Maja Berezowska – zawsze zbyt śmiała

5 minut czytania
554
0
Martyna Kośka
Martyna Kośka
15 stycznia 2019

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Autorka najbardziej rozerotyzowanych rysunków w historii Polski, nie odłożyła kredek nawet na Pawiaku.

Maja Berezowska nie przypominała kobiet, które rysowała. Była tęga, ubierała się dość zachowawczo i nie prowadziła tak szalonego życia, jak niektóre artystki, które rozkwitły w okresie międzywojennym. To nic, bo odważne ilustracje i tak dały jej miano pierwszej „pani od seksu”. Po wojnie jej erotyczne rysunki nijak nie wpisywały się w ideologię socrealizmu, więc malowała kwiaty. Ale ktoś, kto przetrwał Pawiak i eksperymenty paramedyczne w obozie koncentracyjnym, zaakceptuje różne koleje losu.

Potyka się na zdewastowanych przez niemieckie naloty chodnikach Warszawy. Błąka się po ulicach ukochanego miasta, które z każdym dniem przedstawia coraz bardziej żałosny widok. Nie może wrócić do domu, bo wie, że szuka jej gestapo. Niemcy nie zapomną dawnej zniewagi.

Szczęście w nieszczęściu, że ma w stolicy wielu przyjaciół, więc chroni się w ich mieszkaniach. Do czasu, bo oszukać skrupulatnych Niemców, rzecz niepodobna. Uznana rysowniczka Maja Berezowska uraziła samego Adolfa Hitlera, więc kara musiała być dotkliwa i przykładna.

A jak do tego doszło? Ledwie kilka lat wcześniej 42-letnia artystka (choć co do wieku pewności nie ma, gdyż podawała różne warianty daty swoich urodzin) wyjechała do Paryża. W europejskiej stolicy sztuki było już wielu artystów znad Wisły, więc czuła się jak u siebie. Bardzo ich jednak rozbawiła zapewnieniem, że ma zamiar utrzymać się z malowania. Jasne, każdy by tak chciał, mówili. To co dla nich stanowiło poziom nie do osiągnięcia, Berezowskiej się udało. Maja zabrała ze sobą portfolio, które otworzyło drzwi do magazynu satyrycznego „Ici Paris” (no dobrze, pchnął je najpierw Jan Lechoń, attaché kulturalny w polskiej ambasadzie, który rekomendował artystkę gdzie trzeba). A rysunki były rzeczywiście doskonałe – ilustracje do polskiego wydania „Dekameronu”, które jedni oglądali ze świadomością, że mają do czynienia z kreską najwyższych lotów, a inni odwracali głowę z obrzydzeniem.

Ten „Dekameron” to zresztą marzenie każdego rysownika, który lubuje się w nagości. A tak właśnie rysowała Maja: frywolnie, nieco rozpustnie, ale zawsze w granicach dobrego smaku. Bo choć pisano i niej jako „prekursorce polskiego porno, które nigdy zresztą nie wybuchło”(to publicystka Anna Lechicka w latach 70.), to na pewno nie było to porno w dzisiejszym rozumieniu, czyli wulgarne czy obsceniczne. To erotyka, choć powiedzmy sobie szczerze, że nawet na wyzwolone lata międzywojenne – bardzo odważna. Ilustrując „Dekameron” ze wszystkimi jego układami i zwrotami akcji – miała Maja pole do popisu!

Kazus Hitlera a granice wolności artystycznej

Ale wróćmy do urażonego ego Hitlera. „Ici Paris” zamówił u Berezowskiej cykl rysunków „Miłostki słodkiego Adolfa”, a ona od razu się zgadza i kto wie, czy nie miała większej zabawy niż przy ilustracjach do dzieła Boccaccio. Przedstawiła Adolfa jako chuderlawego blondyna, trochę nieporadnego i mało męskiego. A co się męskości tyczy – dodała szczegół anatomiczny, który poddawał w wątpliwość aryjskość kanclerza III Rzeszy.

Numery czasopisma wykupywane są na pniu, ale skandal dyplomatyczny jest nieunikniony. Wydawca „Ici Paris” i Berezowska zostają oskarżeni o obrazę głowy państwa. Proces szybko zaczyna być sporem o granice w sztuce. Artyści murem stoją za oskarżonymi, wydają zgodne opinie, w których przekonują, że karykatury to dzieła sztuki, a nie chuliganizm, a obrońcą Berezowskiej zostaje Albert Sarraut, prawnik, były i przyszły premier Francji. Sąd skazuje rysowniczkę na grzywnę w wysokości 500 franków, ale w apelacji ulega ona zmniejszeniu do symbolicznego franka.

Po jakimś czasie Berezowska wróciła do Polski, bo choć w Paryżu układało się jej dobrze i nie klepała biedy, jak wielu innych artystów, którzy więcej czasu spędzają w knajpach na Montparnasse niż w pracowni, to jednak tęskniła za atmosferą Warszawy i Zakopanego. I za przyjaciółmi. Co ciekawe, niewiele wiemy o życiu erotycznym autorki najbardziej śmiałych aktów Międzywojnia. Mężatką była przez sześć lat. Jej mąż, malarz Kazimierz Grus był ponoć człowiekiem bardzo zabawnym i byłby świetnym kompanem, gdyby nie to, że po alkoholu wychodziły z niego bardzo złe cechy i okazywał się damskim bokserem. Berezowska nigdy więcej nie wyszła za mąż, a o jej romansach nie wiemy prawie nic. Przyjaźniła się z gejami, a po wojnie bardzo zbliżyła się do Jadwigi Szałan-Kopijowskiej, z którą połączyły ją doświadczenia z Ravensbrück. Plotki w tej sytuacji były nieuniknione.

Kredki w Ravensbrück

Zabawa w kotka i myszkę z gestapo nie mogła trwać wiecznie. Podobno ktoś na nią doniósł, więc 29 stycznia 1942 r. zabrali ją na Pawiak.

Warunki straszne, w sali zaplanowanej na trzech więźniów przebywa i po dwadzieścia kobiet. Śpią na zmianę. „Ale kobiety nie narzekają, a jak któraś za bardzo zaczyna jęczeć, to ją zagadują, zagłuszają śpiewem. System wsparcia i radzenia sobie z sytuacją działa. Byle nie dać się zgnębić Niemcom” – opisuje te miesiące Małgorzata Czyńska, autorka biografii Berezowskiej (wyd. Czarne).

Aby zabić monotonię i choć trochę odsunąć codzienny ból, kobiety opowiadają o życiu, które wiodły przed wojną. Maja ma w zanadrzu historie, które brzmią jak bajka: o przyjaźni z wybitnymi artystami (przyjaźniła się na przykład z Tuwimem), o morzu alkoholu wypitego w Ziemiańskiej, o pobycie w Paryżu. Ten świat nigdy już nie powróci, ale za murami Maja tego jeszcze nie wie. Zresztą nikt jeszcze nie wie, że komunizujące państwo, które powstanie za kilka lat, zupełnie odrzuci sztukę lat międzywojennych jako klasowo obcą, burżuazyjną. W odstawkę pójdzie Kornel Makuszyński, który nie dość litował się nad losem robotniczych dzieci, a pisał o zaradnej Irence, szlachciance z mokrą głową. Ilustracji Berezowskiej nijak nie będzie można połączyć z wymogami sztuki socrealizmu.

Póki co, Maja maluje towarzyszki z celi. Kredki przemyca dla niej siostra. Na rysunkach kobiety są piękniejsze niż w rzeczywistości, miejsce wychudzonych, zmęczonych aresztantek zajmują pogodne, nie cierpiące głodu warszawianki.

Maja nie przestaje rysować w Ravensbrück, w którym była ofiara eksperymentów medycznych (choć nawet słowo „paramedycznych” jest niepotrzebnym awansem tych niemających nic wspólnego z nauką zabiegów). Czyńska opisuje, że kobiety wzajemnie się ostrzegały, ilekroć zaczynała się „łapanka” ofiar lekarzy. Udało im się nawet zbudować tajną skrytkę, w której na kilka godzin można schować dziewczyny, po które idą umundurowani. Bo z „badań” się nie wraca.

Pomimo tego, że była bardziej obolała niż kobiety, które nie uczestniczyły w eksperymentach, Berezowską charakteryzowała radość życia i chęć tworzenia jakiegoś życia artystycznego wokół siebie. Malowała koleżanki z baraku (podobnie jak tym z Pawiaka, zdejmowała im z twarzy zmęczenie). „Wiedziałam, że poślą je rodzinom i chciałam te rodziny pocieszyć, a także chciałam, by one same były zadowolone, choćby z własnej urody. Kobietom zwłaszcza to pomaga przeżyć” – tłumaczyła po latach.

W obozie poznała Jadwigę Kopijowską, zwaną przez wszystkich Szałanką. Organizowały obozowy teatr, rozmowy o poezji i sztuce. Maja przygotowywała figurki do szopki, Szałanka pisała tekst.

To nie ta sama Warszawa

Po wyzwoleniu obozu Maja trafiła na kilkanaście miesięcy do Szwecji. Gdy doszła już do siebie, wróciła do malowania. Były szanse na dobre życie, wśród nabywców obrazów był sam król, ale Maja chciała wrócić do Warszawy, gdzie została jej siostra. Eleonora przesyłała jej paczki na Pawiak i do obozu, bez nich Maja by nie przeżyła. Wróciła, bo chciała się odwdzięczyć, a poza tym miała nadzieję, że po wojnie życie artystyczne zacznie się odradzać.

Rozebrane kobiety w miłosnym uniesieniu nie pasowały jednak do wytycznych, którym podporządkowana miała być sztuka socjalistyczna. Zamówień przychodziło coraz mniej, więc zajęła się scenografią i ozdabianiem opakowań. Nasi dziadkowie pamiętają jeszcze pudełka do zapałek z jej rysunkami mocno zanurzonymi w przedwojennej stylizacji, bo kto to słyszał, by w PRL mężczyzna zapalał papierosa kobiecie obdarzającej go tak uwodzicielskim spojrzeniem?

— Preteksty, by nie puszczać jej rysunków, bywały przedziwne. Jak narysowała chłopkę z wydatnym biustem, zatrzymywano, twierdząc, że w Polsce chłopki nie chodzą boso. Było to dodatkowo absurdalne, bo była niezwykle rzetelna w odtwarzaniu kostiumów i realiów epoki – pisze Czyńska.

Im bliżej odwilży, tym było lepiej. W 1954 r. w Czytelniku ukazują się „Piórka” Sztaudyngera z jej ilustracjami. Berezowska ilustruje też klasyków i współczesne książki, współpracuje z „Przekrojem” i „Szpilkami”.

Do końca życia malowała przede wszystkim kwiaty. Kochała je zresztą od zawsze, gdy trafiła na Pawiak, prosiła Eleonorę, by przysłała jej jeden kwiat, bo patrzenie na niego doda jej sił. Po wojnie dostała 50-metrowe mieszkanie na Mokotowie. Zachowały się opinie gości, głównie artystów, którzy nie mogli się nadziwić, jak na tak małej przestrzeni udało się jej stworzyć tak przytulne wnętrze nawiązujące do przedwojennych salonów. Mieszkanie to jedno, ale w pakiecie Berezowska dostała też niewielki ogródek. Choć władze wymagały, by działkowcy dobrze korzystali z przydzielonej im ziemi i uprawiali warzywa, Maja szybko zrezygnowała z kapusty na rzecz kwiatów.

Do dziś jej kwiatowe reprodukcje zdobią ściany wielu mieszkań. A „Maja rozebrana”? Zmarła pod koniec lat siedemdziesiątych artystka nie dożyła czasów, w których jej ilustracje ponownie zawisły w galeriach Nie dowiedziała się też, że jest dziś artystką bardzo chętnie podrabianą, bo fałszerze cenią sobie dzieła oszczędne w formie, z powtarzalnymi motywami i charakterystycznymi tematami – wypisz wymaluj, Maja!

W testamencie Berezowska uczyniła Szałankę swą spadkobierczynią i jej zapisała mieszkanie na Mokotowie , cały majątek i ilustracje. Kopijowska zabiegała o stworzenie muzeum poświęconego artystce, czy to w jej mieszkaniu (przez pewien czas było ono zresztą otwarte dla publiczności), czy w jakiejś innej instytucji. Gdy było już porozumienie z Muzeum Woli, Szałanka miała się wycofać w ostatniej chwili tłumacząc się tym, że nie potrafi rozstać się z pamiątkami.

Ostatecznie po jej śmierci rysunki trafiły do Biblioteki Narodowej. W Warszawie niektóre z jej ilustracji można aktualnie oglądać w Muzeum Karykatury im. Eryka Lipińskiego.

Martyna Kośka
Martyna Kośka
U progu dorosłości marzyła o uporządkowanym życiu i oglądaniu miasta z wysokiego piętra przeszklonego wieżowca, więc ukończyła prawo. Nie zdążyła jednak zastukać obcasami na korytarzu sądowym, bo przekonała się, że znacznie ciekawszy świat czeka na mnie gdzie indziej.
Jest dziennikarzem gospodarczym, jej analizy można przeczytać w kilku popularnych serwisach finansowych - ale po godzinach pracy praktycznie nie używa słów typu "inflacja", "nowelizacja" i "jurysdykcja krajowa", lecz pisze dużo bardziej reportażowo, życiowo.
Czyta reportaże, ogląda polskie dramaty obyczajowe, wybiera schody zamiast windy.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Dodaj komentarz