Nie tylko „Kopernik” – nietypowe muzea, które warto odwiedzić

Kilka muzeów, które zainteresują nawet tych, którzy zarzekali się, że nigdy nie przekroczą ich progu
5 minut czytania
495
0
Martyna Kośka
Martyna Kośka
28 grudnia 2018

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Tak jak lista trudnych i niekiedy zwyczajnie nudnych lektur zniechęciła całe pokolenia do kontaktów z książką, tak muzea, w których za młodu oglądaliśmy przedstawione na rycinach pradzieje danego regionu czy kolekcje monet, niejednemu tak silnie pozostały w pamięci, że wołami nie dadzą się zaciągnąć do miejsca, które ma w nazwie „muzeum”. Trochę szkoda, bo gdyby wiedzieli, że instytucje te coraz częściej nie mają nic wspólnego ze zmurszałymi przybytkami z czasów dzieciństwa, może zrozumieliby, że warto dać im drugą szansę.

Mniej więcej dekadę temu rozpoczął się boom na muzea interaktywne. Szlak przetarło Muzeum Powstania Warszawskiego. Dla nas, przyzwyczajonych do tych okropnych ochraniaczy na buty, to był zupełnie nowy wymiar obcowania z historią: nagrania, filmy, możliwość zrywania kartek z kalendarza. Projektanci takich placówek wychodzą z założenia, że odwiedzający potrzebuje różnorodnych bodźców, a tradycyjna narracja (np. eksponat w gablocie i towarzysząca mu tabliczka informacyjna) nie podtrzyma zainteresowania współczesnego gościa.

fot. Muzeum Warszawy

Ale można też inaczej. Dyrektor Muzeum Historii wyjaśnił, że brak multimediów w kierowanej przez niego placówce to zabieg celowy.

– Im bardziej żyjemy w świecie wirtualnym, tym bardziej ciągnie nas w stronę realnych rzeczy. Młodzi są przyzwyczajeni do multimediów, a urządzenie dotykowe, które ma dwa lata, jest dla nich przestarzałe. Trzeba znaleźć inny sposób, by opowiedzieć o historii – wyjaśnił dr Jarosław Trybuś.

Nie ma co się spierać, który rodzaj jest lepszy. Dobrze, że mamy wybór. A poniżej kilka propozycji, dzięki którym może uda się przekonać do wizyty w muzeum nawet nieprzekonanych.

Woda jest mokra, a poza tym fascynująca

Zacznijmy od miasta, które ma tak wiele do zaoferowania, że solidne zwiedzanie zajmie co najmniej 4 dni. Wrocław nie bez przyczyny nosił w 2016 r. Dumne miano Europejskiej Stolicy Kultury. Poza bardzo dobrą kolekcją Muzeum Narodowego (które przed dwoma laty podbiło serca internautów dzięki bluszczowi, który każdej jesieni wije się po elewacji) i Panoramą Racławicką, którą warto zobaczyć choć raz w życiu, gdyż jest jedynym tego rodzaju obiektem w kraju, zaprasza do otwartego w 2015 r. „Hydropolis”, czyli ultranowoczesnego centrum wiedzy o wodzie.

Hydropolis

💪😀 Zobacz w Hydropolis najnowocześniejszą makietę w Polsce. Makieta wiernie przedstawia centrum Wrocławia za pomocą blisko 11 000 obiektów wykonanych w skali 1:1000. Zapraszamy do Hydropolis❗#winteriscoming

Opublikowany przez Hydropolis Sobota, 15 grudnia 2018

W pierwszej części muzeum („Planeta Wody”) zwiedzający dowiedzą się, skąd na Ziemi wzięła się woda i jakie ma znaczenie dla powstania życia. Po magicznym podwodnym świecie oprowadza nas Krystyna Czubówna.

To był tylko wstęp, bo najlepsze wciąż przed nami. W kolejnej sali, „Głębiny”, wkroczymy do świata podmorskich głębin. Najbardziej przyciągającą uwagę atrakcją jest wierna, bo wykonana w stosunku 1:1, replika batyskafu „Trieste”, który jako pierwszy eksplorował dno Rowu Mariańskiego, czyli najgłębszej części oceanu. Pierwsza penetracja największej depresji świata trwała 9 godzin, a w jej trakcie, w najbardziej krytycznym momencie, ciśnienie wody było tak duże, że możemy je porównać z naciskiem 11 tysięcy ton na metr kwadratowy.

