Dlaczego nie mam prawa jazdy?

czyli zwierzenia "ekoterrorysty"
12 minut czytania
1262
1
Gabriel Krawczyk
Gabriel Krawczyk
27 lutego 2019

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Kryterium zdrowego rozsądku nie jest do historii ludzkiej stosowalne. Czy Averroes, Kant, Sokrates, Newton, Voltaire uwierzyliby, że w wieku dwudziestym plagą miast, trucicielem płuc, masowym mordercą, przedmiotem kultu stanie się blaszany wózek na kółkach? I że ludzie będą woleli ginąć w nim, roztrzaskiwani podczas masowych weekendowych wyjazdów, aniżeli siedzieć cało w domu? Stanisław Lem „Kongres futurologiczny”

Mam 27 lat, ciągle nie mam prawa jazdy i jest mi z tym dobrze. Niedobrze z tym wielu innym osobom. Ilekroć bowiem dokonuję takiego coming outu w towarzystwie, czuję się jak niewierzący na Sądzie Ostatecznym – ukarany za brak wyników, mimo że nawet nie brał udziału w wyścigu. Nie powinienem się temu dziwić. Jak pokazują badania przeprowadzone przez Biostat w styczniu 2019 roku, większość Polaków kocha swoje samochody i nie kwapi się przesiadać do komunikacji publicznej.

Pozwólcie więc, że odreaguję ów ostry osąd, jakiemu co jakiś czas zostaję poddawany, dam świadectwo i przedstawię konstruktywną alternatywę dla dziwiących się zmotoryzowanych. Jeśli brak prawa jazdy jest dziwactwem, to jest to w moim przekonaniu dziwactwo słuszne a pożyteczne. Z premedytacją dalej będę je pielęgnował. Oto powody.

dlaczego rower jest lepszy niż samochód

Mieszczuchy, wysiadka

Żyję w dużym mieście. To tutaj 4/5 mieszkańców przyznaje, że woli poruszać się własnym autem. Czemu? Bo tak jest bardziej komfortowo. Rozumiałbym to egoistyczne kryterium własnej wygody w rodzaju „Odczep się, stać mnie!”, gdyby nie to, że szczególnie w miastach widać, jak obecność pieszych i ilość zielonej przestrzeni jest uzależniana najpierw i przede wszystkich od samochodów. Może wydawać się to jakoś logiczne – jedno auto zajmuje przecież więcej miejsca niż matka z wózkiem, spacerujący emeryt i średniej wielkości drzewo razem wzięci. Samochód ma pierwszeństwo w użytkowaniu przestrzeni, tak jak samolot potrzebuje lotniska, by móc lądować. Wszystko ładnie i pięknie, dopóki nie zaczniemy zwracać uwagi na to, jak mało miejsca pozostaje dla pieszych. Trafiłem raz na ilustrację przedstawiającą na poły fikcyjny fragment miejskiego pejzażu: uśmiechnięci od ucha do ucha przechodnie szli wzdłuż wielkomiejskich zabudowań w godzinach szczytu – z tą różnicą, że calusieńki metraż przeznaczony dla czterech kółek (ulice, parkingi, pobocza, zajazdy, skrzyżowania itd.) został przez ilustratora zastąpiony przepaścią. Choć nieprzenikniona czeluść zawładnęła większością pejzażu, a przechodnie znajdowali się na jej skraju, o dziwo to klaustrofobia wydawała się najtrafniej diagnozować sytuację – klincz, w jakim znajduje się każdy polski mieszczuch. Nieco łopatologiczna ta antysamochodowa dydaktyka? Nie bardziej niż parkujący na chodnikach kierowcy, którzy odbierają pieszym tę niewielką przestrzeń, jaka im została. Bo na ulicy stawiać aut nie można, a parking jest pełny… Mieszkańcu blokowisk, zajrzyj przez okno i sam oceń ułamek przestrzeni zajmowany przez auta. A to przecież tylko ułamek z ułamka (idę o zakład, że nie wziąłeś pod uwagę częściowo pustych ulic). Nie chcę dokładać do tego swojej cegiełki, powtórzę więc: nie mam prawa jazdy i jest mi z tym dobrze.

dlaczego rower jest lepszy niż samochód
Przestrzeń miejska jaką zajmują samochody potrzebne do przewiezienia 48 osób. Odpowiednio samochód spalinowy, elektryczny i samochód samojezdny.

Zdrowia, zdrowia i jeszcze raz zdrowia

Moje samozadowolenie wzrasta, gdy na rowerze mijam stojących w korkach, zapuszkowanych szoferów swoich aut (inaczej ich nazwać nie można, skoro najczęściej siedzą tam sami). By zacytować mistrzów erystyki zza kierownicy: cenię sobie swój czas. Tylko że ja, w odróżnieniu od tamtych, naprawdę go oszczędzam. Rodzaj sadystycznej satysfakcji przynosi mi świadomość, że kierowca stoi, bo musi (nie musi przy tym tarasować buspasów), a ja jadę, gdy chcę. Z autopsji wiem, że faktyczna automobilność (gr. autós = sam) rowerzysty wygrywa z przereklamowaną automobilnością (niem. Auto = samochód). Stać w korkach i denerwować się tym, na co nie mam pływu? Nie dziękuję, ja wysiadam.

dlaczego rower jest lepszy niż samochod
Przestrzeń drogowa zajmowana przez pojazdy mogące przetransportować 69 osób. Autobus, rowery i samochody osobowe.

Korzyści zdrowotne z zamiany czterech kółek na dwa to dla wielu istotne kryterium. Mądrzejsi ode mnie wymieniają sprawniejszy układ sercowo-naczyniowy, obniżony poziom stresu, wzmożoną od sportu produkcję hormonów szczęścia, lepszą jakość snu, brak nadwagi i otyłości, późniejsze starzenie i statystycznie dłuższe życie. Mój prywatny gratis to poczucie wyższości – mam przecież lepszą kondycję od osób wegetujących za kierownicą (a i plemniki mam zdrowsze!).

Przypomnicie mi zaraz o spalinach, smogach i zanieczyszczeniach. Będziecie mieli rację. W zimie nie trzeba być u nas palaczem, by mieć przepalone płuca, wystarczy otworzyć okno. Jest jednak cokolwiek wrednym i samolubnym rezygnowanie z roweru i wsiadanie do aut, by nie wąchać ich gazowych odchodów. Poza tym gdzie tu logika? Ucieczka od zanieczyszczeń do zamkniętej puszki zwanej autem nie rozwiązuje problemu; zmniejszenie emisji gazów cieplarnianych przez przesiadkę na rower (do autobusu lub na hulajnogę) – owszem, przyczynia się do pozytywnej zmiany. Raporty NIK dotyczące stanu polskiego powietrza pokazują, że o ile produkująca spaliny komunikacja odpowiada zaledwie za kilka procent zanieczyszczeń w skali kraju, to już w większych ośrodkach, punktowo, nie jest tak różowo. Przykładowo, w Warszawie w 2011 roku samochody brudziły w 63%, a w Krakowie były odpowiedzialne za około 1/3 zanieczyszczeń. Pył samochodowy to w kilku procentach dym z rury wydechowej, w kilkunastu drobinki z opon i klocków hamulcowych, a w 80% – powodowane właśnie przez samochody pylenie wtórne, czyli wzbijanie w powietrze tego, co już na jezdni leżało (na czele z produktami wysokoemisyjnych pieców).

Jeśli mam wybór, to po co przepłacać?

Nie tylko płuca mam wrażliwe, ale i skażone ekologią sumienie. Globalne zmiany klimatu powodowane przez człowieka utwierdzają mnie w przekonaniu, że jeśli mamy wybór (a wybór jako jednostki mamy zawsze), to nieprzykładanie ręki do tych zmian jest lepszym rozwiązaniem. Nie założyłem rodziny, nie muszę pokonywać dziennie dziesiątek kilometrów, by dotrzeć do pracy, nieczęsto też podróżuję po świecie. Jest mi więc łatwiej być eko. Pytanie tylko, czy nie mam prawa jazdy, bo tego nie potrzebuję, czy może nie robię prawka, by nie projektować sobie sztucznych potrzeb? Najwyrazistsza postać kulturowo zaprogramowanego konsumeryzmu, to w tym kontekście prawko obowiązkowo robione zaraz po osiemnastce. Jako skomunikowany mieszczuch nigdy nie widziałem sensu w byciu jednym z tych, którzy dziesięć lat po egzaminie wsiadają za kierownicę tylko po to, by nie stracić wprawy i nie mieć poczucia, że prawko się marnuje. Znam ja takich. A skoro większość Polaków ma uprawnienia do prowadzenia oraz samochód (wg GIOS  w 2017 r. samochód osobowy posiadało 88,6% gospodarstw domowych małżeństw z dziećmi na utrzymaniu i 71,4% gospodarstw małżeństw bez dzieci), bycie pasażerem na doczepkę nie powinno być ujmą na honorze, a statystyczną konsekwencją i dowodem słusznej ekologicznej wrażliwości. Miasta wyglądały i pachniałyby przyjemniej, gdyby wymóg wypełniania pustych miejsc w autach był kwestią patriotycznego honoru

Kochasz swój kraj? Nie truj go, jeśli nie musisz! Żyjesz w kraju, w którym ceni się życie? Nie zabijaj!

Skoro o patriotyzmie mowa, badania mobilności mieszczuchów pokazują, że likwidacja parkingów i zamykanie ulic dla samochodów sprzyjają lokalnemu biznesowi .

Już słyszę rodziców, którzy, zirytowani, chcą wziąć mnie na staż, bym zajął się ich dziećmi, popracował równocześnie na półtora etatu, codziennie robił obiad dla rodziny i zdążał jeszcze robić to bez auta.

Zamiast przystać na tę propozycję, proszę jedynie i namawiam do rozważenia bezsamochodowych alternatyw wtedy, kiedy to możliwe. Dowożenie dzieci do szkoły rowerem cargo nie musi być niekomfortowe, czasochłonne i niebezpiecznie.

rower cargo

Przykład Duńczyków czy Holendrów  pokazuje, że można to robić z korzyścią dla zdrowia, humoru i czasu, można przy tym należeć do ekologicznej większości, a bez samochodu wyglądać równie, jeśli nie bardziej szlachetnie i modnie niż w aucie. Zdaję sobie sprawę z faktu, że co najmniej 13,8 mln mieszkańców Polski mieszka w gminach, które nie organizują transportu publicznego, lecz moja perspektywa jest perspektywą mieszczucha – w kraju, w którym odsetek śmierci w wypadkach drogowych jest jednym z najwyższych w Europie. Nie czuję więc, bym bez prawka kusił los lub bym cokolwiek tracił. Przeciwnie, jeśli ktoś tu jest szkodliwym dziwakiem, to na pewno nie ja.

Ostatni akapit w ramach obyczajowego post scriptum. Czy bez prawka tracę na męskości? Stawiam to pytanie, bo nieraz już co większe konserwy retorycznie dawały mi to do zrozumienia. „Co z ciebie za facet?!”, pytano. Na głupie pytanie nasuwa się głupia odpowiedź: nie potrzebuję rumaka, by być rycerzem dla swojej wybranki. Nie potrzebuję samochodowego przedłużenia członka, który tylko potwierdzałby kompleks męskości. Mówiąc już całkiem serio: nie ulegajmy presji bezmyślnego obyczaju, jeśli mamy możliwość wybrania mądrej alternatywy.

Gabriel Krawczyk
Gabriel Krawczyk
Jeśli wierzyć opiniodawcom, był już błaznem, kombinatorem, niedoszłym księdzem, przyszłym jazzmanem. Jeśli wierzyć faktom, bywa kurierem rowerowym, okazjonalnym redaktorem w Sejmie, a w internecie - recenzentem filmowym, publicystą kulturalnym i blogerem. Publikuje lub publikował m.in. w Korporacji Ha!art, Magazynie Gazety Wyborczej „Osiem Dziewięć”, Kulturze Liberalnej, Ekranach i na portalu Esensja.pl.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Jedna odpowiedź do “Dlaczego nie mam prawa jazdy?”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *