Paryskie trendy na polskich ulicach, czyli Moda Polska

Jak Barbara Hoff i Jerzy Antkowiak ubierali nasze mamy i babcie
18 minut czytania
1067
0
Martyna Kośka
Martyna Kośka
9 marca 2019
z szafy redakcji

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Taka ludzka natura: chcemy wyglądać ładnie. Gdy w sklepach był mały wybór, pokolenie naszych mam i babć przeszywało co było pod ręką i wychodziły z tego cudeńka. Nie chciały przy tym prezentować się gorzej niż ich rówieśniczki z krajów „zgniłego Zachodu”, a wiedzę o tym, co jest akurat modne, czerpały m.in. z rysunków w „Przekroju” i wystawy w sklepach Mody Polskiej.

Ogromny wpływ na to, jak przez całe dekady ubierała się polska ulica, mieli projektanci Barbara Hoff i Jerzy Antkowiak, który stał się twarzą Mody Polskiej. Prawdziwą gratką dla miłośników mody jest pierwsza od lat wystawa poświęcona w całości Antkowiakowi w łódzkim Muzeum Włókiennictwa. Uwaga, trzeba się spieszyć!

Barbara Hoff chciała uczyć tolerancji

„Chciałam za wszelką cenę bronić się przed rusyfikacją. Należałam do niewielkiego procentu dziewczyn, które same nie szyły i nie miałam żadnych zdolności manualnych. Co w takim razie robić, jak się bronić? – myślałam. I w końcu wymyśliłam tę modę. Po drugie, chciałam uczyć tolerancji. Nawet mądrzy ludzie, których znałam, uważali modnie ubranego faceta za idiotę” – mówiła w 2011 r. W wywiadzie dla „Wysokich Obcasów” Barbara Hoff.

Tak naprawdę Barbara Hoff miała nadzieję dostać się na wydział reżyserii, ale za późno dowiozła dokumenty. Pewnie to i dobrze, bo gdy jakiś czas później poznała Mariana Eilego, naczelnego „Przekroju”, a ten zorientował się, że Barbara czuje i rozumie modę, miała czas, by przygotować dla niego rysunki. To był taki test, a wykonane przez debiutantkę projekty okazały się tak dobre, że ukazały się drukiem w numerze styczniowym w 1955 r.

Romans z „Przekrojem”, w którym publikowała projekty ubrań, trwał do 2002 r . Przez 48 lat Barbara Hoff pokazywała Polkom, co warto zamówić u krawcowej oraz jak małym kosztem zamienić nudne i niemodne ubranie w coś zniewalającego. Bo skoro w latach 50. zwykła śmiertelniczka nie miała szans, by kupić coś, co choćby trochę odpowiadało europejskim trendom, to niech zrobi to samodzielnie.

Czytelniczki uwielbiały Barbarę Hoff między innymi dlatego, że tworzyła bardzo demokratyczną modę. Demokracja owa polegała na tym, że projektowane przez nią bluzki czy spódnice łatwo można było wyczarować z dostępnych w Polsce materiałów. Umówmy się: jakościowo materiały te były one nie najlepsze, z czego zdawała sobie sprawę również Barbara. Brzydką strukturę rekompensowały piękne fasony ubrań.

Moda z trykotowych koszulek

Projektantka na łamach „Wysokich Obcasów” po latach wspominała to tworzenie „z niczego”.

„W sklepach sportowych leżały stosy brzydkich koszulek dla piłkarzy – trykotowych, z długim kołnierzykiem, sznurowanych z przodu. Wymyśliłam, by taką koszulkę odwrócić tyłem do przodu, wyciąć w niej dekolt od ramienia do ramienia, tak by pozbyć się kołnierzyka i sznurowania. No i najlepiej ufarbować ją, też na czarno. Parę dni po tym, jak opisałam te pomysły w «Przekroju», na ulicach pojawiły się setki dziewczyn w bluzkach z dekoltami. Wyglądały jak modne Włoszki”.

Nie poprzestała jednak na udzielaniu porad. Na początku lat 60. zaczęła projektować. Wyjaśniała, że chciała wiedzieć, jak publikowane przez nią szkice prezentują się na ludziach. Kupowała więc materiał, a zaprzyjaźniona krawcowa robiła wykrój i szyła.

W rolę modeli wcielali się niekiedy najważniejsi artyści tamtych lat, np. Małgorzata Braunek i Wojciech Pszoniak. Udało się też namówić do udziału w sesji Sławomira Mrożka, który przecież z modą nijak się nie kojarzy.

Barbara Hoff projektowała sukienki czy płaszcze, które nie równie dobrze mogłyby być noszone nad Tamizą czy nawet Sekwaną. Miała ona ten nieoczywisty przywilej, że od czasu do czasu jeździła za granicę. Podpatrywała, co nosi Zachód i przeszczepiała to na nasz peerelowski grunt.

W czasach, w których Polacy bardzo łaknęli tego, co zagraniczne, Hoff otwierała okienko z napisem „wolność”. Jasne, nie spowodowała, że system nie zadrżał od tego w posadach, ale sprawiła, że dystans między Polską a światem na zachód od Muru Berlińskiego nieco się zmniejszył – przynajmniej wizualnie.

Tłumy w Cedecie

Trzęsienie ziemi przyszło chwilę później. W 1967 r. Barbara Hoff postanowiła wprowadzić swoje projekty na rynek. Umówiła się z Centralnymi Domami Towarowymi że przygotuje kolekcję, a CeDeT udostępni powierzchnię dla wystawienia stoiska. Jako że Hoff to była już prawdziwa marka, gdy sukienki z Kolekcji Własnej „Przekroju” trafiły do sprzedaży, to, co działo się na stoisku, można porównać do obrazków znanych z pierwszych dni wyprzedaży w USA. Dziki tłum kobiet wyrywał sobie każdą bluzkę czy tunikę, ściągał ubrania z manekinów. Rozmiar nie ten? Nieważne, oddam siostrze sprzedam sąsiadce.

View this post on Instagram

#barbarahoff #hoffland #wzornictwo #polskamoda

A post shared by Pawel Aniolkowski (@aniolkowski.inc) on

Legenda związana z tą pierwszą kolekcją głosi, że zszokowane w którymś momencie sprzedawczynie zaciągnęły Barbarę na zaplecze i kazały obiecać, że nigdy już nie wpadnie na pomysł sprzedawania swoich ubrań w tym domu towarowym.

Dobre sobie, nie będzie sprzedawała! Trzeba iść za ciosem. Od 1969 r. klientki nie musiały już tratować się, by kupić ubrania projektowane przez Hoff, gdyż można je nabyć na stałym stoisku w „Juniorze” przy Marszałkowskiej. Hoff od początku wiedziała, że aby szyć dokładnie tak, jak to sobie wymyśliła, musi obejść oficjalne sposoby zdobywania materiałów. Wiele jeździła po kraju i wiedziała, gdzie warto zamówić guziki, a gdzie suwaki. Że na Pomorzu zleci szycie bluzek, a na południu – spodni. Lub odwrotnie, w zależności od potrzeb.

Hoffland bronił się długo

Wiele spółdzielni, które działały zgodnie z zasadami, miało do Barbary żal, że nie korzystała z oficjalnych przydziałów i narusza przyjęty porządek. Tyle że „samowola” Barbary nie była zachcianką gwiazdy mody (to jeszcze nie czasu humorzastych celebrytów!), ale walką o to, żeby ta polska moda była „jakaś”. Ładna, elegancka, bez kompleksów.

– Na jednym końcu Polski szyłam górę, na drugim dół i jeszcze gdzieś bluzkę, żeby to się jakoś złożyło, a działo się to przy całkowitym braku materiałów i pretensjach fabryk i spółdzielni, że zawracam głowę. Ludzie klęli! – opowiadała po latach o tej swojej partyzantce.

Wkrótce narodziła się marka Hoffland. W lepszych sklepach z używaną odzieżą nadal można kupić ubrania z charakterystyczną metką. Aż dziwne, że na fali nostalgii za PRL-em i jego stylistyką nikt nie wprowadził na rynek reedycji najciekawszych kolekcji. Na pewno były to hit, tym bardziej, że projekty były dość uniwersalne i nie zestarzały się.

Marka na dobre zniknęła z rynku niewiele ponad dekadę temu. Walka o jej utrzymanie nic nie dała, po prostu polska moda za bardzo się zmieniła. Zmienił się ustrój, Domy Towarowe Centrum zostały sprywatyzowane, a ubrania z całego świata zaczęły płynąć do Polski szerokim strumieniem. Klientki najpierw zafascynowały się bluzkami z Turcji i Chin, a nieco później mogły kupić eleganckie ubrania w sklepach zachodnich marek, które w połowie lat 90. otwierały się na reprezentacyjnych ulicach największych miast. Wkrótce przyzwyczajenia handel przeniósł się do galerii handlowych.

Skarby w piwnicy Jerzego Antkowiaka

Być może pewne pomysły, przedsięwzięcia, projekty, mogą okazać się sukcesem tylko w ściśle określonych okolicznościach. Nie tylko Hoffland nie poradził sobie w nowych, wolnorynkowych warunkach. Identyczny los spotkał inną firmę, która przez lata ubierała Polki. Moda Polska przez dekady była synonimem luksusu i wyznaczała kierunek tego, co powinna nosić elegancka kobieta. To niewiele dało, bo w 1998 r. syndyk wyprzedał, co było do sprzedania, spłacił zobowiązania spółki – i historia niestety się skończyła.

View this post on Instagram

Jerzy Antkowiak. MODA POLSKA 💕 Kawał historii nie tylko polskiej mody, ale także kultury i sztuki, bo tak należy patrzeć na zjawisko powojennej mody. Ogromny podziw dla @tomasz_ossolinski który wymyślił tę wystawę i ponad rok, jako jej kurator, pracował nad nią. Jerzy Antkowiak – twarz Mody Polskiej, projektant, ikona, MISTRZ. I skarbnica wiedzy. Niezwykłe poczucie humoru. Nie można nie wspomnieć znakomitych modelek z tamtych czasów: Małgorzata Niemen, Ewa Wajnert, Agnieszka Martyna, Anna Starak, Joanna Dark, Kasia Trzcińska, Katarzyna Butowtt i wiele innych… @bognasworowska dziękuję za zaproszenie na konferencję 💕 to dopiero zapowiedź wystawy, która będzie dostępna dla odwiedzających od 6 października w Muzeum Włókiennictwa w Łodzi #JerzyAntkowiakModaPolska #JerzyAntkowiak #ModaPolska#fashion #moda #wystawamody #polishfashionexhibition #TomaszOssolinski #fashionexpert #AnnaPuslecka

A post shared by Anna Puślecka (@annapuslecka) on

Dlaczego dziś o tym opowiadam? Bo to ostatni moment, by popatrzeć bardzo z bliska na ubrania z różnych kolekcji Mody Polskiej i wyobrazić sobie, że oto wehikuł czasu przeniósł nas na środek warszawskiej, krakowskiej czy jakiejkolwiek ulicy 40 czy 50 lat temu.

To nie magia, w wystawa, która do 17 marca tego roku dostępna jest w Centralnym Muzeum Włókiennictwa w Łodzi. Nazywa się po prostu „Jerzy Antkowiak – Moda Polska” i jest hołdem nie tylko dla marki, ale może przede wszystkim dla projektanta. Antkowiak nie tylko projektował najbardziej rozpoznawalne ubrania, ale też sprawił, że po tym, jak syndyk zamknął zakład, pozostałe w magazynie sukienki czy żakiety nie wylądowały na śmietniku.

Odchodząc, wykupił zalegające w magazynach ubrania i schował je w piwnicy swojego domu w Komorowie. Przez blisko dwie dekady mało kto o kolekcji wiedział, aż do imprezy urodzinowej projektanta w 2015 r. Rocznica nie byle jaka, bo 80-ta, więc pojawiło się wielu gości, wśród których były dawne modelki i ludzie związani ze światem mody.

Impreza przeniosła się w pewnym momencie do piwnicy, a jubilat pochwalił się zgromadzoną kolekcją. Wśród gości był projektant Tomasz Ossoliński, który wpadł na pomysł, by pokazać zachowane ubrania wszystkim zainteresowanym. Tak się zaangażował w projekt, że został kuratorem wystawy.

Oprócz ubrań – a jest ich około tysiąca – na wystawie zgromadzono blisko 400 rysunków, setki zdjęć, dokumentów, wycinków z gazet i rozmaitych artefaktów w rodzaju filiżanek, które Jerzy zaprojektował na starcie swojej pracy w Modzie Polskiej, a także mebli, opakowań, nagród.

Chłopiec, który pokochał modę

Zanim o wystawie, to młodszej publiczności warto opowiedzieć, kim był Jerzy Antkowiak. Postać nietuzinkowa, z wykształcenia ceramik po Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych we Wrocławiu, a z zamiłowania projektant ubrań.

Do Mody Polskiej dostał się, jak głosi legenda (której być może on sam jest źródłem) w wyniku śmiałego nagięcia faktów. Jako 25-letni absolwent wrocławskiej uczelni zaplątał się za kulisy odbywającego się w 1960 r. targów wzornictwa w Warszawie. Manekiny, modelki, ubrania, cały ten modowy blichtr zrobił na nim tak wielkie wrażenie, że podszedł po prostu do Jadwigi Grabowskiej, słynnej dyrektor artystycznej Mody Polskiej, i powiedział, że chciałby u niej pracować. Przyniósł, narysowane naprędce rysunki i wkrótce został asystentem projektantki.

Spod jego rąk wychodziły śmiałe projekty. Inna sprawa, że wiele z nich było tak uniwersalnych, że można by je nosić bez poczucia obciachu także dzisiaj, o czym można się przekonać odwiedzając łódzką wystawę. Gdy Jadwiga Grabowska odeszła na emeryturę, Antkowiak zajął jej miejsce. W 1979 roku został zastępcą dyrektora ds. wzornictwa.

Tak na łamach serwisu Hiro.pl wspominał swój pierwszy pokaz mody: „To było niestety już po odejściu pani Jadwigi, bo ona nas tylko tam „dopuszczała” do pewnych spraw. Firma się z nią rozstała bardzo nieładnie, co jest teraz zdaje się praktyką ogólną. Wiosną 1968 roku trzeba było zrobić kolekcję. I wtedy my – dzielni, młodzi, prężni rzuciliśmy się. Miałem jakieś wściekłe wizje i na dzień dobry usadziłem wszystkich u „rzemieślników” na Miodowej i postanowiłem lekko zrewolucjonizować pokazy. U pani Jadwigi były szalenie paryskie, spokojne i zdarzało się nawet, że grał pianista. A ja od razu sobie zamówiłem klezmerów, żeby nam serwowali tanga argentyńskie. Takie ostre wejście mieliśmy. Potem były wyjazdy, był Paryż”.

PRL lubił, by wszystkie rodzaje aktywności odbywały się w ramach porozumień, jednoczeń czy organizacji, które będą zarządzały i narzucały określony sposób działania. Nie inaczej było z ubraniami. Spółka pod nazwa Moda Polska nie tylko tworzyła kolekcje wiodące, w oparciu o które następnie projektowały mniejsze zakłady, ale też prowadziła salony w największych miastach kraju.

Pani premierowa nie może się wstydzić garsonki

Bo moda to poważna rzecz. Zapytany przez Newsweek o to, po co socjalizmowi był potrzebny salon mody, Antkowiak odparł, że pełnił funkcje reprezentacyjną: „Modę można było pokazać na świecie, w Moskwie czy nawet w Paryżu, pochwalić się, że socjalizm w Polsce jest taki dobry, nowoczesny, otwarty na świat. Wewnątrz pokazy Mody Polskiej były wydarzeniem towarzyskim, uczestniczyły w nich żony dygnitarzy, ale też artyści, aktorki i pisarki” – wyjaśnił.

