Wyprawa po złote runo, część 1

11 minut czytania
957
0

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Reportaż powstał w oparciu o rozmowę z rodzicami autorki, której ojciec w 1987 r. wyjechał na handel do Turcji. W środę druga część wspomnień.

Nad Wisłą zarabiało się miesięcznie 15 dolarów. Pasek rozrządu do malucha kosztował w Pewexie 7,60 dolarów. Jeansy – 7, Wranglery 8-9, Levisy – 10. Pół litra wódki 90 centów. Do tego jeszcze utrzymać dzieci trzeba było.

– W tamtych czasach inaczej się pracowało. Praca to była amatorsko-zawodowa. Urlop można było brać i co miesiąc. Bez problemu dostawało się urlop bezpłatny. Jak się zarabiało w Polsce miesięcznie 15 dolarów, a z wyjazdu choćby 100 dolarów się przywiozło, to to już było coś. Studenci jeździli na wakacje po krajach socjalistycznych i wiedzieli co wymienić… Że niby wycieczka, a tak naprawdę na handel. Nikt nic nie zwiedzał, tylko handlował.

W Rosji kupowało się złoto. W Niemczech szły ozdoby do włosów. Z Bałkanów do Wiednia można było przewieźć palinkę. Na Węgry wiozło się, oczywiście, kryształy, a z Turcji zabierało spodnie, swetry i jedwabne bluzki.

– Już na Węgrzech sprzedałem moją własną skórzaną kurtkę, którą w Polsce kupiłem za 15 dolarów. Kolega powiedział, że swojej nie sprzeda za mniej niż 100 i ostatecznie ukradli mu ją później w Bułgarii.

Już w latach sześćdziesiątych Polacy mówili: jesteśmy zbyt ubodzy, żeby urlop spędzać w Polsce 1. Ludzie masowo wyjeżdżali na zagraniczne wakacje, żeby dorobić. Dotyczyło to nie tysięcy a milionów Polaków. Zjawisko to było tak powszechne, że w latach osiemdziesiątych ten amatorsko-turystyczny przemyt pozbawił marynarzy monopolu na nielegalny handel zagraniczny. Wyjazd na „wakacje” stał się sposobem na zdobycie dewiz, za które z kolei można było poprawić swój los: kupić meble, traktor czy chociażby materiały budowlane potrzebne do postawienia domu. Wszystko to było dostępne w Pewexie bez zapisów, bez kolejek, bez wieloletniego oczekiwania. Wystarczyło tylko mieć dolary. W efekcie w 1988 r. obrót w ramach tzw. eksportu wewnętrznego (czyli transakcji zawieranych w dolarze) wyniósł 700 mln złotych. Co stanowiło aż jedną czwartą całej sprzedaży detalicznej w Polsce.

Zanim jednak Polak mógł choćby pomyśleć o karierze handlarza, musiał zainwestować.

Etap I: Inwestycja

W 1987 r. za granicę można było jechać na wycieczkę zorganizowaną, albo samodzielnie – ale  tylko pod warunkiem, że miało się w kieszeni co najmniej 150 dolarów. Wtedy już walutę amerykańską można było w Polsce posiadać, nie można nią było tylko obracać. Legalne było nawet trzymanie jej na koncie w banku i życie z odsetek.

Żeby wyjazd za wycieczkę uznać za przypieczętowany, na policji składało się odpowiedni wniosek o wydanie paszportu. Trzeba było odstać swoje w kolejce, a potem jeszcze raz przyjść i postać, żeby go odebrać. Paszport dać mogli, albo i nie. A jak dali to po przyjeździe trzeba było od razu go zwrócić.

– Nie daj boże jak Ruscy znaleźli za dużo towaru w aucie, albo za dużo złota. Bili wtedy w paszport: „Międzynarodny kombinator”. I drugi raz paszportu ci już nie dali.

Na handel nie jechało się kasą w kieszeni. W zasadzie na żadnym etapie tej podróży nie jechało się pustym autem. Pierwszy towar – skórzane kurtki – mój ojciec i jego kolega kupili w Radomiu na bazarze nazywanym w tamtych czasach Koreą. Wszystko musiało zmieścić się w maluchu. Trzeba było zorganizować do niego cztery opony i wymienić kilka części.

– W Radomiu za oponami staliśmy kilka dni, po czym okazało się, że pomyliliśmy miejsca. Wziąłem pożyczkę, chwilówkę, trzy pensje. Pieniądze jeszcze tego samego dnia ukradli mi w pracy.

Trzeba było wyciągnąć zaskórniaki, żeby zdobyć pozwolenie na wyjazd i paszport, no a później kupić jeszcze na Korei te wszystkie jeansy, podnośniki do aut, rajstopy, kryształy, spinki do włosów… no i zatankować kanister benzyny.

Podstawą było zaopatrzenie się w benzynę. W Rosji nie było kartek na paliwo dla turystów. A w Polsce była benzyna tylko na kartki. Sztuką logistyki było więc tak zaplanować podróż, żeby na kartkach dojechać do Rosji i w miarę tanio dojechać potem do Turcji. A potem na każdej granicy modlić się o to, żeby celnicy tego kanistra nie znaleźli.

Etap II: Towar

– Kupiliśmy w Polsce podnośnik, taki wielki, wrzuciliśmy go do malucha z przodu. Samochód siadł. Nawtykane było wszędzie…  Do tego w maluchu znalazło się jeszcze miejsce na: jeansy, rajstopy, kryształy, papierosy, butelki z wódką, pompę paliwową do samochodu, wyciągi linowe, portfele, swetry, woreczek diod, galanterię skórzaną. A na koniec cały akwalung i butle gazowe.

– Akwalung wzięliśmy z myślą o Turcji, bo tam dla turystów to brali. A z Turcji do Polski wieźliśmy gniecione płaszcze kreszowe, koszule jedwabne, swetry i koszulki LaCoste.

Wódkę, czystą i żytnią, brało się przede wszystkim na handel w Rosji. I na łapówki dla rosyjskich policjantów, którzy kontrolowali prędkość samochodów bez radaru.

Na targu w Wiedniu, tydzień przed Wielkanocą, spotkali pierwszego profesjonalistę. Nie woził ze sobą akwalungów ani podnośników do aut i kryształów. Podjechał na targ i otworzył bagażnik, cały wyłożony ręcznie malowanymi pisankami, które kupował na Ukrainie po kopiejce i z dziesięciokrotnym przebiciem sprzedawał na Mexicoplatz przed Wielkanocą.

Wiedeń, Mexicoplatz

Na Mexicoplatz handlowali w zasadzie sami Polacy. Wiedeński targ wraz z berlińskim Potsdamerplatz były największymi czarnorynkowymi targowiskami w Europie. Można było nie tylko sprzedawać, ale nawet oficjalnie wymienić pieniądze w kantorze, co Polacy chętnie robili. Ale wymieniali oczywiście nie na złotówki, tylko na dolary. W Polsce dolar był już wtedy nieoficjalną drugą walutą, wszyscy wszystko przeliczali na dolary – swoje zarobki, ceny, oszczędności.

O tym co najlepiej w którym kraju się sprzedaje wiedzieli wszyscy, zwłaszcza jeśli mieszkali w miarę blisko granicy albo mieli rodzinę za granicą.

– Prawie każda odprawa celna wycieczki orbisowskiej do tych krajów [Turcja, Egipt, Biski Wschód] już w Międzynarodowym Dworcu Lotniczym przybierała kształt bazaru iście wschodniego. W krótkim czasie trwania kontroli celnej lady wypełniają się maszynami do szycia, magnetofonami, kryształami, wyrobami ze szkła, żelazkami, grzałkami, wentylatorami, setkami wierteł, pędzlami do malowania mieszkań, artykułami kosmetycznymi i wieloma innymi towarami – tak kontrole przed wylotem opisywał w 1974 r. dziennikarz pisma Głównego Urzędu Ceł 2.

Cennym produktem mogło okazać się praktycznie wszystko, o ile tylko posiadało się go w więcej niż jednym egzemplarzu. Jeden ze znajomych non stop przewoził do Niemiec lepy na muchy.

Co sprzedawało się w Austrii i jak być jak Milo Minderbinder — już w środę!

1,2 Wszelkie dane na temat czarnego rynku w Polsce pochodzą z książki: Tylnymi drzwiami Czarny rynek w Polsce 1944-1989, Jerzego Kochanowskiego

Justyna Dzik-Wykrętowicz
Justyna Dzik-Wykrętowicz
Z zawodu prawnik, ale większość czasu poświęca na pisaniu o podróżach, głównie na Z dala od biura i Plan Poland. Zwykle podróżuje z rowerem, z dobytkiem sformatowanym do rozmiaru sakwy. Czasem w nocy marznie w namiocie, ale jak dobrze wycyrkluje, to poranna kąpiel jest w jeziorze.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Dodaj komentarz