Znalazłam gdzieś informację, że więcej osób stanęło na powierzchni Księżyca niż było na dnie Rowu Mariańskiego, co bardzo obrazowo dowodzi, że niekiedy łatwiej polecieć w kosmos niż poznać planetę, na której mieszkamy.

Zwiedzający sami będą mogli poczuć się jak na misji oceanicznej: dzięki sonarowi eksplorują dno oceanów w poszukiwaniu zatopionych statków, przyjrzą się też zakamarkom podwodnego świata.

Więcej nie zdradzę – a wiele jeszcze zostało do opowiedzenia, bo „Hydropolis” mieści się w zabytkowym budynku (tzw. zbiorniku wody czystej z 1893 roku) i zajmuje powierzchnię 4 tys. mkw. Doskonała zabawa i dla dzieci, i dorosłych.

Tajemniczy posmak zbrodni

Kolejna wrocławska atrakcja przeznaczona jest dla dorosłych o mocnych nerwach. To muzeum, do którego nie wejdziemy z ulicy, ale jeśli akurat będą „drzwi otwarte”, to zwiedzający o mocniejszych nerwach nie powinni się zastanawiać. Mowa o Muzeum Medycyny Sądowej, które działa przy Uniwersytecie Medycznym.

Muzeum Medycyny Sądowej
Muzeum Medycyny Sądowej

„Na każdym kroku w muzeum stykamy się z eksponatami, które u wrażliwego widza mogą wywołać gęsią skórkę. Znajdziemy tu organy zachowane w formalinie, a także narzędzia zbrodni, obiekty związane z pedofilią, rozbite czaszki, liny wisielców” – przeczytamy na stronie internetowej.

To jedyne tego rodzaju muzeum w Polsce. Nie powstałoby, gdyby nie znalezisko, jakiego dokonali polscy naukowcy w powojennym uniwersyteckim budynku. 90 proc. dzisiejszych eksponatów to pozostałość po niemieckim instytucie kryminalistyki. Pozostałe pochodzą z lat powojennych.

– Takie zbiory to relikt mrocznej przeszłości, gdy nikt nie liczył się z prawami pacjenta. Teraz jego powstanie byłoby niemożliwe – przyznają zgodnie pracownicy Katedry Medycy Sądowej. – Nie wolno nam pobierać i przechowywać organów czy szczątków ludzkich, chyba że do celów identyfikacji – wyjaśniała we wrocławskim serwisie informacyjnym Agata Thannhauser, antropolog sądowy.

Niestety, nie jest to regularne muzeum, do którego można wejść w każdej chwili. Przeznaczone jest dla studentów kierunków medycznych, ale co jakiś czas odbywa się otwarte zwiedzanie.

W planach jest otwarcie placówki dla wszystkich. „Zbiory drastyczne” (czyli eksponaty związane z przestępczością seksualną, gwałtami, aborcjami legalnymi i nielegalnymi, seryjnymi zabójstwami) będą przeznaczone wyłącznie dla studentów, ale pozostałe przygotowane będą z myślą nawet o małych dzieciach. Ma być interaktywnie, więc poza gablotami pojawi się np. multimedialna sekcja zwłok. Nie wiadomo jednak, kiedy możemy się tego spodziewać.

Gdy systemy filtrowania wody są dziełem sztuki

Wrocławskie „Hydropolis” to nie jedyne miejsce, które pozwala spojrzeć na coś tak wydawałoby się zwykłego, jak woda, w inny sposób. Warszawiaków nie trzeba przekonywać do odwiedzenia Stacji Filtrów. Niestety, nie mają ku temu wielu okazji, gdyż zwiedzanie odbywa się zaledwie kilka razy do roku, a wejściówki rozchodzą się w kwadrans.

A o co tyle hałasu? XIX-wieczna Warszawa zmagała się z bardzo dużą śmiertelnością wynikającą m.in. epidemii chorób zakaźnych spowodowanych piciem przez ludność zakażonej wody. Doprowadzenie dobrej jakości wody oraz bezpieczne odprowadzenie nieczystości stało się jednym z podstawowych zadań administracji prezydenta miasta Sokratesa Starynkiewicza. Zbudowanie systemu kanalizacji powierzono brytyjskiemu rodowi inżynierów specjalizującym się w budowaniu na całym świecie tego rodzaju instalacji – Lindleyom. Budowa filtrów powolnych (bo w latach 30. XX wieku powstały filtry pospieszne) trwała w latach 1883-1886.

Tym samym Warszawa awansowała do elitarnego grona zaledwie sześciu europejskich miast posiadających wówczas nowoczesny system wodociągowy.