Moda Polska bardzo zręcznie łączyła zachodni szyk z możliwościami kraju, który mierzy się z oczywistymi deficytami na rynku. Nie wszystkie materiały były dostępne i to nie była kwestia ceny. Po prostu nie było, więc trzeba się było salwować innymi, nie rezygnując przy tym z modnych krojów.

Nie każdy projekt Antkowiaka mogła założyć żona premiera czy innego dygnitarza. Projektant lbił czasem szokować. We współpracy z Ireną Biegańską przygotowali kolekcję, w skład której weszła szyfonowa bluzka z prześwitami. Biust był lekko widoczny,ale to wystarczyło, by niektórym partyjnym decydentom zaczęła pulsować żyłka.

W latach 70. Antkowiak inspirował się swoim ulubionym projektantem, Yves Saint Laurentem. Być może i jego projekty podbiłyby serca zachodnich klientek, ale nadeszły lata 80. i braki w zaopatrzeniu, na które nawet najbardziej zaradna krawcowa niewiele mogła poradzić.

Karnawał Solidarności, stan wojenny, lata niepewności po jego zniesieni – nie sprzyjały zajmowaniu się tym, co akurat popularne jest na wybiegach Paryża. Później było jeszcze gorzej, bo restrukturyzacje wynikające z planu Balcerowicza objęły także państwowe szwalnie, fabryki włókiennicze, sieć dystrybucji.

Moda przestała być ważna

Lata 90. to nie tylko upadek polskiego sektora odzieżowego, lecz również ogromny napływ tanich towarów z Turcji, później również Chin. Powoli pojawiały również eleganckie marki, zarówno polskie, jak i zagraniczne, więc pragnące ładnie wyglądać panie wcale nie kierowały się w wyuczonym odruchu do salonów Mody Polskie, lecz sprawdzały, co też inni projektanci mają im do zaproponowania.

Firma istniała do 1998 r., ale to już były lata stagnacji i poczucia nadchodzącego końca. Zamykano kolejne sklepy, a do tych istniejących trafiało już coraz mniej ubrań. Nie były to już zresztą kolekcję, którymi warto się chwalić.

Jerzy Antkowiak nie ma żalu, że i wszechmocna jeszcze niedawno Moda Polska któregoś dnia po prostu dokonała żywota. We wspomnianej już rozmowie z serwisem Hiro.pl, na pytanie, czy zastanawia się czasem, co by było, gdyby firma przetrwała i nadal działała, odpowiedział, że to by nie miało sensu.

„To była firma na tamte czasy i na tamte czasy byliśmy rewolucyjni, byliśmy odważni. Walczyliśmy niemalże z ustrojem. A ustrój był taki, że jak mieliśmy prezentacje pierwszego nagiego biustu, to się trząsł w posadach sekretarzy: „Co za imperializm pan tutaj sieje!”. Wystarczyło tylko, że Lucyna Witkowska, dziewczyna Tadeusza Rolke, przeszła się w tiulowej bluzce po wybiegu. Pomyślałem sobie wtedy: „Marny ustrój, jak z powodu gołego cycka weźmie i się przewróci”. Moda Polska teraz by się nie przekabaciła. Musiałoby się wszystko zmienić, więc wyglądałaby jak po nieudolnym liftingu” – wyjaśnił.

Martyna Kośka
Martyna Kośka
U progu dorosłości marzyła o uporządkowanym życiu i oglądaniu miasta z wysokiego piętra przeszklonego wieżowca, więc ukończyła prawo. Nie zdążyła jednak zastukać obcasami na korytarzu sądowym, bo przekonała się, że znacznie ciekawszy świat czeka na mnie gdzie indziej.
Jest dziennikarzem gospodarczym, jej analizy można przeczytać w kilku popularnych serwisach finansowych - ale po godzinach pracy praktycznie nie używa słów typu "inflacja", "nowelizacja" i "jurysdykcja krajowa", lecz pisze dużo bardziej reportażowo, życiowo.
Czyta reportaże, ogląda polskie dramaty obyczajowe, wybiera schody zamiast windy.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *