Wódka dla kogutów i kolacja dla wilków, czyli najdziwniejsze zwyczaje świąteczne

5 minut czytania
440
0
Zofia Kociołek-Sztec
Zofia Kociołek-Sztec
24 grudnia 2018

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Pierwsza gwiazdka, opłatek czy sianko pod obrusem – te zwyczaje znamy z domu lub chociaż ze słyszenia. Ale pojenie kogutów wódką czy układanie główek czosnku na wigilijnym stole? Poznajcie najdziwniejsze i najstarsze tradycje świąteczne.

Nasze bożonarodzeniowe zwyczaje należą do najbogatszych i najrozmaitszych na świecie. Nic dziwnego. Jeszcze 100 lat temu Polska była podzielona pomiędzy sąsiednie państwa więc – wbrew temu co się czasem wydaje – mamy tutaj prawdziwy miks kulturowo-regionalny. To co jest powszechnym zwyczajem np. na Śląsku czy w Małopolsce będzie egzotyką na Pomorzu czy Podlasiu. Tak czy inaczej – jest ciekawie.

Wolne miejsce przy stole

Sama tradycja jest dość dobrze znana, ale w takiej formie jak dzisiejsza (czyli że jest to miejsce dla niespodziewanego gościa) funkcjonuje od czasów powstań w połowie XIX wieku, kiedy rzeczywiście represjonowani walczący musieli często szukać schronienia poza rodzinnym domem. Wcześniej jednak wierzono, że Wigilia to wyjątkowy dzień, bo mamy wówczas kontakt z duszami zmarłych bliskich. To właśnie dla dusz przodków były przeznaczane wolne miejsca przy stole, a jeśli już ktoś koniecznie chciał je zająć należało najpierw… dmuchnąć na krzesło czy ławę, żeby nie zaszkodzić i nie przysiąść gościa z zaświatów. Z tego samego powodu w Wigilię nie można było zamiatać izby ani wykonywać zbyt gwałtownych ruchów!

Poczęstunek dla duchów

Wolne miejsce dla zmarłych przodków to nie jedyny zwyczaj w dawnej Polsce. Równie istotnym było pozostawianie resztek kolacji wigilijnej na całą noc (w niektórych regionach nawet na kilka dni) po to, żeby dusze mogły się posilić. A by było im cieplej podtrzymywano również ogień w palenisku. Pamiętano także o tych bliskich, którzy nie mogli przybyć do domu na Boże Narodzenie. Z myślą o nich pozostawiano na noc na stole wigilijnym symboliczny bochen chleba.

Staropolska gościnność dla wilków i mrozu

Poczęstunek dla zmarłych czy nieobecnych to jednak nic przy tym, o kim jeszcze pamiętano podczas Bożego Narodzenia. W zasadzie łatwiej byłoby wymienić tych których pomijano. Powszechny był zwyczaj dzielenia się z trzodą i zwierzętami domowymi resztkami ze świątecznego stołu. Szczególnie łaskawie obchodzono się na Pomorzu z kogutami, które – w ramach wdzięczności za całoroczną funkcję budzika – pojono wódką. Dziwić również może częstowanie kolacją wilków! Jadło wyrzucano przed dom wypowiadając jednocześnie życzenie, żeby w ciągu roku więcej się nie zjawiały w okolicy gospodarstwa. Na gościnność mógł liczyć również… mróz oraz skonfliktowani ze sobą sąsiedzi. Uważano bowiem, że Wigilia to taki dzień, kiedy koniecznie musi dojść do pojednania między zwaśnionymi ludźmi. Podstępnie więc zapraszano do tego samego domu skłóconych gości, tak, by nie mieli wyboru i musieli podać sobie ręce czy połamać się chlebem. Swoją drogą to bardzo miły zwyczaj i pewnie w niejednym domu jego powrót mógłby okazać się zbawienny.

Nie tylko sianko

W wielu polskich domach pod obrus kładzie się sianko na pamiątkę żłóbka, w którym leżało dzieciątko Jezus. Ma to być także symbol prostoty i skromności, choć w czasach przedchrześcijańskich było to po prostu uczczenie bóstwa opiekującego się plonami i urodzajem. Mniej znanym zwyczajem, popularnym niegdyś w Małopolsce, było układanie na stole wigilijnym główek czosnku. Wierzono, że miało to, przez cały ro, oddalać choroby od domu . Czosnek pomagał, ale w niektórych szlacheckich dworkach uważano też, żeby podczas wieczerzy wigilijnej nie położyć na stole łyżki – w przeciwnym razie bóle krzyża były murowane! Także przestrzeń pod stołem była zagospodarowana. Wkładano tam części od pługa, siekierę lub sierp, co miało zapewnić zgromadzonym przy stole „nogi twarde jak żelazo”. Przed domem natomiast rozrzucano gałązki jodły lub świerku, co miało chronić domowników przed najróżniejszymi chorobami. Jeśli gałązki położono przy drzwiach obory, można było liczyć na bogaty zbiór ziemniaków.

Wigilia jak Andrzejki

Wieczór wigilijny był też okazją do wróżb na przyszłość. Goście obecni na wieczerzy wyciągali ze snopów stojących w izbie kłosy. Liczono pełne i niepełne, co miało mieć bezpośredni związek z plonami w nadchodzącym roku. Żeby zwiększyć szanse na dobry urodzaj wypowiadano życzenia. Do kapusty mówiono „składaj się kapusto”, a do ziemniaków: „rodźcie się ziemniaki”. Wnioski na temat przyszłości wysnuwano również na podstawie pogody. Jeśli w święta była mgła, mówiono, że w kolejnym roku będzie dużo mleka. Wysyp gwiazd miał świadczyć natomiast o tym, że kury będą znosić dużo jaj.

Inne wróżby dotyczyły natomiast kwestii weselno-matrymonialnych. Wróżono ze źdźbeł porozrzucanych na obrusie. Długie i zielone oznaczały ślub, zwiędłe sugerowały wesele w nadchodzącym roku, a zeschłe – staropanieństwo lub starokawalerstwo.

By myszy drewna nie zjadły, a podczas prania nie spadł deszcz

Wróżby wróżbami, ale pozostawiano także przestrzeń na „kucie własnego losu”. Wierzono, że przed wieloma rzeczami można się ustrzec stosując się do określonych zasad. Dlatego na przykład zapasy, czy to drewna czy wody czy jedzenia, należało zgromadzić w chacie przed północą. W przeciwnym razie mogłyby one zostać zjedzone przez myszy. W Wigilię starano się nie pracować po zapadnięciu zmierzchu i pozałatwiać wszelkie zaległości, bo ten dzień miał odzwierciedlać następnie cały nadchodzący rok.

Żeby ustrzec się opadów deszczu podczas prania wystarczyło pilnować wigilijnego barszczu, by nie wykipiał. Szczególną uwagę przywiązywano do ilości potraw. Dziś znamy zasadę, że powinno być ich dwanaście, czyli tyle ilu było apostołów, ale kiedyś miało być wyłącznie nieparzyście. W zależności więc od majętności gospodarzy przygotowywano od trzech do dziewięciu dań wigilijnych. Parzysta musiała być liczba biesiadników, bo w przeciwnym wypadku mogłoby zawisnąć nad nimi widmo śmierci. Jeśli domowników było akurat do pary, zapraszano samotnego sąsiada. Wszyscy musieli uważać też na to, żeby nikomu nie spadła na ziemię łyżka, bo to także zwiastowało śmierć. Idealnie byłoby, gdyby zasiadający przy stole… kichali. Gwarantowało to pomyślność i zdrowie.

Świątecznych zwyczajów, zarówno tych starych, jak i tych kultywowanych do dziś jest oczywiście o wiele więcej. I choć mówi się o nich z przymrużeniem oka, to warto pamiętać, że Wigilia była jednym z najważniejszych dni w ciągu całego roku i bardzo poważnie podchodzono do jej magicznego charakteru.

Sama wieczerza również była niezwykle uroczysta. Spożywano ją powoli i w milczeniu, żeby podkreślić jej podniosły charakter. Pozostaje mi jedynie życzyć żebyśmy w naszych domach również poczuli wyjątkowość tej chwili.

Wesołych Świąt Bożego Narodzenia!

Zofia Kociołek-Sztec
Zofia Kociołek-Sztec
Gdyby wypalił jej plan A, dziś byłaby księżną Monako. Plan B zakłada posiadanie pałacu na Dolnym Śląsku, w którym będzie mieszkać i przyjmować gości podając kawę w prawdziwej porcelanie. Póki co nosi replikę pierścionka księżnej Kate, a zamki poznaje jako turystka. Aktualnie funkcjonuje jako królowa-matka małej Wandy. Z zawodu jest PR-owcem. Uwielbia dobre jedzenie, książki (choć najchętniej na okrągło czytałaby „Dumę i uprzedzenie”), galopy na swoim rudym koniu po lesie i weekendowe wypady, podczas których razem z mężem odkrywają niesamowite miejsca w Polsce lub oglądają rekonstrukcje bitew. Życie z nią to nieustanna sinusoida – albo krzyczy albo się śmieje. Jej motto to „ostatni łatwy dzień był wczoraj”.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Dodaj komentarz