Podstawowym materiałem budowlanym była specjalnie wypalana, odporna na wilgoć cegła. Stosowano także bloki granitowe i z piaskowca. Przez lata Filtry były oczywiście modernizowane i rozbudowywane, ale Lindleyowie tak dobrze zaprojektowali system, że pomimo upływu 130 lat nadal służy do codziennego filtrowania wody (nie ma na świecie innego, który miałby tak długi rodowód).

Swój ślad genialni inżynierowie zostawili również w Łodzi. „Podziemna katedra”, jak nazywają to miejsce Łodzinie, to zbiorniki wody pitnej zaprojektowane na początku XX wieku przez inżyniera Williama Heerleina Lindleya. Zaproponował on władzom Łodzi zbudowanie na ówczesnym najwyższym wzgórzu miasta czterech zbiorników na wodę pitną. Powstała w ten sposób naturalna wieża ciśnień, z której woda spływa do domów położonych poniżej zbiorników.

Pierwsze dwa zbiorniki, każdy o pojemności 15 milionów litrów, powstały w latach 1935–37, natomiast dwa kolejne w latach 1949-53.

A dlaczego „podziemna katedra”? Na sklepienie każdego ze zbiorników składa się 100 kopuł podtrzymywanych przez 81 kolumn. Taki „las kolumn” z ceglanymi łukami i kopułami przywodzi na myśl średniowieczne katedry.

Z racji tego, że zbiorniki są na bieżąco wykoystywane, zwiedzanie odbywa się tylko wtedy, gdy zostają opróżniane w celu preprowazenia konserwacji. Szczęśliwcy, któzy wylosowali wejściówke zapewniają, że warto było czekać, by nacieszyć oczy takim widokiem.

Tu, gdzie Polskę widzieli ostatni raz

Tylko pozornie przenosimy się teraz do muzeum, które nie stawia wody na pierwszym planie. Bo jednak gdyby nie woda – i to ta wielka woda – tysiące ludzi nie przeniosłyby się setki kilometrów od domu w poszukiwaniu miejsca, w którym życie będzie lepsze i łatwiejsze. U celu podróży nierzadko okazywało się, że jest jeszcze trudniej, bo wszystko obce, a na steranych podróżą w trudnych warunkach nikt nie czeka.

Muzeum Emigracji w Gdyni z siedzibą w zabytkowym budynku Dworca Morskiego to jedyne miejsce w kraju, które opowiada o emigracji z ziem polskich od XVII w. do współczesności.

Jak Wam mija czas po świętach? Tym, którzy mogą jeszcze poleniuchować polecamy lektury dostępne od niedawna w naszej księgarni!

Opublikowany przez Muzeum Emigracji w Gdyni Czwartek, 27 grudnia 2018

W budynku urządzono kino studyjne, jest scena dla działań teatralnych, a także archiwum polskich wychodźców. W komputerowej bazie emigranckich dziejów zgromadzone są setki dokumentów, historii i wspomnień.

Są tez pamiątki rodzinne, jak choćby ofiarowana przez Chrisa Niedenthala tekturowa walizeczka, do której jego rodzice spakowali cały majątek, gdy we wrześniu 1939 r. rodzina przekroczyła rumuńską granicę, by dostać się do Francji, a następnie Wielkiej Brytanii.

– Chcemy wiernie przekazać emocje towarzyszące decyzjom o wyjeździe, opuszczaniu najbliższych, porzucaniu dotychczasowego życia i rodzinnego kraju. Będzie to również opowieść o kulisach emigracyjnego biznesu: szlakach transportowych, instytucjach zajmujących się logistyką, ludziach żyjących z organizacji przerzutu emigracyjnych mas. Wreszcie – o porcie jako węźle całego systemu transportowego oraz warunkach, w jakich do innego świata podróżowali rodacy. To opowieść, która dotyczy każdego z nas – czytamy na stronie muzeum.

I pewnie właśnie dlatego zwiedzający spędzają w muzeum nawet cztery godziny, a wychodząc, mają poczucie, że wiele jeszcze zostało niedopowiedziane i warto wrócić.

Trójmiasto w ogóle może się pochwalić placówkami muzealnymi wysokiej klasy. Dobrze zaprojektowane budynki, do tego przemyślane wystawy, spójna narracja – to charakteryzuje Europejskiej Centrum Solidarności na terenie Stoczni Gdańskiej oraz Muzeum II Wojny Światowej. To drugie było przed kilkunastoma miesiącami obiektem rozgrywek politycznych, które groziło tym, że będzie używane do opowiadania historii w sposób odpowiadający obozowi władzy, ale na szczęście tak się nie stało.

Nawet jeśli nie zdecydujecie się na zwiedzanie tego muzeum, zachęcam do spaceru wokół budynku. Chwalony przez architektów nie tylko za śmiałość, lecz również za to, że wpisuje się w kontekst czasu, miejsca i opowieści. Nie wszystkim się podoba, ale to już warto ocenić samodzielnie.

Radom: Duża sztuka w mniejszym mieście

Wszystkie dotychczas opisane muzea znajdują się w dużych miastach. Te mniejsze też mają do zaoferowania perełki i to wcale niekoniecznie są muzea przedstawiające historie regionu.

W mojej prywatnej „księdze zachwytów” zapisałam niedawno znajdujące się w Radomiu Mazowieckie Centrum Sztuki Współczesnej. Ale jak to trudna w odbiorze i wymagająca pewnej wiedz sztuka współczesna w ledwie 200-tysięcznym mieście? Coś, co mogło brzmieć jak przykład megalomanii miasta powiatowego, okazało się trafić na podatny grunt. Rozmawiałam niedawno z dyrektorem placówki, który przyznał, że do sztuki współczesnej trzeba odbiorcę przygotowywać, a zatem w Centrum równie ważne co eksponaty, są zajęcia i wykłady, które skierowane są nie tylko do dorosłych, ale również przedszkolaków.

Inicjatorem powstania placówki był Andrzej Wajda, który przez kilka lat mieszkał w Radomiu. Podarował on miastu kilkadziesiąt rzeźb, obrazów i grafik (część z własnej kolekcji, ale były też dary od innych artystów), które ostatecznie znalazły się w budynku dawnej elektrowni. To projekt naprawdę wysokiej próby, w którym czerwona cegła kontrastuje z czarnymi kratownicami, a przez liczne przeszklenia światło dzienne wpada wprost do sal wystawowych.

Tam gdzie magia Podlasia łączy się z magią ikon

Ostatnie miejsce, do którego was zabieram, to położony 13 km od Białegostoku Supraśl. Miejscowość ta jest na mojej krótkiej liście najpiękniejszych w Polsce, uosabia to, co Podlasie ma w sobie najpiękniejszego. Myślę, że rację przyznają mi widzowie „Blondynki” w TVP 1, którzy kojarzą urokliwą najstarszą ulica z charakterystycznymi XIX-wiecznymi drewnianymi domami tkaczy.

Najpiękniejszy w Supraślu jest jednak monastyr o blisko 500-letniej tradycji. W zbiorach posiada ok. 1,3 tys. ikon, z których najstarsza pochodzi z XVII w. Spora część zbioru stanowią ikony zatrzymane przez celników w czasie prób przemytu ich do Polski zza wschodniej granicy, które po zakończeniu postępowań sądowych zostały oddane do muzeum.

Mam pełna świadomość, że pomysł odwiedzenia muzeum ikon nie wywołuje w statystycznym Polaku jakiegoś szalonego entuzjazmu, ale mimo wszystko warto dać temu muzeum szansę – a to już nawet nie ze względu na to, co prezentuje, lecz – w jaki sposób.

– Światło, dźwięk, chóralne śpiewy, filmy poruszają zmysły i pomagają chłonąć duchową atmosferę. Odwiedzający przechodzą przez pustelniczą pieczarę, celę mnicha piszącego ikonę (tak, ikony się pisze!) , trafiają z cerkwi do wiejskiej chaty z domowym ołtarzykiem. Najważniejsze w tym muzeum są ikony, a nowoczesny sposób ich ekspozycji ułatwia zrozumienie znaczenia ikony w kulturze prawosławia – czytamy na stronie internetowej muzeum.

Martyna Kośka
Martyna Kośka
U progu dorosłości marzyła o uporządkowanym życiu i oglądaniu miasta z wysokiego piętra przeszklonego wieżowca, więc ukończyła prawo. Nie zdążyła jednak zastukać obcasami na korytarzu sądowym, bo przekonała się, że znacznie ciekawszy świat czeka na mnie gdzie indziej.
Jest dziennikarzem gospodarczym, jej analizy można przeczytać w kilku popularnych serwisach finansowych - ale po godzinach pracy praktycznie nie używa słów typu "inflacja", "nowelizacja" i "jurysdykcja krajowa", lecz pisze dużo bardziej reportażowo, życiowo.
Czyta reportaże, ogląda polskie dramaty obyczajowe, wybiera schody zamiast windy.
AUTOR

Polecamy

Ładne.to

Ladom

Ładne.to
Ładne.to
16 grudnia 2018

Komentarze