Powrót Antychrysta. „Dom, który zbudował Jack” Larsa von Triera

7 minut czytania
407
0
Robert Skowroński
Robert Skowroński
25 stycznia 2019

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Canneńska persona non grata i naczelny skandalista kina w jednej osobie, powrócił. Lars von Trier serwuje opowieść o seryjnym mordercy, który w swoich aktach okrutności widzi sztukę. Czy warto sprawdzić konstrukcję, którą jest „Dom, który zbudował Jack”?

Po swojej niefortunnej wypowiedzi ze słynnego francuskiego festiwalu, w której Duńczyk określił się nazistą i przyznał, że rozumie Adolfa Hitlera, został on skazany na banicję. Od daty premiery „Melancholii”, którą wówczas Von Trier promował w Cannes, minęło jednak siedem lat, a skandalizujący reżyser pogodził się z włodarzami festiwalu i powrócił na Lazurowe Wybrzeże z nowym filmem. Ten teraz wszedł na polskie ekrany i można go oglądać od 18 stycznia.

„Dom, który zbudował Jack” to obraz w pięciu aktach, a zarazem kolejny po „Nimfomance” film, w którym narracja jest prowadzona jako dialog dwóch osób. Rozmowa toczy się między tytułowym Jackiem, a Vergem. Kojarzy wam się z Wergiliuszem? Bardzo słusznie, bo tu dochodzimy do sedna tego czym dla Larsa von Triera jest jego nowe dzieło. To pretekst do snucia swoich przemyśleń na temat teorii sztuki, cały film można potraktować jako traktat reżysera na ten temat. Zresztą Von Trier podobnie czynił i wcześniej, bo cała jego filmografia wypełniona była spostrzeżeniami na tematy społeczne czy też filozoficzne, ale teraz zdaje się mówić tylko w swoim imieniu. Odrzuca uniwersalizm na rzecz wręcz ekshibicjonistycznej potrzeby obnażenia swojej artystycznej metody.

Grany przez Matta Dillona, Jack, marzy o byciu architektem. Zresztą w przerwach między duszeniem kobiet, przeciąganiem ich przyczepionych do furgonu ciał po asfalcie, a czynieniem z dzieci celów do strzelania z broni myśliwskiej, buduje dom gdzieś na malowniczej polanie. Jednak, jak sam tłumaczy, krwawe żądze są dla niego nieodłącznym elementem egzystencji, nie potrafi się bez nich obyć. Wszak artysta potrzebuje płótna, narzędzi, przez które się wyraża. Tym bardziej, że, jak wierzy, ma na to boskie przyzwolenie. Z ekranu oczywiście bije przemocą, przelewane są hektolitry krwi, a ciała poddawane makabrycznej dekonstrukcji. Estetyka szoku jest dobrze znana Duńczykowi i chętnie po nią sięga. Widzowie o słabszych nerwach z pewnością będą zasłaniać oczy i walczyć z szalejącym żołądkiem, między zarzucaniem Von Trierowi, że niczym nie różni się od filmowego Jacka. Z kolei odbiorcy przyzwyczajeni do kinowej makabry nie znajdą tu niczego, co by już wcześniej w historii kina nie próbowało szokować. Trzeba jednak zaznaczyć, że wbrew temu, co może sugerować powyższy opis, na ekranie jest sporo miejsca na komizm, co przełamuje schemat klasycznej opowieści o seryjnym mordercy.

To jednak tyle z fabuły, bo jest ona tylko zasłoną dymną, pretekstem do wciśnięcia w usta Jacka słów samego Von Triera. Reżyser pozwala sobie na autocytaty, a także rymuje sztukę wysoką z tą niższych lotów. W jednym rzędzie stawia siebie, Williama Blake’a, Dantego, jak i wyrywki z animacji dla dzieci mające posłużyć do zobrazowania płynącej z offu metafory czy wydobywającą się z głośników funkową muzykę. Niekiedy puenty są celne, innym razem twórca chybia. Podobnie jest z całym filmem, który rozpoczyna się prawdziwym ciosem, dosłownie, i to lewarkiem w twarz Umy Thurman, by ostatecznie doprowadzić do wyczerpania formuły. Na szczęście wszystko wynagradza obłędny wizualnie finał prowadzący bohatera, jak i widza, w samą piekielną czeluść.

Postać Matta Dillona, jak bądź jest tylko marionetką w rękach Larsa Von Triera, to dzięki kreacji aktora zapada w pamięć. Kino przedstawiło już szeroki wachlarz filmowych zwyrodnialców. Jak bądź Jack nie stanowi w tym gronie szczególnie oryginalnego przypadku, to jednak fizjonomia Dillona doskonale pasuje do obrazu cierpiącego na zaburzenia obsesyjno kompulsywne artysty-maniaka. Szelmowski uśmiech, w zależności od sceny albo kilkudniowy zarost lub też okulary w przy dużej oprawce, a do tego ten głęboki, hipnotyczny głos. Reszta obsady, cóż, zalicza tylko epizody, są jedynie materiałem do akademickiego wykładu, nie zaś bohaterami z krwi i kości – chyba że mamy na myśli dosłowność tego sformułowania.

„Dom, który zbudował Jack” pozostawia niedosyt. Napięcie szybko się rozmywa, choć obraz ponownie chwyta widza za gardło w finale. Wykład Larsa von Triera jest ciekawy, ale jak to bywa nawet z pełnymi pasji przemówieniami, mogą w końcu stracić tempo i zacząć nużyć. Duńczyk nie dobił do poziomu swoich największych dzieł, które zaprowadziły go na panteon europejskich twórców kina. Konstrukcja się trzyma, ale tu i ówdzie znajdzie się krzywo położona cegła czy źle przybita deska. Fuszerki może i nie ma, ale do architektonicznego cudu też jest daleko.

Robert Skowroński
Robert Skowroński
Krytyk filmowy i muzyczny związany niegdyś lub wciąż związany z... długo by wymieniać. Ponadto amator kawy i urban exploringu, który już chyba na zawsze pozostanie niespełnionym perkusistą. Prowadzi profil Trochę kultury.
AUTOR

Polecamy

Igivideo

Ladom

IgiVideo
IgiVideo
16 grudnia 2018
Igivideo

Kaduk

IgiVideo
IgiVideo
13 grudnia 2018
Igivideo

Trajka

IgiVideo
IgiVideo
10 grudnia 2018

Komentarze

Dodaj komentarz