Pod stopami tajemnicze korytarze, nad głową baśniowy zamek – to właśnie Wałbrzych

W Wałbrzychu jest ciemno, prawie noc
20 minut czytania
1170
0
Martyna Kośka
Martyna Kośka
19 marca 2019

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

 Waldenburg, Walmbrich, Walbrich albo Valbrich, czyli po polsku „Lasogród” lub „Miasto wśród gór”. I wszystko się zgadza – są góry, lasy, są też wody zdrojowe i piękny zamek górujący ponad linią drzew. Są też kilometry podziemnych korytarzy o nieznanym przeznaczeniu.

Zapytaj przypadkowego przechodnia na ulicy, z czym kojarzy mu się Wałbrzych. Odpowiedzią będzie najpewniej pełne zdziwienia spojrzenie. „Słyszałem, że to najbrzydsze miasto w Polsce”, „ale co można napisać o Wałbrzychu przecież to sama bieda jest” – mówią ludzie, którzy i w Tajlandii byli, i Paryż znają nieźle. A naprawdę, gdzie im tam do Wałbrzycha. Zapraszamy!

Stało się tak, że okolice Wałbrzycha to jedno z moich ulubionych miejsc w Polsce. Piękno miasta faktycznie jest nieoczywiste, lecz aby je dostrzec, trzeba spojrzeć szerzej niż na to, co przed oczami. Piękno Wałbrzycha to jego historia – nie do końca poznana i nie do końca sprawiedliwa.

Obraz pierwszy. To, co pod ziemią

Olbrzymie, ponure tunele wykute w skale sprawiają niesamowite wrażenie. Pamięć powinna szybko rejestrować to, co oglądamy, bo przejście podziemną trasą pod Zamkiem Książ trwa tylko 20 minut. Po pokonaniu półkilometrowego odcinka wjeżdżamy na górę i możemy cieszyć oczy widokiem baśniowo położonego na skale Zamku Książ. Owo niezwykłe usytuowanie czyni z niego, w moim przekonaniu, najpiękniejszy polski zamek.

Zostawmy jednak dawne sale balowe i buduary i wróćmy pod ziemię. Korytarze powstały w latach 1944-1945. Do dziś nie do końca wiadomo, jakie było ich przeznaczenie, a podziemnych korytarzy jest w okolicy znacznie więcej: ciągną się pod całymi praktycznie Górami Sowimi, tworząc kompleks „Riese” (ƒOlbrzym). Pod tym kryptonimem kryje się największy projekt górniczo-budowlanego hitlerowskich Niemiec. Nigdy go nie ukończono, zaginęły dokumenty. Spekulacji jest wiele: że system korytarzy miał tworzyć nie dającą się zdobyć kwaterę dla najważniejszych ludzi Hitlera, że podziemne sale miały służyć przechowywaniu zrabowanych na różnych frontach skarbów (skojarzenia ze Złotym Pociągiem są jak najbardziej uzasadnione), że miała tam powstać fabryka śmiercionośnej broni. Ot, to takie pierwsze z brzegu hipotezy.

To, co wiemy na pewno, to że kompleks „Riese” stał się cmentarzyskiem dla tysięcy więźniów obozu koncentracyjnego Gross Rosen, którzy w przenikliwym zimnie wykuwali korytarze. Ginęli nie tylko z głodu i od chorób, lecz również przygnieceni przez osuwające się skały.

Obraz drugi. Nie warto odcinać się od korzeni

To takie dziwne miasto, ten Wałbrzych. Podnosisz głowę i widzisz niemieckie kamienice, bardzo już zresztą nadgryzione zębem czasu. Mówiąc mniej plastycznie: sypiące się, tak że trzeba dużej wyobraźni, by wizualizować sobie, jak wyglądały w latach świetności. Pod nogami cały czas masz te podziemne korytarze, odkryte tylko w części, więc w głowie kołacze pytanie, czego jeszcze o nich nie wiemy. A później jedziesz kawałek za miasto, stajesz na niewielkim tarasie widokowym, z którego robi się najpiękniejsze fotografie Zamku Książ i nie wierzysz, że taki kawałek bajki naprawę znajduje się tu, w regionie, który jeszcze dwie dekady temu kojarzył się tylko z biedaszybami i potwornie zanieczyszczonym powietrzem.

