Elżbieta Rakuszanka — matka królów Europy

Co wiemy o najbrzydszej kobiecie swojej epoki?
20 minut czytania
4002
0

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Publikujemy kolejną fascynującą historię kobiety, która wpłynęła na losy świata. W naszym cyklu pisaliśmy już o carycy Katarzynie, Izabeli Czartoryskiej, Mariannie Orańskiej, cesarzowej Sisi, księżnej Daisy.

Była podobno tak brzydka, że Kazimierz Jagiellończyk przed ich aranżowanym ślubem zamknął się na dwa dni w swoich komnatach i chciał się wycofać z układu politycznego. Dobrze, że tego nie zrobił, bo jego przedsiębiorcza żona obsadziła trzynastkę ich dzieci na najznamienitszych tronach Europy i uczyniła z Polski potęgę. Poznajcie Elżbietę Rakuszankę.

Najpierw jednak, gwoli wyjaśnienia: skąd określenie Rakuszanka, które w poniższym tekście będzie pojawiać nad wyraz często? Otóż w dawnej Polsce tereny niewielkiego księstwa Austrii (które oczywiście nie pokrywają się z terytorium dzisiejszego państwa) nazywano Rakuzami. Dlatego właśnie w polskiej historiografii Elżbieta nazywana jest wymiennie Rakuską lub Rakuszanką.

Dzieciństwo

Trzeba przyznać, że początki miała niełatwe, choć jeśli chodzi o rodzinę, w której przyszła na świat, to teoretycznie jej się powiodło. Była córką księcia austriackiego Albrechta V Habsburga, władającego kilkoma państwami ówczesnej Europy. Koligacje od strony matki także można nazwać co najmniej obiecującymi. W jej żyłach płynęła więc krew nie tylko habsburska, ale również andegaweńska i piastowska. Na tym kończy się jednak lista sprzyjających okoliczności.

Kiedy Rakuszanka ma 4 lata umiera jej ojciec. W tym samym czasie rodzi jej się brat, którego matka koronuje natychmiast na króla Węgier, wchodząc tym samym w konflikt z Władysławem Jagiellończykiem, znanym nam lepiej jako Warneńczyk. Ostatecznie to on przejmuje władzę na Węgrzech, a matka Elżbiety ucieka z kraju pozostawiając swoje dzieci pod opieką kuzyna – Fryderyka III Habsburga. Od tej pory nasza bohaterka zaczyna mieć kłopoty, bowiem wuj nie był – najoględniej mówiąc – zainteresowany stworzeniem prawdziwego domu przygarniętym podlotkom. Słynął w świecie z niebywałego wręcz skąpstwa, a ówczesne kroniki mówią o małej, wygłodzonej królewnie w łachmanach. Zaniedbana i osłabiona Elżbieta zachorowała na gruźlicę kości, która spowodowała nieodwracalne deformacje w ciele dziewczynki.

Jedyne, o co względnie Fryderyk zadbał, to była edukacja podopiecznych. Choć biorąc pod uwagę stopień wykształcenia rodzeństwa Elżbiety trudno oprzeć się wrażeniu, że przyszła królowa Polski już jako dziecko była świadoma, że jej kartą przetargową może być  –  obok zacnego pochodzenia – tylko wiedza i obycie w świecie. Jej nauczycielem był między innymi późniejszy papież Pius II, autor słynnej książki „O wychowaniu dzieci”, książki która w życiu Elżbiety odegrała znaczącą rolę. Dziewczynka, również dzięki oddanej niani Helenie Kottanerin nauczyła się czytać, poznała łacinę, niemiecki, węgierski, a także historię i geografię.

Wracając do pochodzenia Habsburżanki, wuj wcale nie szukał okazji do korzystnego mariażu podopiecznej. Na szczęście o koligacje z Habsburgami, umocnione więzami małżeńskimi, zabiegało kilku książąt. O rękę Elżbiety dwukrotnie starali się Jagiellonowie, chcąc zapewnić sobie panowanie nad Czechami i Węgrami oraz sojuszników wobec ciągłych konfliktów z krzyżakami. Za pierwszym razem miała kilka miesięcy, a za drugim była szesnastoletnią panną. Drugi raz okazał się skuteczny.

Elżbieta była też zaręczona z synem elektora brandenburskiego – Fryderykiem, ale ten zmarł zanim doszło do ślubu. Swatano ją również z księciem Burgundii i delfinem francuskim – późniejszym królem Ludwikiem XI. Co ciekawe, księżniczka w pewnym momencie została odesłana przez Fryderyka III do hrabiego Urlyka von Cilli. Słynął on ze swojego swobodnego podejścia do kobiet. Kiedy któraś mu się spodobała, mordował jej męża i żył z nią jak z żoną. Oczywiście do momentu, kiedy mu się nie znudziła. Elżbietę podobno uratowała jej brzydota.

Jak zatem więc wyglądała Habsburżanka?

Czy była rzeczywiście aż tak szpetna? Otóż… była. Z całym szacunkiem dla jej osiągnięć, jako polskiej królowej, ponadprzeciętnego wykształcenia,  to jeśli chodzi o aparycję to wyciągnęła najkrótszą zapałkę z możliwych. Źródła historyczne konsekwentnie milczą na temat wyglądu księżniczki, ale archeolodzy są bezlitośni. Badania jej szczątków zidentyfikowanych i ekshumowanych na Wawelu w 1972 roku pozwoliły na odtworzenie postaci Elżbiety.

Bez wątpienia miała dużą wadę zgryzu. Jej górne siekacze rosły prawie poziomo, przez co cały czas były widoczne spomiędzy warg. Jakby tego było mało, miała wysunięte kości żuchwy i dolną wargę. To nie koniec, a przypominam, że jesteśmy dopiero przy twarzy. Prawa połowa czaszki była słabiej rozwinięta niż lewa, co z kolei sugeruje nie tylko zaburzenie proporcji twarzy, ale też nieprawidłowe ustawienie głowy. Wiadomo, że cały czas przechylała ją w jedną stronę. Wysokie oczodoły każą się domyślać, że twarz miała wąską i długą. Sylwetka również nie zachwyca. Wspomniana gruźlica kości zaowocowała skoliozą i lordozą, czyli znaczną deformacją kręgosłupa, na kształt litery S. Kręgi piersiowe królowej były zrośnięte w jeden blok kostny. Na podstawie kości długich obliczono, że gdyby nie skrzywienie kręgosłupa mogła mieć nawet 169-173 cm, ale jej faktyczny wzrost nie przekraczał 160 cm (co i tak ówcześnie uchodziło za wzrost wysoki). Wiadomo też, że miała długie, blond włosy.

Mimo tak niefortunnej aparycji, polskie poselstwo było zdeterminowane. W sierpniu 1452 roku udało się im wynegocjować rękę Elżbiety dla Kazimierza Jagiellończyka. Półtora roku później, 2 lutego 1454 roku, 18-letnia Habsburżanka, odziana w atłasową suknię wysadzaną perłami, wartą dwa tysiące złotych węgierskich, została powitana w Cieszynie przez niezwykle liczną polską delegację i  ruszyła w stronę Krakowa.

Nie wszystko jednak szło gładko, bo do króla prawdopodobnie doszły słuchy o wyglądzie przyszłej małżonki. Mimo, że posłaniec był dość dyplomatyczny, bo opisał Rakuszankę jako osobę, która … była niepodobna do nikogo (…) a i postać miała różną niż wszyscy ludzie…, to Jagiellończyk najwyraźniej coś przeczuwał, bo nakazał zatrzymać orszak z Elżbietą na trzy dni w podkrakowskiej Skawinie i gotów był wszystko odkręcać. Nie wiadomo jak doradcom udało się nakłonić władcę do ożenku – prawdopodobnie odwołali się do jego rozsądku, konfliktów z Zakonem Krzyżackim, no i oczywiście konsekwencjami międzynarodowego skandalu.

