Nie daj się nowoczesności. Bądź jak moja babcia

20 minut czytania
1899
1
Zofia Kociołek-Sztec
Zofia Kociołek-Sztec
22 lutego 2019

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

W dobie, kiedy niemowlęta stymuluje się książeczkami kontrastowymi, każdy świąteczny pierniczek musi się znaleźć na Instagramie, a kobiety piekące na weekend ciasta dla swojej rodziny są niczym białe kruki, na straży dawnego świata stoi ona: moja babcia. Pochylona nad piekarnikiem czy prodiżem albo ze skromnym uśmiechem wnosząca talerz świeżo usmażonych faworków.

Miałam to szczęście, że z moimi dziadkami i babciami mogłam spędzić znaczną część mojego dotychczasowego życia. W dużej mierze dzięki nim dzieciństwo wspominam jako sielankę. Dziś żyje tylko mama mojej mamy, a ja jestem na tyle dorosła, żeby wyłapać co tak naprawdę jest w życiu ważne. Kiedy sama zostałam mamą (a było to niecały rok temu) chętniej zaczęłam ją pytać o to, jak wyglądały jej początki macierzyństwa. Zdawałam sobie sprawę, że oczywiście nie było pampersów, setek modeli wózków, komody z przewijakiem, nawilżanych chusteczek i innych niezbędnych dziś akcesoriów, ale przypuszczałam, że jakoś to było.

No właśnie: jakoś

Babcia zaczyna opowieści od „Dziecko, ja to miałam szczęście. Edek (mój dziadek) był wojskowym to było lepiej”. Kiedy urodziła moją mamę i wróciła do domu ze szpitala, w sypialni czekało wiklinowe łóżeczko. Wspomina to z wyraźnym wzruszeniem i mówi, że było pięknie pościelone. Wyprawka? Musiała jechać do Łodzi do szpitala wojskowego ze stosownym zaświadczeniem, na podstawie którego takową się dostawało. W sklepach albo nic nie było, albo było poza jakimikolwiek finansowymi możliwościami. W skład wyprawki wchodziły dwa kaftaniki, trochę tetry na pieluszki i kawałek materiału, z którego można było uszyć coś dla dziecka. Koniec. Wózek? Dostali, jak mama miała kilka miesięcy. Rodzina ze Śląska przysłała, bo zdobyli. Był żółty, w kształcie samochodziku i był jedynym wózkiem na osiedlu więc babcia nawet nie ukrywa, że był powodem do dumy.

Praca na trzy etaty

Wracała z pracy po południu i natychmiast zaczynała prać. Wspomniane dwa kaftaniki, to nie przesada. Wszystkiego było mało, więc trzeba było prać codziennie. Ręcznie oczywiście, bo pralkę, jako jedni z pierwszych w bloku, kupili kilkanaście lat później. Na moje pytanie, czy udało jej się te wszystkie plamy doprać odpowiada, sama chyba trochę zaskoczona, odpowiedzią: „No…. tak”. Dziadek zarabiał nieźle, jak na tamte czasy, ale w domu i tak było biednie. Dlatego babcia dorabiała piekąc ciasta dla znajomych, a później dla znajomych znajomych, bo okazało się, że talent ma wybitny. Mama do dziś wspomina, że przed świętami Bożego Narodzenia po mieszkaniu chodziło się wzdłuż makowców ułożonych jeden za drugim, czekających na odbiór zamówień. Telefony się urywały, ludzie błagali żeby zgodziła się upiec „jeszcze dla nich tylko”, bo zapomnieli, nie zdążyli itd. Babcia oczywiście się zgadzała, dziadek klął na czym świat stoi, bo ani żony, ani miejsca w mieszkaniu, ani dostępu do kuchni przez ten czas nie miał, a przecież święta trzeba było przygotować.

Słynne imieniny

Mam wrażenie, że stół w ich pokoju był z gumy, bo potrafiło przy nim usiąść kilkanaście osób, najeść się, napić, pożartować i powspominać. Babcia wnosiła co chwilę, jakby od niechcenia, a to pieczone udka, a to pieczarki podsmażone, a to pasztet. Wszystko robione przez nią, po powrocie z pracy, po tym jak już skończyła to codzienne pranie. I wcale nie siadała z gośćmi wkurzona jakatoonajestumęczona no naprawdę. Była uśmiechnięta, uprzejma, częstująca wszystkim. Kiedyś wydawało mi się, że to jest takie oczywiste. Jak bardzo się myliłam.

Znowu u babci

Na szczęście świat zwalnia, kiedy pojawiam się u babci. Jako ukochaną wnuczkę zdetronizowała mnie wprawdzie Wanda – wyczekana prawnuczka – ale jako jej mama wciąż mam wysokie notowania. Dzień Babci. Jak zwykle pojechałam z „wizytą – niespodzianką” i bukietem kwiatów. Specjalnie nie uprzedzałam, że będę, bo wiedziałam że jak się zapowiem to babcia przygotuje catering jak dla wojska, a nie chcę jej nadwyrężać. Liczyłam na to, że się nas nie spodziewa, bo Wanda jest malutka, bo późno po pracy, bo daleko. Najpierw w drzwiach wielkie zaskoczenie i łzy szczęścia. Wchodzimy do mieszkania, idę do kuchni jak na autopilocie. Są. W prodiżu udka z kurczaka, a na gigantycznej patelni mielone. Ogórki już naszykowane, masło wyjęte z lodówki żeby było miękkie. Obok stoją plastikowe pojemniki dzieckoweźprzecieżjategoniezjemjatodlawaszrobiłam. Babcia się uśmiecha i mówi „Tak myślałam, że przyjedziesz, bo nie dzwoniłaś”.

Mam wrażenie, że ta kobieta ma w sobie jakąś magiczną moc. Nie tylko wstrzymuje czas, ale też – z perspektywy czasu wiem – że ma jakąś nieprawdopodobną intuicję. Pamiętam jak tata przywoził mnie do dziadków na weekendy Syrenką. 40 km po ówczesnych drogach pokonywanych samochodem, który już wtedy lata świetności miał dawno za sobą. Za każdym razem, kiedy wchodziłam do dziadków do mieszkania, babcia stała w przedpokoju kończąc kręcić kogel-mogel – żebym przypadkiem nie musiała czekać. Do dziś nie wiem, jak ona to robiła, że te cudowne żółtka z cukrem były zawsze co do minuty na moje przyjście. W niedzielę natomiast od samego rana babcia chodziła i płakała – bo wyjeżdżałam, rzecz jasna.

Żyjemy coraz szybciej

To wyświechtany frazes, ale nie da się ukryć. Gdzie się podziały te słynne, polskie imieniny, zakrapiane wódką, smakujące ogórkami kiszonymi i zimnymi nóżkami? Prawdziwe święta z tradycyjnymi, domowymi potrawami i wykrochmalonym obrusem? Narodowym sportem stało się teraz prześciganie w opowiadaniu, jak to na nic nie ma czasu, jacy to wszyscy są zabiegani, no i koniecznie że trzeba się spotkać, ale to się na spokojnie pogadamy… Diety pudełkowe, trening 30-minutowy, animowane GiFy zamiast ręcznie wypisywanych kartek świątecznych. Czas niby zaoszczędzony, lajkujących znajomych na fejsie nie brakuje. Tylko czy aby na pewno o to chodziło?

Nowoczesne babcie

Patrzę na moją mamę, która dopiero zaczyna swoją karierę jako babcia. Oczywiście zakochana we wnuczce po uszy, przyjeżdża, opiekuje się, gotuje, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to nie to samo. Może to kwestia współczesnego świata? Dzisiejsze babcie są długo aktywne zawodowo, niechętnie się starzeją, chodzą na gimnastykę i do kina z koleżankami. Mają prawo jazdy i jeżdżą po świecie. Używają kremu na noc, malują paznokcie, gotują zupy-krem i makaron z krewetkami. Mają konto na Facebooku, a ciasta kupują w cukierniach, bo bez paprania i na pewno smacznie. Chcą być babciami na miarę naszych czasów, chociaż zostają nimi później, niż kobiety w poprzednich pokoleniach. Porównajmy ze sobą pokolenie z roku ok. 1980 i 2017.

W latach 80. większość dzieci w wieku 5-10 lat miała dziadków w wieku 51-56 lat. Obecnie kilkuletni wnuczek ma babcię czy dziadka w wieku nawet 65-70 lat. To ogromna różnica, a choć średnia życia się wydłuża, a – jak już wspomniałam – starzejemy się wolniej i mniej chętnie. Bo choć z jednej strony dziadkowie w znacznej części są już wtedy na emeryturze, to jednak ich kondycja może okazać się niewystarczająca do biegania za wnuczętami po placu zabaw czy po plaży podczas wspólnych wakacji.

Smutna refleksja nad wspólnym czasem jest taka, że mamy go coraz mniej i coraz krócej „zazębiają” wnukowie z dziadkami. Muszę przyznać, że to był jeden z argumentów za tym, by w miarę możliwości szybko zostać mamą. Późne macierzyństwo to przecież jeden z powodów wspomnianego stanu rzeczy. Jeszcze trzydzieści lat temu średni wiek kobiety, w którym rodziła pierwsze dziecko, to ok. 26 lat. Dziś jest to 30, czego jestem najlepszym dowodem.

Żyjmy dłużej

Wracając na chwilę do wydłużającej się średniej długości życia: amerykańscy naukowcy pod kierunkiem Kristen Hawkes z University of Utah udowodnili, że tendencja ta jest efektem… posiadania babci. Badano stada szympansów i zaobserwowano, że babcie opiekują się szympansiątkami odstawionymi od piersi matki. Dzięki temu matka może szybciej mieć kolejne dziecko, bo nie musi zajmować się poprzednim. Naukowcy dowodzą, że dzięki babci córka może mieć więcej dzieci, a więc geny długowieczności, które posiada babcia, przekazywane są większej liczbie wnuków. W efekcie geny te zaczynają dominować w populacji.

Niezależnie jednak od badań, z całą pewnością warto docenić babcie. Te które mamy i te które już odeszły, ale żyją wciąż w naszych wspomnieniach. Zatrzymać się na chwilę i zastanowić co tak naprawdę jest w życiu ważne. Moje dzieciństwo pachniało koglem-moglem, kluskami na parze, słynnymi „okienkami” smażonymi na upiornie głębokim tłuszczu. Pączkami, makowcami, babeczkami. Pachniało bezgranicznym uwielbieniem i bezwarunkową akceptacją. Rodzinne spotkania były gwarne, wypełnione opowieściami, wspomnieniami, śmiechem, toastami. Były prawdziwe. Czuję, że zostałam „wyposażona” w takie pokłady miłości, że śmiało mogłabym obdzielić nią kilka osób. Czego życzę mojemu dziecku, moim i w ogóle wszystkim wnukom świata? Takiego dzieciństwa osładzanego i kreowanego przez najprawdziwszą babcię na świecie. Wierzę, że kiedyś uda mi się taką być.


Nie zgadzasz się z autorką? Napisz do nas, jaka była Twoja babcia: listy@igimag@pl

Zofia Kociołek-Sztec
Zofia Kociołek-Sztec
Gdyby wypalił jej plan A, dziś byłaby księżną Monako. Plan B zakłada posiadanie pałacu na Dolnym Śląsku, w którym będzie mieszkać i przyjmować gości podając kawę w prawdziwej porcelanie. Póki co nosi replikę pierścionka księżnej Kate, a zamki poznaje jako turystka. Aktualnie funkcjonuje jako królowa-matka małej Wandy. Z zawodu jest PR-owcem. Uwielbia dobre jedzenie, książki (choć najchętniej na okrągło czytałaby „Dumę i uprzedzenie”), galopy na swoim rudym koniu po lesie i weekendowe wypady, podczas których razem z mężem odkrywają niesamowite miejsca w Polsce lub oglądają rekonstrukcje bitew. Życie z nią to nieustanna sinusoida – albo krzyczy albo się śmieje. Jej motto to „ostatni łatwy dzień był wczoraj”.
AUTOR

Polecamy