„Nie ma już tak wielu dobrych rockowych zespołów co kiedyś”. Rozmowa z gitarzystą Deaf Havana

5 minut czytania
133
0
Robert Skowroński
Robert Skowroński
29 marca 2019

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Grali już przed Muse, Kings of Leon czy Brucem Springsteenem, a na koncie mają pięć albumów. W rodzimej Wielkiej Brytanii wspinają się coraz wyżej po szczeblach kariery, a najświeższa płyta „Rituals” tylko winduje ich jeszcze wyżej. Z gitarzystą Deaf Havana, Matthew Veck-Gilodim, rozmawialiśmy nie tylko o nowym wydawnictwie, ale też o kondycji rocka w dzisiejszym świecie, 10-leciu grupy czy… rytuałach.

To wasz nowy album i ponownie zupełna zmiana podejścia do muzyki. Nazwałbyś to ewolucją stylu czy ciągłym poszukiwaniem nowych sposobów do wyrażenia siebie?

Wydaje mi się, że to wypadkowa tych dwóch zależności, o których wspominasz. Z jednej strony nasza muzyka ciągle ewoluuje, ale ma to związek z poszukiwaniem nowych artystycznych dróg. Tym razem zaczęliśmy używać zupełnie innych instrumentów, które jeszcze nigdy wcześniej nie znalazły się w naszej twórczości. Przywyknięcie do pewnych rozwiązań sprawia, że muzyka staje się zachowawcza i nie jest w stanie zaskakiwać. Staramy się przesuwać te granice, iść ciągle do przodu, dlatego nasza nowa płyta jest stylistycznie zupełnie inna od poprzednich. Tak zresztą robimy na każdym albumie. Wychodzi to nam w naturalny sposób.

Zawsze jednak pozostawaliście zespołem rockowym. Z kolei „Rituals” to płyta wręcz popowa. Czy Twoim zdaniem formuła muzyki rockowej już się wyczerpała?

Nie wydaje mi się. Uważam, że klasyczny rockowy skład z gitarą, basem i bębnami wciąż jest w stanie zrobić coś interesującego, choć trzeba przyznać, że coraz rzadziej słyszę tego przykłady. Może to dlatego, że takiej muzyce trudniej przebić się do mainstreamu? Chyba trzeba przyznać, że znajdujemy się w takim punkcie w historii muzyki, kiedy nie ma już tak wielu dobrych gitarowych zespołów jak kiedyś. To się zmieniło.

To dobrze czy źle?

Rynek jest zupełnie inny. Podobnie jak to, w jaki sposób ludzie odbierają muzykę. Trudno mi to jednak jednoznacznie ocenić. Z pewnością świetny jest powszechny dostęp do serwisów streamingowych. Każdy może tam umieścić swoją piosenkę i dotrzeć nią do milionów, co przy starym sposobie dystrybucji muzyki nie byłoby możliwe. Tak tworzą się kariery, które wcześniej nie miałyby warunków do rozkwitnięcia. Ma to jednak swoją ciemną stronę. Sieć jest zalana przez domorosłych artystów i należy ją dobrze przesiać, aby trafić na prawdziwe perełki. Niestety łatwo przeoczyć to, co naprawdę wartościowe w tym zalewie. Co zaś tyczy się dużych zespołów, to często muszą się one podporządkowywać regułom narzuconym przez wytwórnie czy media, a przez to wszystko zaczyna brzmieć podobnie i zwyczajnie nudno.

Wam chyba udało się uniknąć grania według cudzych reguł. W tym roku obchodzicie swoje dziesięciolecie. Patrząc w przeszłość uważasz, że osiągnęliście to co chcieliście?

Spełniliśmy się na wielu polach, choć, wiadomo, apetyt rośnie w miarę jedzenia i z pewnością chcielibyśmy móc się pochwalić jeszcze wieloma innymi rzeczami. Udało nam się jednak dokonać bardzo dużo. Będąc dzieciakami nie sądziliśmy, że tak się stanie. Zaczynaliśmy w dziurze w Wielkiej Brytanii, gdzie nikt nie zajmował się graniem muzyki, ale udało nam się wzbić ponad to robiąc to, co kochamy. To już dużo.

Pewnie trudno przywołać swoje ulubione wspomnienie z tego czasu, ale może spróbujesz?

Mógłbym wymieniać w nieskończoność, ale postawiłbym na nasz występ z grudnia 2018 roku w słynnym londyńskim Brixton Academy. Zależało nam na tym od dawna, ale zawsze wydawało się to marzeniem, które nie ma szans na to, aby się ziścić. A tu proszę, zrobiliśmy to.

Wolisz grać na dużych czy na małych scenach?

Podczas mniejszych koncertów jest naprawdę dużo energii, można spojrzeć ludziom w twarz i poczuć to, co oni czują. Oczywiście duże sceny z całą swoją przestrzenią są super, ale czasami jest się aż za daleko od publiki. Trudno mi wybrać jakie koncerty wolę grać, bo obie formy mają swoje zalety.

Wspomniałeś wcześniej, że na „Rituals” pojawiło się mnóstwo nowych rozwiązań. Możesz opowiedzieć o waszej pracy nad tym albumem?

Zawsze przed wejściem do studia w celu nagrania płyty, wiedzieliśmy jakie chcemy uzyskać brzmienie i w jakim kierunku podążamy. Same utwory nigdy też nie zmieniały znacząco swojej formy w porównaniu do pierwotnego pomysłu. W tym przypadku James, nasz wokalista, pracował z Philem, producentem płyty. Nagrali wersje demo utworów i dopiero na nich pracowaliśmy rozwijając pomysły. Powiedziałbym, że tym razem przypominało to codzienne chodzenie do pracy. W pewnym stopniu było to mocno stresujące, ale zaskoczyło mnie to w jaki sposób poszerzała się nasza kreatywność przy tej płycie. Nigdy nie tworzyliśmy w ten sposób, bez wyjściowego pomysłu, za którym byśmy podążali. Czasami użycie danego brzmienia syntezatora czy efektu gitarowego wywracało do góry nogami całą kompozycję.

A mimo to początkowo zareagowałeś alergicznie na nowy materiał.

To prawda, ale gdy już przesłuchałem całość i sam zacząłem przy nim pracować, to moje nastawienie się zmieniło. Wszystko zaczęło mi się układać w spójną całość. Potrzebowałem jednak na to trochę czasu.

Trudno wam było przełożyć te, mimo wszystko, osadzone w syntetycznych brzmieniach utwory na żywe instrumenty i potrzeby koncertów?

Początkowo tak, gdyż tym razem pisaliśmy muzykę bez zważania na to czy uda nam się ją odtworzyć na żywo. Potrzebne było zebranie dodatkowego wyposażenia – klawiszy, elektronicznych bębnów itd. Priorytetem było nagranie płyty charakteryzującej się bogactwem brzmieniowym. Przełożenie tego na koncertowe realia było sprawą drugorzędną, ale udało nam się to rozgryźć.

Sądząc po warstwie tekstowej jest to bardzo osobisty album dla Jamesa, waszego wokalisty. Czy „Rituals” to dla niego swego rodzaju katharsis?

Musiał przepracować całe mnóstwo rzeczy. Przejść przez wiele mrocznych zakamarków swojej duszy, o których nie mówił wcześniej na głos. Ta płyta była dla niego jak terapia. Otwarcie się Jamesa pomogło nie tylko jemu, ale i naszym fanom. Pokazało, że i oni mogą stawić czoła swoim demonom. Widzą cząstkę siebie w jego tekstach.

Tytuł albumu, a także utworów na nim zawartych, odnosi się do religii. Jakie jest twoje podejście do tego zagadnienia?

Nie jestem osobą religijną, ale też nie chcę nikomu mówić w co ma wierzyć. Masz jakiś system, któremu ufasz i ci pomaga? Świetnie. Ja akurat takiego nie potrzebuję.

Nawiązując do tytułu płyty, jako zespół macie swoje własne rytuały?

Przede wszystkim trochę się podpić przed koncertem (śmiech). Tak naprawdę nie mamy żadnych rytuałów. Po prostu wypijamy kilka głębszych, aby wprawić się w lepszy nastrój i wychodzimy na scenę. No i słuchamy muzyki, popowej, na przykład Madonny, ale tej z lat 80-tych, nie z 90-tych.

Robert Skowroński
Robert Skowroński
Krytyk filmowy i muzyczny związany niegdyś lub wciąż związany z... długo by wymieniać. Ponadto amator kawy i urban exploringu, który już chyba na zawsze pozostanie niespełnionym perkusistą. Prowadzi profil Trochę kultury.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Dodaj komentarz