Filmowy rok należał do Polaków i streamingu – podsumowanie 2018

Na naszych oczach tworzy się historia
8 minut czytania
272
0
Robert Skowroński
Robert Skowroński
29 grudnia 2018

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Napisać, że ostatnie 12 miesięcy w świecie filmu było pełne emocji i zmian, to tak jakby napisać, że niebo jest niebieskie lub coś równie trywialnego. Z tym że to najszczersza prawda, bo na naszych oczach zmieniają się losy kina, zarówno tego globalnego, ale przecież i polskiego.

No właśnie, kino. Co prawda wróżenie kresu tradycyjnego oglądania filmów i przerzucenia się z niego wyłącznie na serwisy streamingowe, byłoby dość lekkomyślne i należałoby to uznać za nadużycie, ale coś jest na rzeczy. Od dobrych kilku lat mówi się o rozwoju platform VOD i ich stopniowym rośnięciu w jeszcze większą siłę, ale rok 2018 przeniósł kilka przełomowych momentów dla stremingu.

Netflix w natarciu

W mijających 12 miesiącach padł rekord. Jeszcze nigdy wcześniej w historii amerykańskiej telewizji nie powstało tak wiele seriali i programów ze scenariuszem. Dzięki badaniom przeprowadzonym przez FX Network Reaserch ustalono, że w 2018 roku stworzono 495 produkcji przeznaczonych na potrzeby telewizji i serwisów streamingowych. To wynik wyższy o 8 oczek w stosunku do ubiegłego roku. W tej liczbie zawierają się także te pozycje, które powstały wyłącznie na potrzeby platform VOD. Było ich w sumie 160, czyli o 43 tytuły więcej niż rok temu.

Liczby mówią same za siebie, a taki Netflix ma jeszcze bardziej ambitne plany. Decydenci od czerwonego „N” mówią o tym, że zamierzają dostarczać nawet do 90 nowych tytułów filmowych rocznie (w tym 55 fabularnych pełnych metraży plus około 35 innych dzieł, będących dokumentami lub animacjami). O tym, jak bardzo jest to przełomowa decyzja wpływająca na sposób odbioru filmów, niech posłuży fakt, że wiodące hollywoodzkie studia wprowadzają na rynek znacznie mniej pozycji. Universal dostarcza rocznie około 30 swoich tytułów, w przypadku Warner Bros. były to 23 dzieła w 2018 roku, zaś Disney dał nam tylko 9 filmów.

Decyzja zrozumiała, bo słupki nie kłamią. Netfliksowa „Kronika świąteczna” z Kurtem Russellem przyciągnęła tylu odbiorców ile jeszcze żaden inny film ze wspomnianym aktorem, nawet za czasów jego największej świetności. Serwis angażuje też coraz większe nazwiska. Dość wspomnieć, że właśnie dla giganta streamingu swój nowy film robi m.in. Martin Scorsese, twórca do tej pory ściśle związany z kinem. Ponadto po przepychankach w Cannes platforma zatriumfowała na innym prestiżowym festiwalu, gdyż w Wenecji Złotego Lwa zdobyła „Roma”. Dzieło Alfonso Cuaróna było co prawda dystrybuowane w kinach, ale to jednak streamingowy gigant jest głównym dostawcą obrazu.

„Zimna wojna”, gorąca atmosfera

Film meksykańskiego reżysera ma też spore szanse na zwycięstwo w kategorii Film nieanglojęzyczny podczas gali wręczenia Złotych Globów i Oscarów. W pierwszym wypadku już ma nominację, a co do nagród Akademii, to jest to tylko kwestią czasu. Możliwe też, że w wyścigu o złotą statuetkę „Roma” stanie do walki z naszą „Zimną wojną”. Tu dochodzimy do punktu, w którym należy jasno stwierdzić, że był to wprost fenomenalny rok dla polskiego kina.

