Marina Abramović – królowa performansu

Kontrowersyjna artystka, dla której ciało stało się najlepszym narzędziem, tematem i symbolem
17 minut czytania
1175
0
Martyna Kośka
Martyna Kośka
4 marca 2019

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Ludzie czują się samotni, dlatego tak tłumie przybyli do muzeum, by choć przez chwilę popatrzeć w moje oczy. I poczuć, że to wszystko dzieje się naprawdę – mówi Marina Abramović o swoim najsłynniejszym performansie. Przez ponad 700 godzin nieruchomo patrzyła w oczy nieznanych sobie ludzi. Rozpłakała się raz. Ikona performansu, jedna z najważniejszych żyjących artystek świata, wkrótce przyjedzie do Polski. W Toruniu będzie można obejrzeć poświęconą jej wystawę.

View this post on Instagram

Marina Abramovic, 1946- performer * * * <<La sua prima lezione di arte Marina la ricevette dal padre all'età di 14 anni: era il 30 novembre 1960; avendo chiesto al genitore di comprarle dei colori, lui si presentò con un amico il quale cominciò con il tagliare a caso un pezzo di tela, poi una volta steso a terra vi gettò sopra colla, sabbia, pietrisco, bitume, colori vari dal giallo al rosso, poi dopo aver cosparso il tutto con trementina collocò un fiammifero al centro della composizione e lo fece esplodere e disse: "Questo è il tramonto">> Wikipedia Fonte: Wikipedia Link: https://it.m.wikipedia.org/wiki/Marina_Abramović #artongram #art #artist #artoftheday #artsy #beautiful #creative #draw #drawing #gallery #graphic #graphics #illustration #instaart #instaartist #instagood #masterpiece #painting #paper #pen #pencil #photography #photooftheday #picture #sketch #sketchbook #performer #marinaabramovic

A post shared by ArtGram (@theartongram) on

Był 1973 rok. 27-letnia Marina Abramović wiedziała już, że „malarstwo jest nudne”. Postanowiła inaczej wyrazić emocje, które kumulowały się w niej przez lata trudnego, pozbawionego czułości ze strony rodziców, życia. Rozłożyła na podłodze płachtę białego papieru oraz 20 ostrych noży. Obok — dwa magnetofony z mikrofonami. Włączyła pierwszy. Wzięła do ręki nóż i zaczęła trafiać nim w przestrzeń między palcami lewej ręki. Ilekroć trafiała w palec, na którym pojawiało się zadraśnięcie lub krew, zmieniała nóż. Kiedy użyła już wszystkich, przewinęła taśmę i słuchając nagranego rytmu, powtórzyła swoje ruchy, starając się zsynchronizować nagrane przed chwilą dźwięki z tymi, który wydaje jej nóż, i zaciąć się w te same miejsca.

Nagrała to na drugim magnetofonie. Tak przebiegł pierwszy z głośnych performansów, który dał początek serii „Rytm”.

View this post on Instagram

Marina Abramović, Rhythm 0, 1974, photography, Guggenheim Museum. Marina Abramović is one of the pioneers of performance as an art form. In her performance Rhythm 0 (1974), she invited spectators to do whatever they wanted to her using 72 objects: a rose, perfume, a pair of scissors, chains, an axe, a pistol… According to Abramović, the piece’s aim was to see how far the public would go. The performance lasted 6 hours, until an end was put to it because the audience put the artist’s life in danger. According to critic Thomas McEvilley, “It began tamely”, but “in the third hour all her clothes were cut from her with razor blades. In the fourth hour the same blades began to explore her skin. Her throat was slashed so someone could suck her blood. Various […] sexual assaults were carried out on her body… When a loaded gun was thrust to Marina’s head and her own finger was being worked around the trigger, a fight broke out between the audience factions.” Although the artist has never identified herself as a feminist, many critics have argued that Abramović’s work carries strong feminist themes. In fact, her performances deal with submission, violence, sexuality, beauty standards, and the female body. That being said, Marina Abramović stated “I am not a feminist artist. I am a woman, but I am not a woman artist. I’m just an artist. I am sorry. But, I have to explain that I come from a completely different culture than [the one you come from]. I come from Ex-Yougoslavia, with my mother and father being Partisans, my mother being major of the Army. I’ve been taught we were equal. […] We never heard about feminism until I left Yougoslavia. So you can’t blame me for this, that I made my work in these conditions.” (Sources: Nancy Spector, Guggenheim Museum ; Chris Johnston, Disobedient Theatre: Alternative Ways to Inspire, Animate and Play, p. 67 ; Samantha Henman, “Reading Marina Abramović’s Performance Art as a Feminist Act”)

A post shared by ARTPIQ (@artpiq) on

Krąg z ognia i żyletki na stole

Kolejny niemal przypłaciła życiem, kiedy to wskoczyła do kręgu (a właściwie pięcioramiennej gwiazdy) z ognia. Aby dodać symboliki, wrzuciła do ognia ścięte paznokcie i włosy. Odratowano ją w ostatniej chwili.

Po takim doświadczeniu niejeden artysta doszedłby do wniosku, że przeholował i trzeba się zatrzymać. Ale nie Marina. Zbliżenie się do śmierci w trakcie „uprawiania sztuki” kazało jej przesunąć granice. W kolejnym „Rytmie” badała, w jaki sposób stan umysłu zależy od kondycji ciała. Performance był podzielony na dwie części. W pierwszej wzięła tabletki, które przypisywane są osobom, które z powodu zwiotczenia mięśni godzinami muszą przebywać w tej samej pozycji. Nieprzyzwyczajony do takich lekarstw organizm Mariny zareagował bardzo gwałtownie. Dostała drgawek, ale umysł nadal pracował.

Gdy działanie leków ustąpiło, przyjęła tabletki zapisywane pacjentom cierpiącym na chorobę afektywna dwubiegunową. Tym razem czuła, co dzieje się z jej ciałem, ale nie kontrolowała umysłu. Na koniec utraciła na kilka minut pamięć.

Tym czym dla nauki był eksperyment więzienny prof. Philipa Zimbardo (pomijając pojawiające się ostatnio wątpliwości co do jego prawidłowego przeprowadzenia), dla sztuk performatywnych była kolejna odsłona „Rytmu”. Skojarzenia z eksperymentem Zimbardo są zresztą jak najbardziej uzasadnione, gdyż oboje pokazali, że gdy dać człowiekowi swobodę działania, potrafi czynić rzeczy straszne.

Publiczność otoczyła stół, na którym znajdowały się 72 przedmioty, m.in. piórko, bat, nożyczki, skalpel, pistolet z jedną kulę. Poinstruowano gości, że mogą w dowolny sposób użyć każdego z nich wobec ciała artystki. Przez kilka kolejnych godzin Marina stała oparta o stół, a kolejne osoby podchodziły – najpierw niepewnie, a później z rosnącą śmiałością – i używały przygotowanych narzędzi wobec ciała artystki. Zaczęło się od dotyku za pomocą piórka, ale z czasem rozochoceni widzowie kłuli ją nożyczkami, pocięli ubranie, smagali batem. Ktoś przyłożył pistolet do jej głowy. Trwało to przez 6 godzin.

— Nauczyłam się, że jeśli zostawisz decyzję publiczności, może cię zabić – powiedziała później.

Eksperyment przyniósł Marinie dużą popularność, ale też sprawił, że przylgnęła do niej rola nie do końca zrównoważonej prowokatorki.

„Chciałam, żebyś była twarda”

Negatywne oceny nie zniechęciły Mariny Abramović do kolejnych działań, które doprowadzają ciało (a konkretnie: jej ciało) na skraj wytrzymałości.

Z czego wynika traktowanie ciała niczym przedmiotu, który do woli można poddawać różnym zabiegom? Niektórzy doszukują się jego źródeł w niełatwym dzieciństwie artystki. Jej rodzice walczyli w jugosłowiańskiej partyzantce, a po dojściu Josipa Toto do władzy zostali uznani za bohaterów narodowych. W czasach pokoju nie wyzbyli się „wojskowego drylu” i prowadzili dom żelazną ręką. Po latach Marina wspominała w wywiadach, że nawet gdy zarabiała i była rozpoznawana w kręgach jugosłowiańskich artystów, musiała wracać do domu przed godziną 22.

„Matka nigdy mnie nie przytulała. Dużo później, gdy miałam już ze 40 lat, zapytałam ją: «Dlaczego nigdy mnie nie całowałaś?». «Żeby cię nie zepsuć» – odpowiedziała.

Kiedy zmarła, odnalazłam jej listy i pamiętniki. Odkryłam, jaką była smutną i porzuconą kobietą. Gdybym wcześniej znała choć stronę tych pamiętników, moja relacja z nią wyglądałaby inaczej. Ale było za późno, już nie żyła.

Myślę, że chciała, bym wyrosła na silną kobietę, taką, której nie da się zranić. Taką, która nie będzie cierpieć z miłości jak ona” – opowiadała o swoim dzieciństwie w rozmowie z redaktor „Wysokich Obcasów”.

View this post on Instagram

W ten weekend świętujemy 1000. numer Wysokich Obcasów – z tej okazji przygotowaliśmy dla was aż stustronicowe wydanie pełne uczuć: Alicja Długołęcka opowiada o wolności w związku, Marina Abramović o złamanym sercu, a Manuela Gretkowska o tym co był gotowy zrobić Jerzy Giedroyc dla Agnieszki Osieckiej. Oprócz tego Trendy jesień-zima w modzie i urodzie z psychologicznym akcentem. Bo moda to nie tylko to jak wyglądasz, ale też to, jak się czujesz o czym opowiadają Orina Krajewska, Katarzyna Kucewicz, Małgorzata Goliszewska, Antonina Samecka i Monika Jurczyk. ❤️Koniecznie bądźcie z nami w ten weekend❤️ #wysokieobcasy #wo1000 #trendyWO #cover #sobotazobcasami #psychologiamody #marinaabramovic

A post shared by Wysokie Obcasy (@wysokieobcasy.pl) on

Czuła się więziona nie tylko w domu i komunistycznym kraju, lecz również własnym ciele. Przez lata cierpiała na kompleks wynikający z brzydkiego, jej zdaniem, nosa. Problem jego kształtu postanowiła rozwiązać w sposób bardzo radykalny: celowo złamała go, by zmusić lekarzy do zrobienia operacji. Nie chcąc zdawać się na ślepy los, przed tym, jak uderzyła się w zagłówek łóżka, włożyła do kieszeni zdjęcie Brigitte Bardot, którą uwielbiała. Miała nadzieję, że lekarze domyślą się, iż jej „doskonały nos” ma stanowić dla nich inspirację. W chwili obmyślania tego sprytnego planu miała zaledwie 8 lat.

Uderzenie na pewno zabolało, ale nos pozostał cały. Oszołomioną dziewczynkę znalazła w pokoju matka, która ze złości uderzyła ją w twarz. Bicie należało zresztą do stałego arsenału zachowań matki Mariny.

Dwoje na huśtawce

— Niszczyłam się na wszystkie sposoby – wyjawiła w wywiadzie. Każdy kolejny był jeszcze bardziej obciążający niż poprzednie. Choćby performans „Thomas Lips”, który pokazała w 1975 r. w Amsterdamie. Najpierw zjadła kilogram miodu i wypiła litr wina. Następnie zgniotła w dłoni kieliszek. Za mało krwi, więc wycięła żyletką gwiazdę na brzuchu. Wciąż za mało cierpienia. Smagała się więc biczem, a żeby krew z poranionego ciała płynęła szybciej, powiesiła nad ciałem grzejnik, tak by ciepłe powietrze wiało w pokaleczony brzuch. Plecami przywarła do krzyża z lodu.

Leżała tak przez pół godziny. Trudno powiedzieć, jaki miał być finał performansu, bo przed końcem pokazu kilka osób zniosło opadającą z sił Marinę ze sceny.

Pobyt w Amsterdamie na zawsze odmienił jej życie, gdyż poznała tam mężczyznę, którego być może kocha do dziś, choć od lat nie są parą. Wraz z niemieckim performerem, Frankiem Uwe Laysiepenem, znanym jako Ulay, przygotowała szereg performansów.

— Pierwszym wspólnym performansem była „Relacja w przestrzeni”, którą pokazaliśmy na Biennale w Wenecji w 1976 roku. Staliśmy nago w odległości 20 metrów od siebie. Powoli, a potem szybciej, coraz szybciej biegliśmy ku sobie. Mijając się za pierwszym razem, jedynie się musnęliśmy, za każdym kolejnym wpadaliśmy na siebie coraz mocniej, w końcu zaczęliśmy się zderzać. Kilka razy uderzenie było tak silne, że się przewróciłam. Chodziło nam o to, że ze zderzenia dwóch energii – żeńskiej i męskiej – tworzy się coś, co nazwaliśmy „that self” (tym ja) – opowiadała we wspomnianym wywiadzie dla „Wysokich Obcasów”.

Marina i Ulay tworzyli życiowy i zawodowy duet przez 12 lat. Scenariusz ich ostatniego eksperymentu napisało życie. Planowali nazwać go „Kochankowie”. Artyści mieli podążać w swoim kierunku z dwóch krańców chińskiego muru, spotkać się i wziąć ślub. Po drodze Ulay wdał się w romans z chińską tłumaczką, która zaszła w ciążę. Ożenił się z nią.

Marina była załamana. Postanowiła poszukać odpowiedzi na różne pytania w ośrodku medytacji w Indiach.

— Chciałam uwolnić się od bolesnego gniewu, złości na Ulaya, która we mnie narosła. I co? W tym miejscu na końcu świata, 36 godzin podróży od Nowego Jorku, kogo spotykam? Ulaya i jego kolejną żonę. Wpadł dokładnie na ten sam pomysł.

Mój pierwszy impuls – wyjeżdżam. A potem usiadłam i pomyślałam: jeśli Bóg umieścił nas tu oboje, musi być ku temu powód.

Po miesiącu medytacji i bycia razem wybaczyłam mu wszystko. A on mnie – opowiadała w „Wysokich Obcasach”.

Poukładaniu myśli towarzyszyło podjęcie decyzji co do kwestii finansowych. Zawarli umowę dotyczącą praw autorskich do wspólnie przygotowanych performansów. Kilka lat temu schorowany Ulay uznał, że była partnerka nie dotrzymuje postanowień i wytoczył jej proces. Sąd w Holandii przyznał mu rację i zobowiązał mieszkającą na stałe w Nowym Jorku artystkę do zapłacenia 250 tys. euro zaległych tantiem.

Ponadto Abramović ma wyraźnie zaznaczyć, że część bardzo ważnych w jej dorobku eksperymentów powstała we współpracy z byłym partnerem. Dzieła, które para stworzyła wspólnie w latach 1976-80 mają być podpisane „Ulay/Abramović”, a z lat 1981—88 „Abramović/Ulay”.

Patrząc w oczy Mariny

Zanim para spotkała się na sali sądowej, los jeszcze raz przeciął ich drogi. Miała to miejsce w trakcie chyba najbardziej rozpoznawalnego perforamansu Mariny, który odbył się w 2010 r. w nowojorskim Museum of Modern Art.

„The Artist Is Present” na stałe zapisał się w historii sztuki. Przez trzy miesiące Marina siedziała na krześle w jednej z sal MoMA. Odwiedzający wystawę mogli usiąść naprzeciw niej – i po prostu patrzeć sobie w oczy. Żadnych słów, minimum ruchu. Władze Muzeum ponoć nie od razu zgodziły się na organizację tak niepewnego eksperymentu (argumentując, że „to Ameryka, ludzie nie mają czasu na patrzenie obcej osobie w oczy! Nikt nie przyjdzie”). Tymczasem do krzesła ustawiały się kolejki. W ciągu 736 godzin Marina wymieniła spojrzenia z blisko pół milionem gości. Najwytrwalsi czekali wiele godzin, by odbyć z nią choćby krótkie tête-à-tête.

Dziesiątki godzin bezruchu artystka przypłaciła utratą sił, bólem kręgosłupa, odwodnieniem i emocjonalnym wyczerpaniem. Nie żałowała, bo jak mówi, eksperyment osiągnął zakładany cel. Marina chciała dawać ludziom bezwarunkową miłość oraz ją przyjmować.

— Przyszli, bo są samotni. Bo cierpią. Bo technologia odebrała nam ludzki kontakt. Aby usiąść na krześle naprzeciw mnie, najpierw trzeba było poczekać, bo kolejka była naprawdę długa. A potem ludzie siadali (…) W momencie gdy ktoś siadał naprzeciw mnie, rozumiał, że jest obserwowany przez setki ludzi, przeze mnie, jest filmowany, fotografowany. Nie miał dokąd uciekać – tylko w głąb, w siebie – wyjaśniała fenomen eksperymentu w rozmowie z „Wysokimi Obcasami”.

Zapewne już pierwszego dnia twarze wszystkich odwiedzających zlały się w bezkształtną masę. Jedno spotkanie spowodowało jednak, że złamała zasadę braku kontaktu z odwiedzającymi i mocniej ścisnęła dłoń siedzącego na wprost mężczyzny. Do muzeum przyszedł bowiem Ulay.

Nagranie tego spotkania można znaleźć w internecie. Mężczyzna siada na drewnianym krześle naprzeciw ubranej w czerwoną sukienkę Mariny. Widać, że kobieta nie może powstrzymać emocji i powstrzymuje łzy. Na jej twarzy odmalowuje się cała paleta emocji. Walczy ze sobą, a później wyciąga do niego rękę. Ludzie biją brawa, w ruch idą aparaty fotograficzne. Dawni kochankowie coś do siebie mówią, ale w nagraniu brakuje transkrypcji. Tak i lepiej, bo uczestniczymy w czyś bardzo intymnym.

„Do czysta” w Toruniu

To tylko wycinek tego, czym przez 50 lat zajmowała się Marina Abramović. Z twórczością jugosłowiańskiej artystki będzie można zapoznać się w Centrum Sztuki Współczesnej w Toruniu. Na przekrojową wystawę o nazwie „Do czysta” złoży się około 120 dzieł. Organizatorzy zrekonstruują także niektóre akcje Abramović, które będą prezentowane na żywo obok rysunków, obrazów, rzeźb, obiektów, fotografii, materiałów wideo i fragmentów archiwalnych scenografii.

Artystka uroczyście otworzy swoją wystawę 8 marca, a dzień później spotka się z publicznością. Bilety na oba wydarzenia trafiły do sprzedaży pod koniec stycznia.

Wystawę można oglądać do 11 sierpnia.

Martyna Kośka
Martyna Kośka
U progu dorosłości marzyła o uporządkowanym życiu i oglądaniu miasta z wysokiego piętra przeszklonego wieżowca, więc ukończyła prawo. Nie zdążyła jednak zastukać obcasami na korytarzu sądowym, bo przekonała się, że znacznie ciekawszy świat czeka na mnie gdzie indziej.
Jest dziennikarzem gospodarczym, jej analizy można przeczytać w kilku popularnych serwisach finansowych - ale po godzinach pracy praktycznie nie używa słów typu "inflacja", "nowelizacja" i "jurysdykcja krajowa", lecz pisze dużo bardziej reportażowo, życiowo.
Czyta reportaże, ogląda polskie dramaty obyczajowe, wybiera schody zamiast windy.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zaprenumeruj newsletter

Melon i Skwarski w Twojej skrzynce pocztowej.
Najciekawsze artykuły Igimag.pl raz na dwa tygodnie.

Zapoznałem(-am) się z treścią polityka prywatności i akcetuję ją.