Gwiazda Queen rozbłyśnie raz jeszcze

5 minut czytania
288
0
Gosia Nowakowska
Gosia Nowakowska
7 listopada 2018

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Internauci żartują, że to jeden z niewielu filmów, o którym z góry wiadomo, że będzie miał rewelacyjną ścieżkę dźwiękową. „Bohemian Rhapsody”, bo o nim mowa, wszedł na ekrany polskich kin 2 listopada 2018 roku, a opowiada o zespole Queen. „Jedyna rzecz bardziej niesamowita niż ich muzyka, to jego historia” – głosi oficjalny trailer. I już wiadomo, kto będzie głównym bohaterem tej opowieści. Zresztą, czy ktoś kiedykolwiek miał wątpliwości?

Serce królowej

Choć Freddie Mercury wzbraniał się przed określaniem siebie jako lidera, nie byłoby takiego Queen, jakie znamy (zresztą prawdopodobnie nie byłoby żadnego, bo to Mercury jest autorem nazwy), nie byłoby spektakularnego sukcesu i piosenek, które nie cichną na wszelakich częstotliwościach radiowych po dziś dzień, gdyby pewnego dnia nie dołączył on do zespołu. Nie byłoby legendy, jaką niewątpliwie ten zespół się stał. Choć pozostałym muzykom nie można odmówić umiejętności i zaangażowania – oni również mieli swój udział w pisaniu tekstów i komponowaniu muzyki, w niektórych utworach łapali nawet za mikrofon, tworzą i grają zresztą do dziś – to Freddie swoim talentem, barwną osobowością, charyzmą sceniczną i muzycznym wizjonerstwem wpłynął w największym stopniu na popularność i rozpoznawalność Queen. A przy tym i swoją. Kolorowy ptak i skandalista, wielbiciel życia, któremu za jego hulaszczy styl przyszło zapłacić najwyższą cenę. Możesz przełączać radio, gdy leci Queen, ale nie wiedzieć, kim był Freddie Mercury, to jednak trochę obciach.

Egzotyczne początki

Naprawdę nazywał się Farrokh Bulsara. Przyszedł na świat 5 września 1946 roku w Stone Town w Zanzibarze, który wówczas był kolonią brytyjską, w rodzinie wyznającej zaratusztrianizm. Początkowo uczęszczał do szkoły prowadzonej przez brytyjskie zakonnice, następnie wysłany został do dużej brytyjskiej szkoły z internatem w Indiach. To tam prawdopodobnie zaczęto nazywać go Freddie. Wykazujący już wtedy talent muzyczny Farrokh rozpoczął w owym czasie naukę gry na fortepianie, współtworzył też zespół The Hectics. Na Zanzibar powrócił w 1963 roku, nie na długo jednak. Wybuch wojny domowej skłonił rodzinę Bulsarów do wyjazdu do Anglii w 1964 roku. W nowej rzeczywistości Freddie odnalazł się dobrze – ukończył studia na wydziale grafiki oraz podejmował się różnorodnych prac zarobkowych. W college’u poznawał wiele muzykujących osób. Sam próbował swoich sił w zespołach Ibex oraz Sour Milk Sea, ale dopiero dołączenie do grupy Smile miało przynieść mu sukces. Albo to on miał go przynieść grupie.

Uśmiech królowej

Zespół Smile tworzyli Brian May, Roger Taylor oraz Tim Staffel. Ten ostatni opuścił grupę w 1970 roku, argumentując swoją decyzję brakiem jej rozwoju. Freddie znał zespół już wcześniej, cenił ich muzykę, chadzał na koncerty, bywał doradcą. Teraz nadarzyła się okazja, aby nawiązać z nim współpracę. Freddie przekonał porzuconą dwójkę muzyków, że włączenie go do zespołu, to najlepsze, co może ich spotkać, namówił ich też na zmianę nazwy formacji oraz – jako dyplomowany grafik – zaprojektował jej logo. Po okresie przejściowym, kiedy w zespole grało kilku różnych gitarzystów basowych, w 1971 roku na stałe dołączył doń John Deacon. W ten sposób uformował się kształt Queen, jaki zapisał się w historii muzyki rockowej złotymi literami.

Napis “Queen”, który znalazł się na okładce pierwszego albumu; autorstwa Freddiego Mercurego

Dbający o swój wizerunek Freddie niedługo potem oficjalnie zmienił nazwisko z Bulsara na Mercury. Nowe, kojarzące się z rzymskim bogiem, miało lepiej pasować do gwiazdy muzyki, którą Freddie zamierzał się stać. O wymyślonej przez siebie nazwie zespołu mówił natomiast: „To tylko nazwa, ale jest królewska i brzmi wspaniale. Lubię otaczać się wspaniałymi rzeczami”. Nie wiadomo, na ile celowe było wywołanie nazwą skojarzeń ze środowiskiem gejowskim, w którego slangu „królowa” oznacza ekstrawaganckiego, bądź zniewieściałego homoseksualistę. Nie ulega natomiast wątpliwości, że Freddie do owego środowiska należał.

Urodzona gwiazda

Mercury nigdy nie przeszedł profesjonalnego treningu wokalnego. W dzieciństwie wprawdzie kształcił się muzycznie, jednak pod kątem gry na fortepianie, nie wokalu. Dysponował czterooktawowym głosem, zdolnym zaśpiewać nawet najtrudniejsze partie operowe, co zresztą uczynił na płycie „Barcelona” nagranej z katalońską śpiewaczką operową, jego późniejszą przyjaciółką, Montserrat Caballe. Tymczasem próbował swoich sił w niedawno przekształconym zespole. Początki nie zapowiadały światowego sukcesu. Pierwszy album powstał w studio nagraniowym, w przerwach pomiędzy pracami innych zespołów, a pierwsza trasa koncertowa odbyła się w ramach supportu. Podczas drugiej, promującej kolejną płytę, Queen byli już główną gwiazdą koncertów, zaczęli dawać też występy zagraniczne. Przełom jednak dopiero miał nastąpić. Dotychczasową muzykę współtworzoną przez Mercury’ego, Maya, Taylora i Deacona określić można jako rock progresywny. Na kolejnym albumie, „Sheer Heart Attack” muzycy zdecydowali się umieścić lżejsze i łatwiejsze w odbiorze brzmienia. I to był strzał w dziesiątkę. W 1975 roku powstał czwarty album grupy „A Night at the Opera”, który charakteryzowała jeszcze większa różnorodność stylów i eksperymentowanie z dźwiękami, niż poprzedni. Jednym z singli promujących ten album było właśnie…

Freddy Mercury – Licencja CC0

Bohemian Rhapsody

Gwiazda Queen dopiero miała rozbłysnąć, ale prawdopodobnie nigdy później nie stworzyli już niczego lepszego, niż ten utwór. Ballada rockowa, w całości autorstwa Freddiego, uznawana jest dziś za opus magnum grupy. Jej sukces nie był jednak od początku oczywisty. Wytwórnia płytowa oraz menadżer zespołu próbowali odwieść jego członków od wydawania piosenki w formie singla, argumentując swoje stanowisko tym, że utwór, trwający nieomal 6 minut, jest zbyt długi, aby stać się hitem. Proponowano edycję, mającą na celu skrócenie go. Muzycy jednak dopięli swego – „Bohemian Rhapsody” poszło w świat w dokładnie takiej formie, w jakiej powstało i… trafiło na pierwsze miejsca brytyjskich list przebojów. Ciekawostką jest, że nakręcony do utworu teledysk jest pierwszym wyreżyserowanym filmem promującym utwór muzyczny.

Freddie prywatnie

Postaci Mercury’ego nie można odmówić ekscentryzmu. Na koncertach pojawiał się w barwnych, oryginalnie skrojonych strojach, które nierzadko sam projektował. Nie stronił od makijażu, malował również paznokcie. Otwarcie przyznawał się do swojego biseksualizmu, choć czasem określał siebie jako homoseksualistę. Nie krył się też zanadto z faktem posiadania wielu kochanków, czy kochanek, co zresztą najprawdopodobniej doprowadziło do zarażenia wirusem HIV, a później do śmierci artysty. Przez kilka lat związany był z Mary Austin, jednak relacja rozpadła się z powodu licznych zdrad Freddiego. Mimo to, pozostali z Mary bliskimi przyjaciółmi, a Mercury w wywiadach wyznawał, że jest ona prawdziwą miłością jego życia. W 1985 roku rozpoczął się, trwający do śmierci wokalisty, związek Freddiego z irlandzkim fryzjerem Jimem Huttonem.

Freddie Mercury uwielbiał koty, dając temu wyraz również w swojej muzyce – jeden z utworów na płycie Queen „Innuendo” nosi tytuł „Delilah” na cześć jednej z kotek artysty. Podobno często dzwonił z tras koncertowych do domu, aby pomówić przez słuchawkę do swoich kotów. Do historii przeszły imprezy wyprawiane przez muzyka, charakteryzujące się rozmachem i niedbałością o koszty. Zapis jednej z nich zobaczyć można w teledysku do utworu „Living on My Own” z solowej płyty Freddiego „Mr Bad Guy”. Mercury trwonił również majątek na drogie prezenty dla kochanych przez siebie osób. Był właścicielem wielu domów i apartamentów, kolekcjonował antyki i ozdoby kupione w Japonii, której kulturą był zafascynowany.

Pomimo życia na świeczniku, chorobę, wykrytą prawdopodobnie w 1987 roku Mercury ukrywał przed światem, chcąc chronić swoją prywatność. Przyznał się do niej, w oficjalnym oświadczeniu, dopiero na dzień przed śmiercią. Fanom jednak od dawna nietrudno było zauważyć zły stan muzyka, który wychudł, pojawiające się na ciele mięsaki Kaposiego starał się ukrywać pod grubym makijażem oraz zarostem, zaprzestał też koncertowania.

Zmierzch królowej

Freddie Mercury zmarł 24 listopada 1991 roku na grzybicze zapalenie płuc, spowodowane osłabieniem odporności wywołanym AIDS, z którą to chorobą zmagał się od kilku lat. „Nawet gdyby przyszło mi umrzeć jutro, nic mnie to nie obchodzi. Spróbowałem wszystkiego” – rzekł niegdyś Freddie. Nie da się mu odmówić prawdziwości drugiego członu tej wypowiedzi – wiódł z pewnością bogate, pełne wrażeń życie. Jednakowoż dość krótkie – zmarł w wieku 45 lat. Kto wie, co jeszcze przyniósłby światu muzyki i kultury, gdyby jego ziemska ścieżka nie urwała się w tamtym momencie.

Zespół Queen istnieje po dziś dzień, choć okrojony w składzie, bo poza zmarłym Mercurym, w 1995 roku zespół opuścił John Deacon. Brian May oraz Roger Taylor realizują obecnie projekt Queen+, koncertując z zaproszonymi do współpracy muzykami, niebędącymi oficjalnie członkami zespołu. Od 2012 roku koncerty odbywają się pod szyldem „Queen + Adam Lambert”. Sam Freddie zaś ożyje na chwilę na ekranach kin, grany przez Rami’ego Malek’a. Przed aktorem stanęło ogromne wyzwanie, wcielić się w tak charakterystyczną i rozpoznawalną na świecie gwiazdę z pewnością nie było łatwo. Czy wywiązał się z tego zadania?

Gosia Nowakowska
Gosia Nowakowska
Z wykształcenia pedagog, z zamiłowania człowiek gór, o których bloguje na Rudazwyboru.pl. Trochę pisze, trochę biega, trochę się wspina, ale - nie oszukujmy się - marzy o tym, by móc całymi dniami oglądać seriale. Po trzydziestce stara się być po prostu sobą, cokolwiek miałoby to znaczyć.
AUTOR

Polecamy

Komentarze