O tylu sukcesach ostatnio mogliśmy mówić za czasów Wajdy czy Kieślowskiego, no i „Idy” rzecz jasna. Być może Paweł Pawlikowski doczeka się już drugiej oscarowej nominacji, a może nawet i zwycięstwa (choć tu lepiej zachować lekki dystans). A nawet jeśli nie, to ma już przecież Złotą Palmę za reżyserię w Cannes, szereg nagród od Europejskiej Akademii Filmowej, gdyńskiego Złotego Lwa, świetną prasę w światowych mediach i dozgonną wdzięczność Polaków za to, że sprawił iż rodzime kino ponownie jest wielkie. To też dzięki niemu Tomasz Kot i Joanna Kulig mają realne szanse na zrobienie międzynarodowej kariery. Wpierw canneński przytulas od Julianne Moore, który otrzymała Asia, a teraz okładka francuskiego „Elle”, zagraniczne wywiady. I tylko serce rośnie na myśl o tym, co będzie dalej.

Zresztą w ostatnim czasie swoje 5 minut miał także Rafał Zawierucha, nasz człowiek w Hollywood. Aktor już w przyszłym roku objawi nam się na ekranie obok Brada Pitta, Leonardo DiCaprio i Margot Robbie jako Roman Polański w nowym filmie Quentina Tarantino. Ciężko na dany moment stwierdzić jak duża, i na ile udana, to będzie rola, ale emocje wzbudza już. Zawierucha, z typową dla siebie bucznością, ostrzy sobie zęby na dalsze podbijanie Fabryki Snów i oby mu się udało.

Smarzowski ustanawia rekord

Niemal co tydzień informowano o kolejnych frekwencyjnych rekordach, które pobił „Kler”. Z końcem roku filmowi Wojtka Smarzowskiego można przypisać jeszcze jedną zasługę. To temu obrazowi zawdzięczamy najwyższą do tej pory liczbę widzów w polskich kinach. „Kler” był ważny od samego początku. Nie tylko obnażał machlojki wewnątrz Kościoła, ale zmuszał też do dyskusji. Ta na początku przybierała formę krzyku, ale gdzieś w tym chaosie w końcu wyklarowała się próba rozmowy, a nawet działania. Film wpłynął na rzeczywistość, a to ogromna potęga.

Oficjalny wynik działa Smarzowskiego wynosi 5 171 741 sprzedanych biletów. Film jest najchętniej oglądanym w polskiej kinematografii XXI wieku, wyprzedzają go tylko „Ogniem i mieczem” oraz „Pan Tadeusz”, ale to filmy, które weszły do dystrybucji w 1999 roku i miały ułatwienie w postaci wycieczek szkolnych. Ogólnie w 2018 roku na polskich salach kinowych zgromadziło się 56 907 370 widzów (wynik po weekendzie 14-16 grudnia). W porównaniu do ubiegłego roku frekwencja jest wyższa o ponad 320 tysięcy odbiorców.

Streaming a sprawa polska

Wspomniana ekspansja Netfliksa rozszerzyła się także na Polskę. Po tym, jak platforma zrealizowała swoje oryginalne produkcje na rynku niemieckim czy duńskim, wkroczyła też pewnym krokiem do kraju nad Wisłą, czego efektem „1983”. Gorzej, że sam serial nie zachwycił. Oczekiwania były duże, tym bardziej, że za kamerą stanęła m.in. Agnieszka Holland, która przecież potrafi bardzo dobrze odnaleźć się w serialowej formie. Pozostał jednak niedosyt i spływająca wolno po policzku pojedyncza łza zawodu. Zbyt duża ilość bohaterów niepotrzebnie gmatwa fabułę, scenariusz klejony gdzieniegdzie na ślinę zwyczajnie się rozlatuje. No i jeszcze te dialogi wołające o pomstę do nieba, a które rzutują jednocześnie na grę aktorską. Nie udało się, ale to wciąż ważny punkt na mapie 2018 roku, bo nie jesteśmy już w światowym tyle i także mamy swój serial na Netfliksie.

