2499 metrów nad poziomem morza

16 minut czytania
1889
0
Gosia Nowakowska
Gosia Nowakowska
23 marca 2019

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Najwyższy punkt naszego kraju, jeden z wierzchołków Rysów. Gdyby zresztą kiedyś przyszło ci wypełnić test z pytaniem o wysokość tej góry, to nie zrób się przypadkiem w jajo. Wynosi ona bowiem 2503 m n.p.m., czyli tyle, ile ma najwyższy, ale już leżący po słowackiej stronie granicy, wierzchołek. Wróćmy jednak na ten o cztery metry niższy – dach Polski, bo to on jest magnesem, który przyciąga rokrocznie rzesze turystów.

Pamiętam taką sytuację ze swoich licealnych lat, gdy przyszedł czas wyboru destynacji jednej z wycieczek. Polonistka, nasza wychowawczyni, zapalona turystka górska, chciała najwidoczniej coś niecoś ze swojej pasji zaszczepić podopiecznym, gdyż zaproponowała nam wyjazd w Tatry. Głośno puszczając wodze fantazji, wspomniała coś o możliwym wejściu na Świnicę. Nic nam ta Świnica  nie mówiła, nie znaliśmy jej wysokości, jej zdjęć nie było w podręczniku geografii, reakcja zatem była szybka i dość chóralna: „A na Rysy by się dało?”. Nauczycielce nie pozostało nic innego, jak, zgodnie ze stanem faktycznym, odpowiedzieć, że owszem. „To my chcemy na Rysy” – padła z kilku gardeł na raz odpowiedź. Jednym z tych gardeł było moje własne. Dlatego nie mam w sobie nawet krzty niezrozumienia dla grupy licealistów z Tychów, którzy kilkanaście lat temu, zimą, pierwszy raz mając w rękach czekany, podążyli za swoim nauczycielem nie gdzie indziej, jak właśnie na Rysy. Za to bardzo wiele niezrozumienia, już jako dorosła osoba, nota bene nauczycielka, mam wobec postawy opiekuna, który zdecydował się te dzieciaki tam zabrać.

Widok na Rysy latem

Na tyskim cmentarzu jest jedna alejka smutniejsza od wszystkich innych. To tam, obok siebie, spoczęli uczniowie, którzy ze styczniowej wycieczki na najwyższy szczyt Polski powrócili w trumnach. Powracali zresztą osobno, stopniowo, bo siła lawiny, która ich porwała, rozkruszyła lód na położonym poniżej Czarnym Stawie, długo uniemożliwiając odnalezienie ciał. Ostatnie wyłowiono z wód tatrzańskiego jeziora dopiero w czerwcu. „Aniołki” – tak się mówiło o nich w szkole po wypadku. Sześcioro licealistów, brat jednego z nich, oraz drugi opiekun grupy – za chęć zdobycia zimą Rysów zapłacili najwyższą cenę.

Echa lawiny

Choć w dniu powstawania niniejszego tekstu, od tamtej tragedii minęło już przeszło 16 lat, ta sprawa wciąż powraca do ogólnej świadomości. Po pierwsze dlatego, że dotychczas nie było po polskiej stronie Tatr drugiego równie obfitującego w ofiary wypadku. Po drugie, bo na Rysach co rusz coś się dzieje i skojarzenia ze styczniem 2003 roku nasuwają się same. Po trzecie – bo sprawa powraca w sądzie.

Morskie Oko o świcie. Nawet latem na wycieczkę na Rysy trzeba wyjść bardzo wcześnie.

Proces karny przeciwko Mirosławowi Szumnemu, nauczycielowi geografii oraz prezesowi klubu „Pion”, do którego należeli uczniowie, a jednocześnie organizatorowi feralnej wycieczki, rozpoczął się w 2004 roku. Zakończył się wyrokiem, skazującym nauczyciela, za nieumyślne sprowadzenie zagrożenia, na rok pozbawienia wolności w zawieszeniu na trzy lata. Z racji złożenia przez Szumnego apelacji, odbył się drugi proces, tym razem zakończony wymierzeniem kary dwóch lat więzienia w zawieszeniu na cztery lata. Po dziesięciu latach od zakończenia procesu karnego, w 2016 roku Andrzej Matyśkiewicz, ojciec dwóch zmarłych w wyniku lawiny chłopców, na drodze postępowania cywilnego pozwał Urząd Miasta Tychy, nauczyciela oraz szkolny klub sportowy „Pion” o zapłatę zadośćuczynienia. Wynosić ono miało 700 tys. zł. Ostateczną decyzją 8 lutego 2019 roku sąd, już po uwzględnieniu (a właściwie odrzuceniu) apelacji, zarówno na wniosek powoda, jak i pozwanego nauczyciela, przyznał poszkodowanemu 140 tys. zł zadośćuczynienia, obciążając obowiązkiem zapłaty wyłącznie Szumnego.

Matyśkiewicz jest jedynym przedstawicielem poszkodowanych rodzin, który zdecydował się na walkę o zadośćuczynienie. Być może otworzył tym furtkę dla kolejnych pozwów. Z pewnością wystawił się na publiczną krytykę, jakoby wycenił życie swoich dzieci. Cierpienia o tej skali nie da się porównać, ale postać Matyśkiewicza jawi się jako najsmutniejsza w całym tym dramacie. Stracił dwóch synów, a właściwie obydwu – bo poza Łukaszem i Andrzejem nie miał innych dzieci. Czy ból związany z utratą dziecka da się w ogóle pomnożyć razy dwa? Czy Matyśkiewicz złośliwie uwziął się na nauczyciela? A może to inni zbyt łatwo odpuścili? Czy wyrok w zawieszeniu, to nie nazbyt łagodna kara dla kogoś, kto gromadę swoich uczniów poprowadził właściwie w szczęki śmierci? Czy może nauczyciel, zwyczajnie, po ludzku, miał prawo popełnić błąd? Na te pytania nie ma jasnej odpowiedzi.

Kontrowersyjna zbiórka

Mirosław Szumny, obecnie na emeryturze, był szanowanym i lubianym nauczycielem. Pewnie dlatego reakcja na zbiórkę pieniędzy zorganizowaną na internetowym portalu przez jedną z absolwentek liceum, w którym pracował, była niemalże natychmiastowa. Kwota, powiększona o odsetki, została zebrana w kilka dni. „To nie czas na ocenianie. To czas na pomoc. Nauczyciel musi zapłacić 140.000 tytułem zadośćuczynienia. Dla każdego z nas to astronomiczna kwota” – tak argumentowała założenie przez siebie zbiórki pani Anna. Osób zgadzających się z jej stanowiskiem znalazło się wystarczająco. Wiadro pomyj też wylało się tu i ówdzie. Zadośćuczynienie zostało spłacone, ale kieszeń tego, który miał je spłacić, pozostała nienaruszona. Czy to dobrze, źle, czy może wszystko jedno? Jasnej odpowiedzi znów brak. Jeśli jednak miałabym zgadywać, obstawiałabym, że Andrzejowi Matyśkiewiczowi nie o to chodziło.

Widok na Czarny Staw ze ścieżki na Rysy

Rysy – góra z okładki

Moja licealna nauczycielka nie zabrała nas ostatecznie na Rysy, na Świnicę zresztą też nie. O ile dobrze pamiętam, weszliśmy na tej wycieczce… na Gubałówkę. Zupełnie nie dziwi mnie to rozwiązanie. Jeśli coś mnie dziwi, to że w ogóle padła głośno propozycja dotycząca Świnicy. Szlaki w Tatrach Wysokich, a tu właśnie leżą zarówno Świnica, jak i Rysy, to szlaki zazwyczaj poprowadzone stromym, eksponowanym, skalistym terenem, niejednokrotnie zabezpieczone łańcuchami, trudne, wymagające i, co tu dużo mówić, niebezpieczne. Przeznaczone raczej dla zaprawionych w bojach turystów górskich, skrajnie niekoniecznie dla napalonych na zdobycie wierzchołka z okładki książki do geografii nastolatków.

W letnie, pogodne dni ruch na Rysach można bez większej przesady porównać do pielgrzymki. Ogółem górska turystyka stała się w ostatnich latach popularna, ale wciąż nie każdy chce iść na Kościelec, czy Kozi Wierch. Bo te nazwy komuś, kto pierwszy raz trafia w Tatry nic nie mówią. A Rysy – owszem. A więc ciągną pochody, od wczesnego, ciemnego jeszcze rana, do późnych popołudniowych godzin, trzaskają migawki aparatów, a lista zdobywców dachu Polski z dnia na dzień wydłuża się o setki nazwisk. Nikomu nie odmawiam przyjemności znalezienia się na tej liście, wszak i moje nazwisko, gdyby rzeczywiście istniała, gdzieś tam na niej by widniało. A jednak nie sposób nie dostrzec, że w tej pielgrzymce niektórzy znaleźli się przypadkowo.  Idą wbrew niekorzystnym prognozom, w ogóle ich nie czytając, nieodpowiednio ubrani, nie spodziewając się wiatru, który uderzy w nich po drodze i na górze, idą nieświadomi, że w maju czy czerwcu szlak bywa przykryty jeszcze śniegiem i wymaga użycia zimowego sprzętu. Zimą oczywiście przesiew jest większy. Już nie tłumy, ale pojedyncze przygarbione sylwetki, odznaczają się od bieli śniegu.

Rysy i Wysoka

Spadać z lawiną

28 stycznia 2003 roku jedynymi ludźmi w Rysie – żlebie, którym zimą wiedzie trasa na szczyt – byli uczestnicy wycieczki. Dzień wcześniej szlak przetarli im koledzy, feralnego dnia odpoczywający w schronisku. W nocy jednak zmieniły się warunki – ociepliło się, spadł deszcz. Obowiązywał drugi stopień zagrożenia lawinowego – w pięciostopniowej skali nazywany umiarkowanym. Przez ratowników określany najbardziej zdradliwym. Nauczyciel nie miał uprawnień do prowadzenia młodzieży w góry, powinien był wynająć przewodnika. A ten zapewne odmówiłby wyjścia z grupą tego dnia. Tak, jak odradzał to Szumnemu, dyżurujący w schronisku przy Morskim Oku, doświadczony ratownik Władysław Cywiński. O godzinie 6.30 wyruszyli, lawina porwała idącą wolniej część grupy niecałe pięć godzin później.

Los nieszczęsnych licealistów podzielili, na szczęście tylko częściowo, dwaj doświadczeni taternicy, podchodzący na Rysy 30 stycznia 2019 roku, by tam rozpocząć wspinaczkę graniową. Dla nich wejście na Rysy nie było wyczynem, nie było spełnianiem marzenia o zrobieniu sobie selfie, które potem opatrzyliby opisem: „wyżej w Polsce się nie da!”. Dla nich to było rutynowe podejście. W przeciwieństwie do nastolatków, dysponowali niemałym górskim doświadczeniem, zdobywanym nie tylko w Tatrach, ale też w górach całego świata. Nawet ono nie uchroniło ich przed wypadkiem lawinowym na, teoretycznie łatwym, podejściu. Jeden z nich, Tomasz Klimczak, przeżycia tego dnia opisał i przeanalizował w tekście, który zatytułował „Biała królowa śmierci”.

Wszystko dzieje się bardzo szybko. Powala mnie na plecy i zabiera w dół, w bezwzględny uścisk białej królowej śmierci. Czuję, że nabieram dużej prędkości. Przez moment udaje mi się utrzymać na powierzchni. […] Przewrotka. Uderzam o coś, wylatuję w powietrze i spadam. Dostaję się pod śnieg. Jest ciemno. Nic nie widzę, ale nadal pędzę w dół. Kolejne mocne uderzenie. Przelatuje myśl, że na pewno coś złamałem. Próbuję nabrać powietrza, ale wdycham śnieg. Zaczynam się dusić. Nie mogę oddychać. […] Czuję jak prawa ręka łamie się w łokciu. Teraz sunę głową w dół twarzą do ziemi. Śnieg przyciska mnie głęboko swoją czarną ciężką łapą wdzierając się do ust. Duszę się i nic nie widzę. Lewą ręką próbuję wypływać na wierzch. Prawa ręka bezwładnie majta się pod nienaturalnymi kątami jakby była z gumy. Nie czuję jednak bólu. Czuję żal, że dzisiaj umrę, że to już mój koniec.

Poza tym dramatycznym opisem znalezienia się we wnętrzu lawiny, w tekście znajdujemy też swoisty rachunek sumienia wspinacza, który cudem uniknął śmierci. „Tego dnia nie powinniśmy się tam znaleźć” – przyznaje.

Kto powinien iść w góry?

28 stycznia 2003 roku w Rysie nie powinna się znaleźć wycieczka z tyskiego liceum. Wiemy to, bo znamy już ciąg dalszy. Dzień wcześniej pierwsza grupa z powodzeniem zdobyła szczyt i bezpiecznie zeszła na dół, ale czy to znaczy, że powinna? Czy są w ogóle zimą takie dni, gdy ktokolwiek, a zwłaszcza grupa dzieci, powinien zdobywać Rysy? Instruktor Polskiego Związku Alpinizmu Bogusław Kowalski podjął się analizy tegorocznego lawinowego wypadku, opierając ją o swoją wiedzę szkoleniową oraz doświadczenie w pracy biegłego sądowego w zakresie wspinaczki. Stwierdza on, między innymi, co następuje: „Przez większą część zimy zacieniona jest droga podejściowa na Rysy, począwszy od Czarnego Stawu. Brak jest więc operacji słońca stabilizującej podłoże. Dlatego zimowe wejście na Rysy uważa się za szczególnie niebezpieczne, ze względu na słabe śniegi, czyli niezwiązaną z podłożem pokrywę śnieżną. Niepisaną zasadą jest uznawanie, iż w rejonie Kotła Rysów i samego żlebu Rysa zagrożenie lawinowe jest o stopień wyższe niż podane w komunikacie”. Ponadto: „Cały szlak […] stanowi naturalne torowisko dla lawin. Osoby znajdujące się w tym jakże rozległym rejonie – niemalże 1200 metrów – są cały czas narażone na znalezienie się na drodze lawiny. […] Nie ma za bardzo możliwości, żeby uciec przed lawiną, gdyż droga podejściowa na całej swojej długości biegnie potencjalnym torowiskiem”. I jeszcze jeden cytat z pana instruktora: „Generalnie trzeba mieć świadomość, że wejście na Rysy od Czarnego Stawu jest jednym z najbardziej zagrożonych lawinami szlaków w Polsce. Dlatego należy omijać ten obszar w wątpliwych warunkach, czyli na ogół przez większą część zimy”. Wobec powyższego, wydaje się, że jeśli ktokolwiek rzeczywiście powinien się znaleźć zimą na szlaku na Rysy, to tylko osoba o olbrzymiej wiedzy lawinowej. Co wcale nie przechodzi mi łatwo przez klawiaturę, bo jeszcze parę lat temu sama się na ten szlak wybierałam.

Zima się skończyła. Nie w Tatrach jednak. Tam śnieg poleży jeszcze długie miesiące. Niebawem wiosna zwiedzie nieświadomych zagrożeń amatorów i, choć wolałabym się mylić, będą kolejne wypadki. Już nie lawinowe, ale wynikające z poślizgnięć na płatach śniegu. Fajnie jest być zdobywcą dachu Polski, potwierdzam. Myślę jednak, że jeszcze fajniej jest być po prostu żywym. Dlatego, jeśli mogę coś zarekomendować, to rozpoczęcie swojej górskiej przygody od innych, łatwiejszych i bezpieczniejszych szczytów.

Gosia Nowakowska
Gosia Nowakowska
Z wykształcenia pedagog, z zamiłowania człowiek gór, o których bloguje na Rudazwyboru.pl. Trochę pisze, trochę biega, trochę się wspina, ale - nie oszukujmy się - marzy o tym, by móc całymi dniami oglądać seriale. Po trzydziestce stara się być po prostu sobą, cokolwiek miałoby to znaczyć.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Dodaj komentarz