Poza tym Kazimierz nie był raczej odpowiednikiem dzisiejszego „macho”. Jeśli dać wiarę źródłom, był inteligentny i rozumny, choć najprawdopodobniej niepiśmienny. Stosunkowo wysoki – miał jakieś 175 cm wzrostu i w wieku 28 lat praktycznie wyłysiał. Rad-nierad, poślubił córę Habsburgów 10 lutego. Wesele trwało tydzień i wypełnione było biesiadami i turniejami. Goście najwyraźniej nie szczędzili zaangażowania w kwestii wznoszenia toastów za młodą parę, bo ta – na przekór czasom i naturze – żyła długo i szczęśliwie.

Długo, szczęśliwie i płodnie

Jeszcze jako kilkuletniej dziewczynce, stary astrolog przepowiedział Elżbiecie: twoje łono zrodzi władców Europy. Patrząc z perspektywy czasu lepiej nie mógłby tego ująć. Małżeństwo z Jagiellończykiem przyniosło szczęście obojgu. Byli wyjątkowo zgodną i oddaną sobie parą, co – jak na tamte czasy i fakt, że ich związek został zaaranżowany – było ewenementem. W ciągu kilku lat królowa nauczyła się języka polskiego i porozumiewała się z mężem w jego ojczystym języku, co z pewnością było mu miłe i wiele ułatwiło. Był w niej na tyle zakochany, że ofiarował Elżbiecie tzw. oprawę, czyli ziemie, m.in. Radom, Łęczycę czy Konin, ustanawiając tym samym rekord w ilości i dochodowości posiadanych dóbr przez polskie monarchinie. Kazimierz i Rakuszanka większość podróży po kraju odbywali wspólnie, nawet gdy Elżbieta była brzemienna, a trudno oprzeć się wrażeniu, że rzadko kiedy nie była.

W dwa lata po ślubie urodziła pierwsze dziecko – Władysława. W sumie miała trzynaścioro dzieci. Pierwszych czworo rodziła rok po roku, a kolejną dziewiątkę – co dwa lata. Ostatnią córkę urodziła mając 47 lat! Była to trzecia z kolei dziewczynka o imieniu Elżbieta, bo dwie starsze siostry zmarły: jedna mając kilkanaście miesięcy, druga w wieku ośmiu lat. Cała reszta szczęśliwie cieszyła się znacznie dłuższym życiem, a Rakuszanka – skoncentrowana mocno na polityce dynastycznej – zadbała, by jej dzieci wiodły życie stosowne do jej dumy i aspiracji. Z resztą – tak liczne i niespotykanie zdrowe potomstwo zapewniło jej niezwykle mocną pozycję na dworze. Nie nadużywała jej jednak, w sprawach polityki wewnętrznej Polski i Litwy usuwając się w cień swojego męża.

Matka królów

Często podkreślała, że jest matką, ale także córką i siostrą, królów. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że właściwie całe swoje dorosłe życie poświęciła obsadzeniu  swoich dzieci na tronach państw ówczesnego świata. Cóż – jeśli wszystko robiłabym tak skutecznie jak ona, to dziś przechadzałabym się z księciem Harrym pod rękę, zamiast jakiejś Meghan…

Dość powiedzieć, że – zgodnie z badaniami profesora Włodzimierza Dworzaczka, które opublikował w swojej książce „Genealogia” – nie ma obecnie na naszym kontynencie rodów królewskich, które nie wywodziłyby się właśnie od Elżbiety i Kazimierza. Do Jagiellońskich korzeni przyznała się ostatecznie nawet Elżbieta II, piastująca tron angielski. Niestety, inne dwory królewskie do dziś milczą na ten temat, a książki Dworzaczka nie przetłumaczono jak dotąd na żaden z kongresowych języków. A szkoda.

Córki pary królewskiej weszły do najznamienitszych ówczesnych rodów: Wittelsbachów (z którego wywodziła się między innymi cesarzowa Sisi), Hohenzollernów, książąt pomorskich, Sasów, Wettinów czy Piastów. Synowie natomiast władali Litwą, Czechami, Węgrami, a jeden z nich – Kazimierz – został nawet świętym. Ukochanym synem Rakuszanki był Jan Olbracht, który, dzięki ingerencji matki, objął polski tron. Stało się to rzecz jasna już po śmierci Kazimierza. Królowa była tak zdeterminowana żeby zobaczyć Jana w polskiej koronie, że za pożyczone od krakowskich mieszczan pieniądze wynajęła jazdę węgierską, która miała stanowić ewentualny zbrojny argument za kandydaturą Olbrachta.

Kronikarze wielokrotnie podkreślają, że była kobietą szalenie dumną ze swojego urodzenia. Oznaczało to także – co tu kryć – pogardę dla ludzi niższego stanu. Kiedy po śmierci brata władzę na Węgrzech przejął słynny Maciej Korwin, zaczął się natychmiast starać o rękę córki Elżbiety – Jadwigi. Potrzebował bowiem „nazwiska” i aliansu z jakimś szanowanym rodem królewskim. Kandydatura Jagiellonówny, w której żyłach płynęła węgierska krew, wydawała się idealna. Całkiem odmienny punkt widzenia miała czujna Rakuszanka, która uznała, że taki związek byłby mezaliansem. Ostatecznie Jadwiga była prawnuczką cesarza! Jeśli wierzyć źródłom to królowa odpuściła sobie protokół dyplomatyczny i wyzwała Korwina od „chłopów, kruczków, wołoszynów i niegodziwców”.

Wystarczającym stężeniem błękitnej krwi wykazał się natomiast książę bawarski, Jerzy Wittelsbach. Jego zaślubiny z Jadwigą rozsławiły przepych dworu Jagiellonów. Uroczystość pod kątem rozmachu odpowiadała randze zaproszonych gości, wśród których był sam cesarz niemiecki – Fryderyk III. Menu weselnego nie powstydziłby się dzisiaj nawet najbardziej prestiżowa restauracja: różne rodzaje pasztetów, świeże pstrągi w winie, purée z zielonego groszku, kury z rodzynkami, a na deser pudding mleczny i marcepan z winem. W sumie podano trzydzieści dań z ponad 1100 owiec, 40 000 kur czy 194 000 jajek. Robi wrażenie. A o to właśnie Habsburżance chodziło.

Królowa była nie tylko bardzo zręcznym i efektywnym politykiem. Nosiła się dumnie, ale też bardzo pilnowała tego, by mieć ku temu powody. Niezwykle istotny był dla niej,  jakbyśmy to dziś powiedzieli, wizerunek całej rodziny, więc o edukację i wychowanie dzieci dbała wyjątkowo. Starannie dobierała im nauczycieli i ostatecznie wybór padł na słynnego historyka Jana Długosza oraz wybitnego humanistę Filipa Kallimacha. Zwieńczeniem jej wychowawczych trudów był traktat „O wychowaniu królewskiego dziecka”, napisany w formie listu do syna Władysława, który oczekiwał na narodzenie potomka. Był to wynik jej wieloletnich refleksji jako królowej-matki, ale także kompilacja pedagogicznych opracowań tamtych czasów, między innymi wspomnianego na początku dzieła Piusa II.

