanse na zdobycie najbardziej zyskownych i pożądanych ról w filmach- wspominał aktor w swojej autobiografii.
Z myślą o Valentino, Max Factor stworzył podkład w odcieniu ciemnej żółci – a dzięki zamaskowaniu niedoskonałości (np. blizn) i uwypukleniu tego, co we Włochu najprzystojniejsze, przyczynił się do stworzenia z niego bożyszcze ówczesnego świata.

Niespodziewana nagroda Akademii

Firma bardzo szybko się rozrastała i oferowała swoje produkty także poza granicami Stanów Zjednoczonych. Z nowoczesnego laboratorium wychodziły coraz to bardziej ulepszone pudry, róże, cienie do powiek, szminki. Max Factor był nie tylko biznesmenem, lecz również nieustannie testował swoje produkty. Profesjonalnie zajmował się charakteryzacją aktorów. Malował największe gwiazdy tamtych czasów, np. Rithę Hayworth, Gretę Garbo, Elizabeth Taylor czy Polę Negri. Niech dowodem jego kunsztu będzie przyznany mu w 1929 otrzymał Oscar – właśnie ten moment uznaje się za powstanie prawdziwej, profesjonalnej charakteryzacji filmowej. Do historii kina przeszła metamorfoza, jakiej poddał aktora Borisa Karlofa, grającego Frankensteina.

Co ciekawe, Oscary za najlepszą charakteryzacją stały się kategorią konkursową dopiero w 1981 r., więc uhonorowanie Factora świadczy o tym, że jego zasługi dla świata filmu były tak duże, że nprawdę nie można było nie nagrodzić go za pracę. On sam w późniejszych wywiadach podkreślał, że gala z 1929 r. była najszczęśliwszym momentem jego życia.

Wkrótce jego produkty mogli nabyć klienci w 80 krajach całego świata. Proponowane przezeń nowinki momentalnie zdobywały popularność i serca kupujących. Imperium kosmetyczne rosło w siłę. Dobrą passę przerwała śmierć założyciela w 1938 r. Zginął w wypadku samochodowym.

Firmę przejął jego syn Francis, który ze względów marketingowych zmienił imię na Max. W dalszym ciągu rozwijała się dobrze i wyznaczała nowe trendy w makijażu.

W roku 1991 markę „Max Factor” kupił amerykański koncern Procter & Gamble. W 2016 r. odkupił ją koncert Coty.

„Piękniejsza historia” Heleny

Marzenia Chaji o wielkim świecie też zaczęły się na statku, ale popłynęła znacznie dalej niż Maksymilian Faktorowicz – bo aż do Australii. Poza tym, że oboje byli Żydami, niewiele wątków biograficznych ich łączyło. Chaja pochodziła z bardzo biednej rodziny. W kilkanaście osób zajmowali dwa niewielkie pomieszczenia w kamienicy przy ulicy Szerokiej w Krakowie. Zarobki ojca, hanlarza naftą, ledwo starczały na wykarmienie gromady dzieci. Matka zajmowała się domem.

To prawda, o której nikt nie miał się dowiedzieć. Niepodobna, by Helena Rubinstein, kreatorka stylu, która „sprzedawała piękno w kilkudziesięciu krajach świata, pochodziła z ciasnej izby i donaszać ubrań po innych dzieciach.

– Urodziłam się w Dzień Bożego Narodzenia 1872 roku w Krakowie, w dużym domu przy placu rynkowym, nieopodal Uniwersytetu Jagiellońskiego – opowiadała o sobie.

– Ładna historia jest więcej warta, niż prawda – mawiała. Dotyczyło to również opowieści o sobie samej.

Te opowieści brzmią na tyle wiarygodnie, że nikt przez lata nie poddaje ich w wątpliwość. To zresztą nie było trudne, bo jako młoda dziewczyna wyjechała z kraju i sama zaczęła kształtować swoje życie. Powodem wyjazdu była miłość – z rodzaju tych, które nie miewają szczęśliwego zakończenia. Wybranek Chaji był studentem medycyny, na domiar złego gojem. Ortodoksyjna rodzina Rubinsteinów nie mogła na taki związek wyrazić zgody. Dziewczyna uparła się, że nie wyjdzie za kandydata wskazanego przez swatkę, więc została przez ojca odesłana do ciotki w Wiedniu.

Magiczny specyfik węgierskiego lekarza

Zanim panna Rubinstein w 1889 r. na zawsze opuściła Polskę, zdążyła przesiąknąć naukami matki. Ta powtarzała córkom, że „uroda pomoże im znaleźć męża i utrzymać jego miłość”. Przy pożegnaniu matka miała wsunąć Chaji do torby kilka tubek kremu przygotowanego przez węgierskiego doktora Lykusky’ego i właśnie te kremy któregoś dnia staną się podwalinami pod kosmetyczne imperium.

Zanim jednak do tego dojdzie, Helena udała się w bardzo długą i trudną podróż do Australii. Pod koniec XIX w. kontynent nie miał w sobie nic z dzisiejszej sielanki. To ziemia więźniów zsyłanych tam przez Zjednoczone Królestwo oraz pionierów, którzy każdego dnia walczyli z przeciwnościami, starając się zbudować miejsce dla siebie. Walczyła też Helena, każdego dnia narzekając na suche powietrze i wysokie temperatury.

Zatrudniła się w aptece. Klientki podziwiały jej nawilżoną, zdrową cerę, która była zasługą regularnie używanego kremu (matka dbała, by córce nie zabrakło go na obczyźnie). W głowie Chaji, teraz już Heleny, wykiełkował pomysł na pierwszy biznes.

Paczek z Krakowa przychodziło coraz więcej, ale nie zaspokajały one głodu kremu „Valaze”. Helena skontaktowała się z węgierskim lekarzem, który udostępnił jej recepturę. Zręczna sprzedawczyni otworzyła niewielkie laboratorium, w którym mieszała składniki. Wiedząc, że kupujemy nie tylko produkt, lecz także jego historię, przekonywała, że sekretem specyfiku są dostępne wyłącznie w Europie zioła. W rzeczywistości wszystkie składniki pochodziły z Australii.

Klientek nie zrażała też dość wygórowana cena kremu. To kolejny element sprytnego marketingu – Helena uważała, że dobry kosmetyk nie może kosztować mało, bo nabywcy nie będą mieć poczucia wyjątkowości.

Gdy zamówień było już tak wile, że domowa produkcja nie zaspokajała popytu, przyszły posiłki z odległej Europy. Do Australii przybył doktor Lykuski. W ty czasie Helena dysponowała już takimi środkami, że mogła sobie pozwolić na sprofesjonalizowanie produkcji. Do niedawna sama naklejała etykiety na słoiczkach.

Uspokajający masaż wibratorem

W 1907 r., już jako małżonka podróżnika Edwarda Titusa, wyjechała do Londynu, bo popularność w Australii dawno już przestała jej wystarczać. Francja i Wielka Brytania – to dopiero były wyzwania!

W wieku 36 lat Helena urodziła pierwszego syna, Roya, wkrótce kolejnego Horace. Okryła, że poza smykałką do biznesu, dojrzał w niej instynkt macierzyński. Jej związek nie przetrwał próby czasu. Zniszczyły go romanse męża. Musiało boleć, bo odkąd poznała Edwarda jeszcze w australijskim okresie życia, dzielili nie tylko życie osobiste, ale także zawodowe. To Edward stworzył obraz Heleny jako Madame, był jej najlepszym doradcą i inspiracją.

Niektórzy historycy są zdania, że to właśnie Żydówka z Kazimierza stworzyła pierwsze nowoczesne spa. Teatrem wydarzeń był Paryż – miasto, które miało w swej ofercie wszystko, kto więc chciał trwale zaistnieć, musiał zaoferować coś niezwykłego. W swoim salonie urody nazwanym, jak że by inaczej, „Valaze” Helena oferowała więc masaż, ale poza klasycznym dostępny był także taki wykonywany z użyciem wibratora. To nie żart. Na początku XX wieku lekarze zalecali wibratory kobietom cierpiącym na histerię, powodowaną seksualnym niespełnieniem. W ofercie „Valaze” była także elektroliza i brzmiąca już znacznie mniej kontrowersyjnie hydroterapia.

Co ciekawe, Helena sama nigdy nie korzystała z usług swoich salonów, gdyż uznawała, że najlepszym eliksirem młodości jest jej praca i intensywny tryb życia.

Paryż to za mało

Jej popularność w stolicy Francji rosła. W niczym nie przypominała już zagubionej Chaji z Krakowa, która musiała uciekać w obliczu niespełnionej miłości. Stała się wytworną kobietą, której styl ubierania naśladowały inne kobiety. Zapraszana na salony, przyjaźniła się z wybitnymi artystami epoki, którzy chętnie uwieczniali ją na obrazach. Sama też zbierała dzieła sztuki i chętnie prezentowała w swoich apartamentach. Jej mieszkania pełne były przypadkowo zestawionych ze sobą tkanin, płócien, dodatków, eleganckich mebli. Podobno nie miała, o ironio, wyczucia gustu, ale była świetną biznesmenką i zebrana przez nią kolekcje po latach osiągnęły wysoką wartość.

Pomimo osiągniętego we Francji sukcesu, nadal osobiście dogląda kolejnych etapów produkcji kosmetyków z serii „Valaze”. Linia rozrastała się, tak że w jej skład wchodziły krem na dzień, krem na noc, pierwsza maseczka przeciwtrądzikowa oraz toniki ściągające i pobudzające.

Po jakimś czasie doszła do wniosku, że na Starym Kontynencie osiągnęła już wszystko i czas zmierzyć się z kolejnym rynkiem – Stanami Zjednoczonymi. Prowadzenie interesów zostawiła siostrze, a sama wyruszyła w kolejną podróż. Wyjazd zbiegł się w czasie z wybuchem pierwszej wojny światowej.

Właśnie z osobą Heleny wiąże się jeden z ciekawszych sporów prowadzonych w świecie mody i urody. Rubinstein, która szturmem zdobywa zainteresowanie amerykańskich klientek, musi zmierzyć się z inną ambitną cesarzową kosmetyków: Elizabeth Arden. Na szczęście rynek amerykański był ogromny i przepływały przez niego wielkie pieniądze, więc było miejsce dla każdego producenta, który rozumiał potrzeby kobiet. Helena rozumiała bardzo dobrze – wiedziała, że kobiety potrzebują luksusu, nawet gdy na co dzień prowadza skromne życie i kupno sygnowanego przezeń kremu czy pudru znacząco uszczupla ich oszczędności. Jednocześnie taka markowa tubka bardzo podnosiła ich samoocenę i sprawiała, że każda kobieta czuła się jak gwiazda – a to bardzo nakręcało sprzedaż.

O ile panie skutecznie rywalizowały na polu zawodowym, to na prywatnym tryumfowała Arden. Choć Helena wiele zrobiła, by ratować małżeństwo, nie udało jej się powstrzymać Titusa przed tym, by najpierw rozpoczął pracę jako menadżer w firmie Elizabeth, a później… stał się jej mężem.

Helena nie rozpaczała. Wróciła do Paryża i dwa lata po rozwodzie (czyli w 1938 r.) wyszła za mąż za młodszego od niej o 15 lat gruzińskiego księcia Achilę Gourielli.

Tak nadszedł straszny rok 1939.

Powojenna odbudowa imperium

Przed wydarzeniami wojennymi Helena uciekła do Nowego Jorku. Wykorzystując wpływy i pieniądze, próbowała pomóc rodzinie w Krakowie. Bezskutecznie. Woja zabrała przede wszystkim najbliższych, ale także działające w Europie salony piękności, sklepy i fabryki. Nie zraziło jej to – jako siedemdziesięcioletnia kobieta postanowiła po prostu na nowo budować swoją pozycję we Francji.

Potrzeba zachowania urody po czasach wojennych niedoborów musiała być na całym świecie ogromna – w 1950 roku jej koncern liczy 154 fabryki i 32 instytuty na całym globie.

Na ten właśnie rok przypadła premiera nowatorskiego specyfiku dogłębnie oczyszczający pory – „Deep Cleanser”. W 1954 roku wprowadziła na rynek pierwszy kosmetyk mający w składzie witaminy – „Lanolin Vitamin Formula”. Stąd już tylko krok do tego, by jej firma stała się największym koncernem kosmetycznym w Europie. Laur pierwszeństwa przypadł jej w 1955 r.

A w życiu prywatnym? W połowie lat 50. zmarł – książę Gourielli. Dla osiemdziesięciolatki nie oznaczało to dostojnej wdowiej emerytury, gdyż wkrótce związała się z młodszy o pół wieku kochankiem.

Swoim imperium zarządzała do ostatnich dni życia. Gdy była już za słaba, by pojawiać się w biurze, wydawała dyspozycje z łóżka.

Zmarła 1 kwietnia 1965 roku w wieku 95 lat. Jej imperium, będące uosobieniem „amerykańskiego snu” – bo mające swój początek w przysłowiowym garażu – nadal doskonale prosperuje na rynku. Helena, biedna Żydówka z Kazimierza, stworzyła je sama na bazie jednego, prostego kremu. Jeśli ktokolwiek ma wątpliwości co do tego, czy ciężka praca i konsekwencja przynoszą rezultaty, to historia jej życia jest dowodem, że źródła sukcesu leżą w nas samych.

Martyna Kośka
Martyna Kośka
U progu dorosłości marzyła o uporządkowanym życiu i oglądaniu miasta z wysokiego piętra przeszklonego wieżowca, więc ukończyła prawo. Nie zdążyła jednak zastukać obcasami na korytarzu sądowym, bo przekonała się, że znacznie ciekawszy świat czeka na mnie gdzie indziej.
Jest dziennikarzem gospodarczym, jej analizy można przeczytać w kilku popularnych serwisach finansowych - ale po godzinach pracy praktycznie nie używa słów typu "inflacja", "nowelizacja" i "jurysdykcja krajowa", lecz pisze dużo bardziej reportażowo, życiowo.
Czyta reportaże, ogląda polskie dramaty obyczajowe, wybiera schody zamiast windy.
AUTOR

Polecamy

Szczepionka wyborcza

Anna Godzwon
Anna Godzwon
4 października 2018

Komentarze