Wkrótce na ekrany kin trafi film „Ciemno, prawie noc”, ekranizacja nagrodzonej „Nike” powieści Joanny Bator o tym samym tytule. Trochę w tej opowieści magii, ale przede wszystkim czuć atmosferę (poniemieckiego szarego miasta). Joanna Bator wielokrotnie powtarzała, że do Wałbrzycha dojrzewała. To jedno z tych miast, z których się wyjeżdża na studia, a później mało kto wraca. To też jej scenariusz. Ale przyszedł taki moment w życiu, że wyjechała na inny kontynent i, jak powiedziała w wywiadzie, złapała ją tam twórcza niemoc. Odżyła wtedy pamięć o mieście i pojawiła się wielka potrzeba sportretowania go.

„W pierwszych powojennych dekadach to było miasto, do którego się przyjeżdżało. Kiedy dorastałam, to było już miejsce, z którego się wyjeżdżało. Bez chęci powrotu w moim przypadku. Kopalnie upadały, zaczął się okres bezrobocia, a jednocześnie upadał komunizm i otwierał się świat” – wspominała miasto dzieciństwa Bator w rozmowie z „Wirtualną Polską”.

Śladów filmowych w Wałbrzychu było znacznie więcej. Tu Andrzej Wajda kręcił „Pannę Nikt”, Filip Marczewski „Bez wstydu” z Agnieszką Grochowską i Mateuszem Kościukiewiczem, na zamku Książ kręcono sceny „Trędowatej”. Moim zdaniem najlepiej atmosferę miasta oddają „Sztuczki” Andrzeja Jakimowskiego. Część scen kręcona była na dworcu kolejowym „Wałbrzych Główny”, który tak naprawdę wcale nie jest głównym dworcem miasta.

Czasem nie wszystko jest oczywiste.

Obraz trzeci. Zamek i księżna Daisy

„Zamek od zawsze był dumą mieszkańców miasta. Myślę, że mentalnie został przejęty najszybciej. Należał do czasów, z którymi pierwsi powojenni rozbitkowie przybywający do miasta mieli niewiele wspólnego. Księżniczki, powozy, kapelusze, perły… A tu powojenna bieda i troska o byt, węglowy pył. Zamek przydawał górniczemu miastu niezwykłości i blasku. Aury tajemnicy” – opowiadała w cytowanym wywiadzie Joanna Bator.

Zamek Książ został wybudowany w XIII w. W kolejnych stuleciach przechodził z rąk do rąk. Właścicielami byli królowie czescy z dynastii Luksemburgów czy Władysław II Jagiellończyk. Na początku XVI stulecia został sprzedany rodzinie Hochbergów, do której należał przez kolejne 400 lat. Dzięki staraniom znanego w Europie rodu, do prowincjonalnego dotychczas zamku, zaczęły bywać takie znakomitości jak Izabela Czartoryska, Zygmunt Krasiński, car Mikołaj I czy Winston Churchill. Zamek nieustannie rozbudowywano i upiększano. Przed I wojną światową zbudowano ogród japoński, nieco późno zmodernizowano tarasy z fontannami.

Najbardziej znaną lokatorką zamków była jego ostatnia właścicielka: Maria Teresa Hochberg von Pless, znana szerzej jako Daisy. Jej barwny życiorys już opisywaliśmy, więc tutaj tylko zarys portretu. Daisy nie była jedną z tych dam, które interesują się wyłącznie swoimi sukniami i zamkowymi plotkami. Dziś powiedzielibyśmy, że działała ona na rzecz lokalnej społeczności – otworzyła szkołę, walczyła o oczyszczenie przepływającej przez Wałbrzych rzeki Pełcznicy. Dzięki jej staraniom wszystkie przybrzeżne studnie zostały zlikwidowane, a wałbrzyskie domy podłączono do wodociągu i kanalizacji. W rezultacie spadła śmiertelność spowodowana chorobami zakaźnymi. I wojna światowa przyniosła koniec świetności rodu Hochbergów, a II dokończyła dzieła zniszczenia. Księżna zmarła jeszcze przed jej zakończeniem. Nie było jej dane dokonać żywota w ukochanym zamku, bo w związku z tym, że zapadła decyzja o utworzeniu w nim kwatery Hitlera, księżnę wysiedlono.

Ciało ukochanej księżnej złożono najpierw w mauzoleum Hochbergów, ale w obawie przed zbliżającą się Armią Czerwoną, która mogłaby otworzyć grób, by ograbić zmarłą z biżuterii, przeniesiono je prawdopodobnie na nieistniejący już dzisiaj cmentarz w Szczawienku. Nie ma jednak pewności, gdzie zostały złożone szczątki Daisy. Najsłynniejsza wałbrzyszanka pochowana jest w jakimś bezimiennym grobie. Paradoksalnie to i tak wariant pozytywny, bo w najczarniejszym scenariuszu mogło być tak, że grób został uszkodzony przy okazji budowy domów. Piękne historie o możnych rodach nie zawsze mają dobry koniec.

Obraz czwarty. Czarne złoto i biedaszyby

Wydobycie węgla kamiennego, ale również srebra i ołowiu rozpoczęto w Wałbrzychu w drugiej połowie XIII w. Dzięki jego wydobyciu niewielka osada szybko się rozrastała. Zbudowana w 1853 r. linia kolejowa łącząca Wałbrzych z Wrocławiem usprawniła transport „czarnego złota”. Kopalnie rejonu wałbrzyskiego wydobywały wtedy ponad 300 tys. ton węgla i zatrudniały dwa tysiące pracowników. Na początku XX w. produkcja poszybowała do ponad 4 mln ton, a zatrudnienie zwiększyło się dziesięciokrotnie.

XIX w. to okres silnego rozwoju miasta. Wchłaniało sąsiednie osady górnicze, rozbudowywało się. Gwałtownemu wzrostowi liczny mieszkańców (w 1867 r. Było ich 8 tys., tuż po I wojnie światowej ponad 44 tysiące, a w 1939 roku – ponad 66 tysięcy) towarzyszyła budowa nowych osiedli domów czynszowych. Poza tym elektrownia, gazownia, elektryczne tramwaje – jak to w wielkim mieście. Ceną tego było ogromne zanieczyszczenie powietrza. Nie dało się pogodzić istnienia uzdrowiska w Starym Zdroju z zalegającym dookoła pyłem węglowym.

– Ruch tu wielki, wszędzie wozy wyładowane wyrobami z żelaza, węglami, duszno i ciemno, co na przybywającego niemiłe sprawia wrażenie. A przecież owo Altwasser było niegdyś bardzo miłym miejscem i licznie przez chorych odwiedzanym – pisał dr Henryk Łuczkiewicz, który odwiedził Stary Zdrój w 1875 r. Przybył tu dwa lata po tym, jak popularne niegdyś uzdrowisko utraciło to miano.

Biedaszyby, Wikicommons

Rozwój miasta oparty był nie tylko na wydobyciu węgla, lecz również na czymś zgoła innym, delikatnym, wymagającym finezji: produkcji porcelany. W 1845 r. Zaczęła działać nieistniejąca już fabryka porcelany „Wałbrzych”. Więcej historycznego szczęścia miała fabryka „Krzysztof”, która nadal produkuje i ma się dobrze. Również tkactwo było ważnym obszarem rozwoju miasta, ale to jednak wydobycie węgla w największym stopniu zaważyło na jego przyszłości. A ta, jak dowiodły lata 90. XX wieku, były w kolorze węgla, czyli w czerni.

Gdy upadał system, żadna branża i żaden region nie mogły się czuć bezpieczne. W 1990 r. przygotowano raport na temat opłacalności eksploatacji dolnośląskich kopalń. Nie dawał nadziei tysiącom rodzin, których byt zależał wyłącznie od rentowności wydobycia węgla. „Kopalnie wałbrzyskie nigdy nie osiągną kosztów wydobycia takich, do których społeczeństwo nie musiałoby dopłacać, a więc należy je zlikwidować”.

Zamykano je po kolei. W miejscu zlikwidowanej w 1996 r. kopalni „Julia” jest dziś centrum muzealno-wystawiennicze „Stara Kopalnia”, ale zanim Wałbrzych nauczył się z dumą mówić o swej górniczej przeszłości, przez ponad 20 lat borykał się z ogromną biedą, którą spowodowała błyskawicznea likwidacja kopalń. Wprawdzie obiecywano ludziom, że proces będzie rozłożony w czasie, że powstanie alternatywa dla pracy pod ziemią, ale nie powstała. Z pewnym mozołem dwudziestokilkuprocentowe bezrobocie (w rekordowym czasie wynosiło 32 proc.) załatały dopiero fabryki Toyoty i inne, które otworzyły się w specjalnej strefie ekonomicznej. Płacą umiarkowanie, jak to w zakładach, w których wykonuje się najprostsze prace, ale dzięki nim ludzi nie muszą już z narażeniem życia wygrzebywać węgla z biedaszybów.

Właśnie te biedaszyby, czyli nielegalne szyby górnicze, w których wydobywa się węgiel, stanowią dla wielu osób pierwsze skojarzenie z Wałbrzychem. W mieście, w którym na przełomie wieków naprawdę nie było pracy, były jedynym zajęciem. Zaczęły powstawać pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Szacowało się, że w latach 2000-2005 z biedaszybów żyło ponad trzy tysiące osób. Nie ukrywali się, można ich było spotkać na działkach nawet w centrum Wałbrzycha.

Dziś biedaszybów jest znacznie mniej, ale istnieją nadal. Przypomnieliśmy sobie o nich w 2017 r., kiedy jeden z kopaczy (sami siebie określają tym mianem) został przysypany tonami skał i ziemi. Cudem uratowany, w rozmowie z serwisem „Dziennik Wałbrzych” tak opowiadał o zajęciu, którym się parał:

– My tu nie mówimy na to biedaszyby. Wolimy mówić dziury. Z biedą to już dziś nie ma wiele wspólnego. My tu przychodzimy do pracy, która ma dobre i złe strony. Dobre, bo pozwala nam jakoś żyć. Nie są to może jakieś super zarobki, ale są wyższe od tych proponowanych z urzędu pracy. Miesięcznie można zarobić ok. 3-4 tysięcy (…).

Wałbrzyska straż miejska szacuje, że dziś w mieście działa może 20-30 kopaczy. Ich liczba stale spada.

Obraz piąty. Przeprowadzki

Waldenburg nie ucierpiał w trakcie II wojny światowej. Wprawdzie szabrownicy ogołocili fabryki i zamek, ale w pięknym otoczeniu – wśród gór i drzew – można było budować życie od nowa. Budować, nie odbudowywać. Niemcy wyjechali (z wyjątkiem niewielkiej grupy, potrzeba było przecież doświadczonych ludzi do pracy w kopalniach), ich miejsce, a bardziej dosadnie: mieszkanie i łóżko zajęli wysiedleni kresowiacy, reemigranci z Francji. W w latach 50. przyjechali uciekający przed wojną domową Grecy i Macedończycy. Każde poniemieckie miasto na Pomorzu Zachodnim, Warmii czy właśnie tu, na Dolnym Śląsku, ma tę swoją wyrwaną historię, z którą musi sobie poradzić w drugim czy trzecim pokoleniu.

– Mówiło się: poniemieckie domy, poniemiecka kopalnia, poniemieckie łóżka, poniemieckie szafy. Mówiło się: Szkopy, Niemcaszki, Hitler kaput. Oficjalny komunikat głosił: to Obcy, wygnany w słusznej sprawie. Został wygnany, bo był zły. Z wyjątkiem niemieckich kandydatów na mężów – ci byli dobrzy i pożądani, bo mieli marki i samochody w kolorze srebrny metalik. Zniknięcie inności żydowskiej otoczone było tajemnicą i grozą. Byli obcy i swoi zarazem, niesamowici w sensie, jaki temu słowu nadał Freud – opowiadała Joanna Bator rozmowie z „Dwutygodnikiem”. Zapytana przed dziennikarkę, czy jak bohaterka jednej ze swoich książek, odziedziczyła po babci album z rodzinnymi zdjęciami, Bator przyznaje że owszem, lecz nie było w nim ani jednego zdjęcia.

– Starodawny, oprawiony w skórę album z metalowymi okuciami. Myślę, że jest poniemiecki, znaleziony w piwnicy albo na strychu domu, w którym zamieszkali moi dziadkowie. Wyobrażam sobie, jak niemiecka rodzina z tego mieszkania pakowała się i jakaś kobieta w pośpiechu wyjmowała zdjęcia, bo album był za ciężki, by go zabrać…

Pięć obrazów to wciąż za mało, by zapełnić album o Wałbrzychu. Dodajcie do niego swoje.

Martyna Kośka
Martyna Kośka
U progu dorosłości marzyła o uporządkowanym życiu i oglądaniu miasta z wysokiego piętra przeszklonego wieżowca, więc ukończyła prawo. Nie zdążyła jednak zastukać obcasami na korytarzu sądowym, bo przekonała się, że znacznie ciekawszy świat czeka na mnie gdzie indziej.
Jest dziennikarzem gospodarczym, jej analizy można przeczytać w kilku popularnych serwisach finansowych - ale po godzinach pracy praktycznie nie używa słów typu "inflacja", "nowelizacja" i "jurysdykcja krajowa", lecz pisze dużo bardziej reportażowo, życiowo.
Czyta reportaże, ogląda polskie dramaty obyczajowe, wybiera schody zamiast windy.
AUTOR

Polecamy

Igivideo

Ladom

IgiVideo
IgiVideo
16 grudnia 2018

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *