Wyprawa po złote runo, część 2

12 minut czytania
5263
0

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Prezentujemy drugą część reportażu, który powstał w oparciu o rozmowę z rodzicami autorki, której ojciec w 1987 r. wyjechał na handel do Turcji.

W Austrii trzeba było tak kluczyć, żeby nie wjechać przypadek na płatną autostradę. Na trasie do Jugosławii, w nocy, zatrzymała ich policja, która w przeciwieństwie do milicji w ZSRR, radar już miała, a do malucha przyczepiła się też za niedziałające światełko. – Policjant mówi, że się nie pali światełko. A w maluchu się nigdy to światełko nie paliło. Więc mówię do niego po niemiecku, że zaraz poruszamy autem to się zapali.

Chcieli wlepić mandat, płatny na miejscu, który by zrujnował całą wyprawę. – Mówimy, że nie mamy, to on mówi, że musi nas zatrzymać, w areszcie, a sprzeda na aukcji to co mamy w samochodzie. I spojrzał na ten akwalung. A my mówimy: Dobra! To będziemy siedzieć w pierdlu. Już lepiej stracić tych parę rubli, niż te szylingi, które były bezcenne.

Policjant zrezygnował. Ostatecznie zapłacili mandat w złotówkach – 15 milionów złotych. Grosze.

Polak w niebezpieczeństwie

Kurtka która nie poszła na Węgrzech ostatecznie rozstała się z właścicielem w Bułgarii. Na placu Newskim w Sofii kolega „sprzedał” kurtkę za plik gazet zawiniętych w kilka dolarów. Chwilę potem podjechał do nich radiowóz. – Zabrali paszporty i kazali jechać za sobą. Pomijając tą kurtkę kolegi, myśmy już mieli całą puszkę po chałwie dolarów no i całe auto towaru. A nic jeszcze nie zdążyliśmy dobrze zahandlować. Ale patrzę, że my wcale nie jedziemy na komisariat tylko tu zabudowania coraz mniejsze, to nas chcą ogołocić z bandą jakąś.

Na jednym ze skrzyżowań zobaczyli sklep. Skorzystali z tego, że radiowóz skręcił w boczną uliczkę.

– Wpadam do środka, drę się żeby mi telefon dały, żeby udać, że gdzieś dzwonię. I ci zmiarkowali, że mogłem gdzieś dać sygnał. Ta baba w sklepie to nawet telefonu mi nie chciała dać. Potem wróciłem do auta i pojechaliśmy dalej za nimi. I widzę, że radiowóz skręca w lewo, więc mówię „Mirek, do krawężnika”.

W krawężniku była przerwa na studzienkę. Zwolnili, otworzyli drzwi i wsunęli puszkę po chałwie między studzienkę, a krawężnik. I ruszyli dalej do uliczki, w którą skręcił radiowóz.

Ostatecznie konfrontacja z policją skończyła się szarpaniną. Policjant podszedł do kierowcy z lewej strony z paszportami – Mówię: „nie gaś silnika”. Ten co koło Mirka był, okno kazał mu otworzyć i rękę wsadził, tak o, przez okno, chciał kluczyli wyjąć. Ten okno zamknął, rękę mu przycisnął, a ja wtedy jemu te paszporty z ręki i go pchnąłem. I do malucha. I ruszamy. I ten z tą ręką uwieszony. Mirek odkręcił szybę i pojechaliśmy. I wiesz, że nie gonili nas?

Etap III: W trasie

Jeśli kiedykolwiek zastanawiałaś się dlaczego Milo Minderbinder, najlepszy oficer aprowizacyjny na świecie, był w stanie zarabiać z zyskiem sprzedając jajka po cenie niższej niż kupował, to prawdopodobnie nigdy wcześniej nie robiłeś w „handlu”. Wyjazd zarobkowy to nieustanne wsłuchiwanie się w potrzeby rynku i reagowanie na najmniejsze wahania.

Z Polski do Rosji jechało się po towar. Stamtąd do Węgier, Austrii, Jugosławii, z powrotem do Austrii, do Bułgarii i w końcu do Turcji. Z powrotem przez Bułgarię, do Jugosławii, Austrię i do Polski.

Do Rumunii się nie jechali, bo uważana była za zbyt niebezpieczną. – Koła mogli Ci odkręcić w jadącym samochodzie.

Na Mexicoplatz w Wiedniu zaczepiła ich mówiąca po polsku dziewczyna – Zabrała cały spirytus. I mówi, że każdą ilość weźmie, bo ma bar, a gorzała u nich droga. Z Wiednia pojechaliśmy do Jugosławii. Mieliśmy jeszcze jakiś towar, więc stanęliśmy tam na targu. A okazało się że tam na targu oprócz towaru mają tej palinki na litry. Zakupiliśmy więc gorzały i z powrotem do Wiednia, do tej babki… A przecież tej gorzałki też nie można było mieć Bóg wie ile… To wszystko poszło za jakieś groszowe sprawy. Ale to wtedy były dla Polaków miliony…

Etap IV: Powroty

Ile trwała ta cała wyprawa? Tydzień. Po siedmiu dniach byli z powrotem w Polsce. To czego nie przehandlowali w drodze powrotnej na Mexicoplatz, sprzedali na targu w Radomiu. – Pojechaliśmy na Koreę w Radomiu, a tam taki ścisk, cudowne lata do handlu. Na ręku trzymało się towar, jak na przedwojennych, na Karcelaku. Tu torba stoi na ziemi, a tu koszule dwie w ręku. Wszystko poszło.

Dziesięć minut po tym jak zadałam mojemu ojcu pytanie o to, gdzie w tej podróży spali, ten wciąż nie może sobie przypomnieć żadnych szczegółów. – W Turcji spaliśmy w jakimś obskurnym hoteliku, poza tym to chyba ciągle w samochodzie, jakieś śpiwory mieliśmy, jeden jechał, drugi spał. Ale gdzie spać, skoro tyle towaru było w samochodzie, trzeba było pilnować, żeby nie rozkradli. W domu się człowiek wyspał na zaś. Gdybyśmy mieli wtedy zacięcie handlowe, to trzeba było zapakować 20 kurtek w auto i jechać za tydzień z powrotem… A mnie po powrocie przez tydzień śniły się tylko tylne światła samochodu.

Justyna Dzik-Wykrętowicz
Justyna Dzik-Wykrętowicz
Z zawodu prawnik, ale większość czasu poświęca na pisaniu o podróżach, głównie na Z dala od biura i Plan Poland. Zwykle podróżuje z rowerem, z dobytkiem sformatowanym do rozmiaru sakwy. Czasem w nocy marznie w namiocie, ale jak dobrze wycyrkluje, to poranna kąpiel jest w jeziorze.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Dodaj komentarz