Dwa pogrzeby

Choć Elżbieta podczas 38-letniego pożycia z Kazimierzem zjeździła z nim całą Polskę (a jej terytorium zajmowało, bagatela, milion kilometrów kwadratowych), nigdy nie lubiła jeździć na Litwę. Uważała że wciąż panują tam dzikie i pogańskie zwyczaje. Być może wywołała wilka z lasu, bo na rok przed śmiercią męża sama cudem ocalała z szykowanego na nią przez kniaziów litewskich zamachu. Spisek wykryto, winnych powieszono i wydawałoby się, że sielanka będzie trwać przez kolejne lata. Niestety, w czerwcu 1492 roku, w wyniku krwawej biegunki zmarł król Kazimierz Jagiellończyk. W ostatniej drodze, z Grodna na Wawel, towarzyszyła mu nieodłączna żona.

Śmierć męża nie złamała silnej królowej, która nadal, można by rzec: metodycznie, koncentrowała się na kontynuowaniu dzieła Kazimierza, czyli stworzenia bloku państw pod jagiellońskim berłem. Przeżyła go o całe 13 lat. Tym co zadało jej cios, po którym właściwie się nie podniosła, była śmierć jej ukochanego syna Jana Olbrachta (zabiła go depresja oraz tzw. choroba francuska, czyli po prostu kiła), a także dwóch innych: Kazimierza i Fryderyka. Zmarła w wieku 70 lat, w 1505 roku, u progu epoki renesansu. Zgodnie z jej życzeniem została pochowana w ufundowanej przez siebie kaplicy katedry wawelskiej w grobie swoich dwóch zmarłych w dzieciństwie córeczek, tuż obok męża, co podkreślało jej przywiązanie do rodziny.

Na Wawelu są jeszcze inne ufundowane przez Rakuszankę zabytki. Pierwszy z nich to kaplica zwana Świętokrzyską, która znajduje się przy głównym wejściu do katedry. Drugi to rzeźbiarskie arcydzieło autorstwa Wita Stwosza – baldachimowy pomnik nagrobny króla Kazimierza Jagiellończyka. Także nagrobek Jana Olbrachta ufundowała Elżbieta wspólnie ze swoim synem – Zygmuntem Starym. Pomnik ten uchodzi za pierwszą renesansową budowlę w Polsce.

Wnętrze Kaplicy Świętokrzyskiej na obrazie A. Gryglewskiego, ok. 1872
Wnętrze Kaplicy Świętokrzyskiej na obrazie A. Gryglewskiego, ok. 1872. Wikipedia Commons

18 października 1973 roku odbył się powtórny pogrzeb króla Kazimierza i Elżbiety Rakuszanki. Mszę celebrowali kardynał Karol Wojtyła i prymas Stefan Wyszyński. W tle rozbrzmiewał dzwon ich syna – Zygmunta. W ten sposób, z pełni zasłużonym rozmachem, pochowano jedną z najwybitniejszych i najszczęśliwszych par królewskich, jakie rządziły Polską. Zważywszy na polityczne i dynastyczne skutki to był jeden z najważniejszych mariaży w historii naszego kraju. Strach pomyśleć, co by było gdyby Kazimierz nie opamiętał się podczas podróży swojej przyszłej żony do Krakowa…

Zofia Kociołek-Sztec
Zofia Kociołek-Sztec
Gdyby wypalił jej plan A, dziś byłaby księżną Monako. Plan B zakłada posiadanie pałacu na Dolnym Śląsku, w którym będzie mieszkać i przyjmować gości podając kawę w prawdziwej porcelanie. Póki co nosi replikę pierścionka księżnej Kate, a zamki poznaje jako turystka. Aktualnie funkcjonuje jako królowa-matka małej Wandy. Z zawodu jest PR-owcem. Uwielbia dobre jedzenie, książki (choć najchętniej na okrągło czytałaby „Dumę i uprzedzenie”), galopy na swoim rudym koniu po lesie i weekendowe wypady, podczas których razem z mężem odkrywają niesamowite miejsca w Polsce lub oglądają rekonstrukcje bitew. Życie z nią to nieustanna sinusoida – albo krzyczy albo się śmieje. Jej motto to „ostatni łatwy dzień był wczoraj”.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Dodaj komentarz