Dużo lepiej wypadło „Ślepnąc od świateł” od HBO Polska, mój odcinkowy faworyt mijającego roku. Tylko po co o tym wspominać, skoro stacja zrealizowała już wcześniej kilka własnych produkcji w Polsce? Otóż historia dilera narkotykowego oparta na książce Jakuba Żulczyka została zauważona na świecie. „Ślepnąc od świateł” było najchętniej oglądanym serialem stacji w Polsce oraz trzecim najczęściej wyświetlanym w całej Europie Środkowej. Wyżej uplasowały się tylko „Gra o tron” i „Westworld”, ale to sztandarowe produkcje stacji znane na cały świat. Co więcej odcinkowa opowieść w reżyserii Krzysztofa Skoniecznego została umieszczona przez portal Variety na liście najlepszych międzynarodowych produkcji w 2018 roku. Kolejny powód do dumy.

Było o Netfliksie, było o HBO, to jeszcze o Showmaksie, a raczej jego braku. Południowoafrykański koncern Naspers wraz z należącym do niego serwisem Showmax wycofał się z Polski. Nastąpi to dokładnie 31 stycznia 2019 roku po niecałych dwóch latach obecności w naszym kraju. Według wydanego oświadczenia powodem nie są niezadowalające wyniki, a po prostu zmiana strategii firmy. Być może, ale faktem jest, że Showmax nie nadążał w pogoni za Netfliksem i HBO GO, zwłaszcza, gdy drugi z graczy obniżył cenę swojego abonamentu. Szkoda, zwłaszcza, że platforma miała w przeszłości kilka trafionych pomysłów i starała się rozwijać swoją ofertę z myślą stricte o polskim odbiorcy. Z drugiej strony, ruchy konkurencji nie pozostawiały wątpliwości co do tego, kto jest prawdziwym wygranym.

Pożegnanie mistrzów

Tego typu wspominki są domeną portali internetowych w okresie Wszystkich Świętych, ale podsumowując mijający rok nie sposób wspomnieć o odejściu dwóch wielkich twórców stojących po zupełnie różnych stronach kulturowej działki. W wieku 78 lat odszedł włoski reżyser Bernardo Bertolucci. Nie miał on w ostatnim czasie najlepszej prasy ze względu na skandal sprzed lat dotyczący kręcenia „Ostatniego tanga w Paryżu” i tego, jak na planie została potraktowana Maria Schneider. Ostatecznie jednak został zapamiętany jako wielki twórca z nieocenionym dorobkiem.

Zupełnie inną gałęzią rozrywki zajmował się Stan Lee. Kreował wyobraźnię milionów zapraszając ich do swoich wyimaginowanych światów. Był ikoną amerykańskiej popkultury. Jego wpływu na nią nie sposób ocenić. I nawet teraz wciąż będzie miał na nią wpływ. Tylko w 2018 roku swoją premierę miała marvelowska „Czarna pantera”, która okazała się filmem niezwykle ważnym dla afroamerykańskiej społeczności, a „Avengers: Wojna bez granic”, największy superbohaterski crossover, jaki powstał do tej pory, wspiął się na czwartą pozycję najlepiej zarabiających filmów wszech czasów (premiera kolejnej odsłony w przyszłym roku). Lee nie był osobą pozbawioną wad, bo swój sukces budował nie zawsze w pełni etyczny sposób, ale to wciąż prawdziwy bohater o mocy nie mniejszej niż wykreowane przez niego postacie.

Oby nam się

To był naprawdę udany rok, zwłaszcza z perspektywy naszego kraju. Można by było wspomnieć o jeszcze wielu wydarzeniach, jak rekordowym wyniku Koterskiego za sprawą jego „7 uczuć”, ogłoszeniu, że Henry Cavill wcieli się w netfliksowym „Wiedźminie” w Geralta, odejściu Antoniego Krauzego czy Kazimierza Kutza. W kontekście światowym zaś o powrocie z zaświatów Kevina Spaceya, który przełamał swoje ciągnące się od miesięcy milczenie opublikowanym w sieci wideo. Działo się, oj działo.

Na nowy (filmowy) rok pozostaje tylko życzyć, aby 2019 był przynajmniej w połowie tak udany, jak 2018. Już nie mogę się doczekać.

Robert Skowroński
Robert Skowroński
Krytyk filmowy i muzyczny związany niegdyś lub wciąż związany z... długo by wymieniać. Ponadto amator kawy i urban exploringu, który już chyba na zawsze pozostanie niespełnionym perkusistą. Prowadzi profil Trochę kultury.
AUTOR

Polecamy

Komentarze