O tym nie da się mówić, dlatego robimy o tym film – na 5000 m n.p.m powstaje film o Macieju Berbece

5 minut czytania
436
2
Robert Skowroński
Robert Skowroński
15 grudnia 2018

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Czworo Polaków jako pierwsi ludzie na Ziemi, stanęło zimą na wierzchołku Broad Peak. Do bazy wróciło tylko dwóch z nich. Po kilku dniach poszukiwań Maciej Berbeka i Tomasz Kowalski zostali uznani za zmarłych. To właśnie o pierwszym z wymienionych opowie „Broad Peak”. Jednym z producentów filmu, którego premiera jest przewidziana na 2020 rok, jest Dawid Janicki będący jednocześnie laureatem nagrody Flisaka na festiwalu Tofifest.

W Polsce nie doczekaliśmy się jeszcze filmu fabularnego o tematyce górskiej, a co dopiero takiego, który byłby realizowany z takim rozmachem i to w prawdziwych lokalizacjach na łańcuchu górskim. „Broad Peak” to zdecydowanie przełomowy projekt.

Mało tego, jeszcze nikt w historii tego nie zrobił. W świecie, w którym wszystko już było, udało się zrealizować wyjątkowy projekt. Przy filmie „K2” co prawda część ekipy dotarła do Karakorum i kręciła tam plenery, ale nie wydarzyło się jeszcze tak, aby w takie miejsce dotarł zarówno reżyser, główny aktor i cała ekipa z profesjonalnym sprzętem. To są filmy niezwykle trudne do zrobienia i moim zdaniem udało się zrealizować tylko jeden naprawdę udany. Mam na myśli „Czekając na Joe”, stworzony na podstawie książki „Dotknięcie pustki”. Przygotowując się do zdjęć w Karakorum, połączyliśmy się nawet przez Skype’a z jego reżyserem i pytaliśmy go o różne rozwiązania. Naprawdę niełatwo jest kręcić filmy w górach wysokich i to w takich warunkach. Jest to niezwykle skomplikowane pod względem logistycznym.

fot. Janusz Julo Sus
fot. Janusz Julo Sus

Możesz przybliżyć ten problem?

Do realizacji „Broad Peak” mieliśmy trzy tony sprzętu. Należało go przetransportować do Pakistanu, a później jeszcze do miejsc, w których nie da się już poruszać żadnym środkiem transportu – ani samochodem, ani nawet helikopterem. Dlatego na miejscu wynajęliśmy 250 tragarzy i 25 osłów, żeby za ich pośrednictwem przenieść ten cały ciężki sprzęt wysoko w góry. Z kolei nasza ekipa składała się z 21 osób. W ciągu 6 dni musieliśmy przejść ponad 100 km i z wysokości 3000 m n.p.m. dostać się na 5000 m n.p.m. Ma to duże znaczenie w kontekście zmiany ciśnienia, bo na 5000 m n.p.m. jest ono o połowę mniejsze niż przykładowo tu, gdzie teraz rozmawiamy. Każdy wdech dostarcza o połowę mniej tlenu do płuc, więc cokolwiek robi się na tej wysokości, sprawia to dużo więcej trudu. Nie wiedzieliśmy też, jak będzie się tam zachowywać sprzęt elektroniczny. Pojechaliśmy w tzw. Lecie Karakorum, kiedy potrafi być bardzo ciepło, ale i bardzo zimno. Dobowa amplituda temperatur dochodziła nawet do 40 stopni Celsjusza. W czasie dnia był upał, właściwie nie wolno nam było chodzić na krótki rękaw, aby ze względu na promienie UV nie doszło do poparzeń. Musieliśmy m.in. stale przebywać w okularach przeciwsłonecznych, aby nie nabawić się tzw. górskiej ślepoty, w wyniku której można stracić wzrok na kilka dni. Z kolei jak tylko zachodziło słońce, temperatura spadała do -16 stopni. Teraz bardzo szczegółowo przygotowujemy się do zdjęć w Alpach, co wiąże się z zupełnie innymi trudnościami, niż te, które spotkały nas w Karakorum.

To możliwe, aby przygotować się wystarczająco dobrze na taką podróż, aby nie być niczym zaskoczonym?

Etap przygotowań do kręcenia w Karakorum był na tyle długim procesem, że zdołaliśmy uzbroić się na niemal każdą okoliczność. Wiedząc co nas tam czeka, całej ekipie zrobiliśmy testy wydolnościowe. Jeśli widzieliśmy, że ktoś ma w czymś braki, to dostawał on specjalne treningowe wytyczne. Ponadto w naszej ekipie mieliśmy doświadczonych himalaistów, którzy już znali to miejsce, więc mogliśmy liczyć na ich doradztwo i wsparcie. Wśród nich znajdowało się dwóch będących jednocześnie lekarzami specjalizującymi się w medycynie wysokogórskiej. Zawsze można powiedzieć, że coś dało się zrobić lepiej, ale w tym przypadku chyba udało nam się zrobić wszystko, choć wiedzieliśmy, że na miejscu i tak różne rzeczy mogą nas zaskoczyć. W dniu, w którym dotarliśmy na miejsce, w bazie pod K2 podczas wspinaczki zginął Kanadyjczyk. U nas nic się nie stało. Zdarzały się zachorowania, ale nie dochodziło do ekstremalnych przypadków, na które nie bylibyśmy przygotowani. Mieliśmy wszystko, nawet wielką antenę satelitarną, żeby oglądać finał Mundialu. Zresztą, w noc rozgrywek na najniższy szczyt Broad Peak wchodził Polak i Słoweniec, ten pierwszy uległ wypadkowi. Robiliśmy akcję ratowniczą i nasi lekarze go ocalili. Byliśmy jedyną ekipą z własnym lekarzem, wszyscy przychodzili do nas.

Taki wyjazd to nie tylko problemy natury logistycznej czy te wynikające z warunków atmosferycznych. Czy sama specyfika kraju, jego nastroje społeczne i system polityczny również były źródłem przeszkód?

Od momentu wyjazdu z Polski nie było mnie w domu przez 5 tygodni. Niektórzy wrócili nieco szybciej, ale ja w Islamabadzie starałem się jeszcze o wizy dla części ekipy. Zbiegło się to z tamtejszymi wyborami, które nie są łatwym czasem dla tamtych rejonów, m.in. ze względu na podwyższone ryzyko zamachów terrorystycznych. Pakistan to nie jest prosty kraj, jadąc Karakorum Highway przejeżdżaliśmy przez wioskę, w której Amerykanie złapali Osamę bin Ladena. To daje do myślenia.

fot. Dariusz Załuski
fot. Dariusz Załuski

Karakorum napawa respektem?

Trudno to opisać słowami. Leszek Dawid, reżyser filmu, ujął to bardzo należycie: O tym nie da się mówić, dlatego robimy o tym film. To coś monumentalnego, dającego poczucie przebywania z absolutem, doświadczenie niosące zupełnie inne przeżycia wewnętrzne w przypadku każdej jednostki. Ma się wrażenie, jakby się było na innej planecie, zwłaszcza, gdy dojdzie się już na lodowiec, gdzie nie ma żadnej roślinności czy niemal żadnego życia. My tam spędziliśmy trzy tygodnie. W pamięci zostają niesamowite sceny – środek nocy, budzi cię głuchy trzask i czujesz pod sobą wibracje, to właśnie pęka lodowiec, na którym leżysz. Albo widok spadającej z Broad Peak ogromnej lawiny. Byliśmy w odległości, w której nic nam nie groziło, ale samo przeżycie było wyjątkowe. Huk temu towarzyszący można chyba tylko porównać do tego, który musi być efektem zderzenia się ze sobą rozpędzonych pociągów towarowych.

Kto był inicjatorem całego pomysłu na film?

Maciej Rzączyński przeczytał książkę „Długi film o miłości. Powrót na Broad Peak” Hugo-Badera, po czym polecił ją Krzysztofowi Rzączyńskiemu i mnie. Po lekturze tej książki zdecydowaliśmy, że chcemy zrobić film, który nawiązywałby do niej i w ten sposób we trzech zostaliśmy producentami „Broad Peak”. Następnie zastanawialiśmy się nad tym, od jakiej strony ugryźć tę historię. Rozmawialiśmy z Leszkiem Dawidem, reżyserem filmu, i doszliśmy do wniosku, że film powinien być opowiedziany z perspektywy Macieja Berbeki. Leszek powiedział, że w szkole Wajdy poznał scenarzystę-debiutanta, który powinien napisać tekst. Doszedł jeszcze operator Łukasz Gutt, a następnie zaczęły się castingi do głównej roli. Postawiliśmy na Irka Czopa, który zrezygnował ze wszystkich swoich dotychczasowych zobowiązań dla tego projektu. Dla niego oznaczało to mniej zleceń i mniejsze zarobki, ale ten film jest dla niego na tyle ważny, że zdecydował się na te wyrzeczenia. Od ponad roku chodzi na ściankę wspinaczkową, jest pod opieką himalaistów, wyjeżdża w Alpy, w Tatry, wspina się. Wszystko po to, aby być jak najbliżej postaci Berbeki.

Leszek Dawid w roli reżysera był waszym pierwszym wyborem?

To był pomysł Krzysztofa Rzączyńskiego. Leszek jest świetnym twórcą, a jego ostatnie kinowe dokonanie, „Jesteś Bogiem” o Paktofonice, to też opowieść o prawdziwych ludziach. Oprócz tego prywatnie jest świetnym facetem – spokojny, zrównoważony, kogoś takiego szukaliśmy do tego filmu. Co więcej Leszek też się kiedyś wspinał i interesował filmami o górach, jeszcze w szkole zrobił dwa dokumenty o takiej tematyce. Pod każdym względem był to właściwy strzał. On też zaproponował nam scenarzystę, Łukasza Ludkowskiego. Przez trzy lata pracowaliśmy nad tekstem i gdy poczuliśmy, że jest on już wystarczająco dobry, zaczęliśmy prace przygotowawcze i finansowanie projektu.

fot. Leszek Dawid
fot. Leszek Dawid

Jaki jest budżet „Broad Peak”?

Wynosi on kilkanaście milionów złotych, z czego dwa miliony pochłonęła podróż do Karakorum. Mamy już wszystkich koproducentów, ale szukamy jeszcze sponsorów.

Jak do projektu podeszła rodzina Berbeków? Są oni zaangażowani w jego powstawanie?

Gdy tylko zdecydowaliśmy, że film będzie opowiedziany z perspektywy Macieja Berbeki, to skontaktowaliśmy się z jego rodziną. Porozmawialiśmy z Ewą, żoną Maćka, która wtedy jeszcze żyła, i zapewniliśmy, że postaramy się opowiedzieć całość bardzo dyskretnie. Zarówno ona, jak i jej synowie, od samego początku uważali, że ten film musi powstać. Konsultowaliśmy z nimi scenariusz, dali nam namiary na znajomych Maćka. To ścisła współpraca. Gdy Ewa była już bardzo chora, na miesiąc przed śmiercią, dowiedziała się, że w jej roli obsadziliśmy Maję Ostaszewską. Bardzo się ucieszyła i nawet się z nią spotkała. Złapały niesamowity kontakt. Dla obu pań to było wzruszające spotkanie. Po odejściu Ewy zostaliśmy z jej chłopakami w bliskich relacjach. Wspólnie z nimi podjęliśmy decyzję o kręceniu zdjęć w Zakopanem w ich prawdziwym domu. Irek Czop w jednej ze scen dostał nawet buty należące do Maćka, a na ekranie pojawia się też pies, który od lat należy do rodziny Berbeków. Rzadko kiedy kręci się właśnie w ten sposób.

fot. Leszek Dawid
fot. Leszek Dawid

Rozumiem, że projekt jest realizowany od dawna i że podeszliście do tematu delikatnie, ale nie boicie się potencjalnych oskarżeń o sensacyjność? W końcu tragedia Broad Peak czy ta z Nanga Parbat to wciąż świeże sprawy.

Żyjemy w czasach hejtu i mamy tego świadomość, ale zupełnie się tym nie przejmujemy. Mamy świetne relacje z rodziną Berbeków i ze wszystkimi, którzy brali udział w tych tragicznych wydarzeniach. Towarzyszy nam przekonanie, że odrobiliśmy zadanie domowe. Zawsze znajdą się ludzie twierdzący, że zrobiliśmy coś nie tak, ale skoro sama rodzina uważa, że jest to dobry moment na film, to wszystkim innym odbiera to legitymację do jakiejkolwiek krytyki.

Co takiego jest najbardziej fascynujące w osobie Macieja Berbeki?

Charyzma. Po skończonych zdjęciach w Zakopanem pojechaliśmy na największy festiwal górski w Polsce w Lądku Zdroju. Odbyło się tam spotkanie z publicznością, podczas którego opowiadaliśmy o filmie. Później rozmawialiśmy z Adamem Bieleckim, który brał udział w tej tragicznej wyprawie, w której zginął Berbeka. Pytaliśmy go o Maćka i powiedział nam, że zawsze był małomówny, ale gdy już coś powiedział, to było to w punkt. Paradoksalnie był też bardzo ciepły i rodzinny, co trochę kłóci się z obrazem himalaisty, który na wiele tygodni wyrusza w góry zostawiając żonę i czterech synów. Berbeka, podobnie jak Ewa, był też artystą, z wykształcenia był plastykiem. Miał niezaprzeczalny magnetyzm, który mam nadzieję zostanie przelany na ekran dzięki Irkowi Czopowi. Synowie Maćka mówili nam, że czasami mieli gęsią skórkę patrząc na Irka, bo patrząc na niego od tyłu mieli wrażenie, jakby widzieli swojego ojca.

Robert Skowroński
Robert Skowroński
Krytyk filmowy i muzyczny związany niegdyś lub wciąż związany z... długo by wymieniać. Ponadto amator kawy i urban exploringu, który już chyba na zawsze pozostanie niespełnionym perkusistą. Prowadzi profil Trochę kultury.
AUTOR

Polecamy

Ładne.to

Ladom

Ładne.to
Ładne.to
16 grudnia 2018
Ładne.to

Kaduk

Ładne.to
Ładne.to
13 grudnia 2018
Ładne.to

Trajka

Ładne.to
Ładne.to
10 grudnia 2018

Komentarze