Space Adventure. Wskocz do kosmicznej wirówki, wkładaj kombinezon i w drogę!

12 minut czytania
412
0
Dominika Węcławek
Dominika Węcławek
30 marca 2019
kosmos, astronautyka, wystawa

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Kosmos… Ostateczna granica. Dla niektórych sposobem na zbliżenie się do owej bariery będzie wpatrywanie się w obraz po drugiej stronie teleskopu, dla innych wyprawa do Gwiezdnego Miasteczka lub Centrum Lotów Kosmicznych NASA. Mnie wystarczył krótki spacer do pewnego pięknego miejsca we Wrocławiu…

– Patrz przed siebie, mów do mnie cały czas – powiedział dociągając taśmy blokujące mi ręce. Ja skinęłam głową i poczułam, że mój entuzjazm powolutku pożerany jest przez strach. A co jeśli nie dam rady, a te dziesiątki ciekawskich oczu, szklanych obiektywów i rejestratorów skierowane w moją stronę uchwycą mój – nazwijmy to eufemistycznie – upadek?

Pierwszy obrót rozwiał jednak wszystkie wątpliwości. Może wątroba faktycznie zaczęła uciskać zatoki, a błędnik został jakieś 230 stopni w lewo od mojego ucha, ale za to ta frajda! Po kolejnych kilkunastu sekundach swobodnej rozmowy i kilkudziesięciu obrotach wewnątrz żyroskopowej maszyny treningowej dla astronautów byłam pewna jednego – chcę tu wrócić. A jeszcze lepiej byłoby wyruszyć tam, gdzie nie ma już grawitacji, najpierw za Księżyc, stamtąd w stronę Marsa, a później odwrócić się plecami do Słońca i ruszyć jeszcze dalej.

Kosmiczna wirówka
Kosmiczna wirówka

No dobrze, bądźmy jednak realistami – póki co przestrzeń pozaziemską mogę mieć na wyciągnięcie ręki tylko okazjonalnie. Na przykład odwiedzając otwartą właśnie wystawę Space Adventure. Tu, wśród ponad stu eksponatów podsumowujących osiemdziesiąt lat spełniania ludzkich marzeń o eksploracji kosmosu poczułam się jak małe dziecko. Słuchając twórców i inżynierów z NASA obecnych tego dnia na miejscu, przekonałam się też, że to poczucie nie jest obce też innym.

– Pamiętam doskonale moment, w którym narodziła się moja wielka fascynacja przestrzenią międzygwiezdną. Był rok 1969, oglądałem z wypiekami na twarzy jak po raz pierwszy w historii ludzkości człowiek postawił stopę na Księżycu – wspomina Luigi Pizzimenti, inżynier przez dwadzieścia lat pracujący w NASA, obecnie ceniony ekspert i dokumentalista, autor książek o historii podboju kosmosu przez człowieka. Jak przyznaje Luigi, lądowanie na Księżycu nie tylko sprawiło, że postanowił zostać inżynierem, ale też zaczął patrzeć na świat w zupełnie inny sposób. Współpracując z pomysłodawcą wystawy, Giorgio Castanerą, Luigi starał się tak dobierać eksponaty, by dokładnie 50 lat po tym, jak Neil Armstrong wykonał swój epicki skok z lądownika wprost w księżycowy pył, potrafić zafascynować kolejne pokolenia młodych ludzi.

Przez trudy do gwiazd

Najpierw wchodzimy w mrok. Trudno w nim odnaleźć właściwą drogę, a zmysły raz nam pomagają, a raz mamią. Kiedy wreszcie udaje się przejść przez spowity czernią labirynt, trafiamy w prehistorię współczesnej astronautyki. Tu wszystko zaczyna się od pocisku. Bardzo konkretnego i całkiem wielkiego. Wchodząc na wystawę możemy bowiem zajrzeć do wnętrza statku opisanego przez obdarzonego genialną wyobraźnią i talentem do przewidywania przyszłości autora, czyli Juliusza Verne. Zrekonstruowany na podstawie ilustracji i opisów z XIX-wiecznej lektury „Z Ziemi na Księżyc” latający salonik dziś nie robi może takiego wrażenia, ale kiedyś… Ech, panie, kiedyś to było, no a teraz już nie ma, wiadomo.

Na wystawie nie ma też naszych wizjonerów, choćby Umińskiego z jego niesamowitymi wizjami spisywanymi w czasach, w których wydostanie się poza ziemską atmosferę uważano za mrzonkę. No sami rozumiecie, wystawa jest ładna, amerykańska. Na szczęście obejmuje też część radzieckiego programu kosmicznego. Dzięki temu możemy spotkać się z Konstantym Ciołkowskim, potomkiem naszych krajan, facetem, który był na tyle łebski, że na długo przed startem pierwszego Sojuza wydumał jak może działać silnik, który wyniesie człowieka w kosmos.

Niezłym fantem dla miłośników takich pionierskich wizji i prac jest notes młodego Wernera Von Brauna, ojca amerykańskiej astronautyki. Z niemieckiego naukowca zrobiono – a jakże! – dzielnego poczciwinę, któremu niechcący przydarzyło się być bliskim Wodzowi Trzeciej Rzeszy (temu na „H”) esesmanem, a te jego rakiety V2, które testowano nieopodal Świnoujścia, to wcale nie po to, by eliminować ludzi, tylko po to, by latać na księżyc…

Rękawiczki, poradniczki, pasztety i inne gadżety

Kolekcja kosmicznych artefaktów zaprezentowanych na wystawie Space Adventure z konieczności musi stanowić wypadkową pomysłów samych twórców oraz oczekiwań odwiedzających takie miejsce. Wśród sugestywnych makiet, kompletnych kombinezonów i całych paneli sterowniczych odbudowanych w specjalnie zaprojektowanych makietach kadłuba, bledną nieco różne drobiazgi takie jak kosmiczna konserwa, jeden z pierwszych sowieckich modeli rękawic do kombinezonu kosmonauty, kosmiczna puszka coca-coli, czy jeden z elementów wspomnianej już rakiety V2.

Kosmiczna konserwa radzieckich astronautów
Kosmiczna konserwa radzieckich astronautów

Każdy odwiedzający może sam dotknąć powierzchni księżyca zamkniętej pięknej oprawie. Niesamowite wrażenie zrobić może wejście do wnętrza kapsuły z modułem dowódczym CASPER. Jest tam ciasno, roi się od przycisków i wskaźników, a nieustanny szum przyrządów i nieco przesterowany głos jednego z operatorów przebywających w naziemnym centrum kontroli w Houston świetnie dopełniają całości budując klimat. Trudno powiedzieć, by kilka minut w takim miejscu dawało pełen obraz, ale z pewnością łatwiej sobie jest uzmysłowić, że lot w przestrzeń pozaziemską czasem może przypominać przejazd komunikacją miejską w gorący dzień, w godzinach szczytu. Trzęsie, jest ciasno, duszno i głośno, a koleś obok przyciska cię swoim ramieniem i pstryka ci czymś przed nosem, gdy twój własny ołówek przelatuje gdzieś w bok… No może z tym ołówkiem to przesada, ale sami wiecie. Nie są to może rurki z kremem.

Symulatory lotu i lądowania udowadniają, że nawet na poziomie nowicjusza, gdy wszystkie utrudnienia są zniwelowane niemal do zera, znacznie łatwiej jest rozbić prom kosmiczny, niż bezpiecznie posadzić go na pasie startowym.

To, na co warto też zwrócić uwagę odwiedzając wystawę, to sekcja poświęcona przyszłości najbardziej użytkowej części astronautyki – czyli nanosatelitom. Wśród eksponatów znaleźć można bowiem dwa niesamowicie nowoczesne nanosatelity wrocławskiej firmy Sat Revolution. Światowid i KRAKsat powstały w całości w Polsce, przy czym ta druga współtworzona była także przez studentów Akademii Górniczo Hutniczej i Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jak mówił obecny na otwarciu wystawy Tomasz Późniak, obydwa kosmiczne okruszki już w kwietniu zostaną przetransportowane na Międzynarodową Stację Kosmiczną, a następnie z jej pokładu wystrzelone na orbitę okołoziemską. Wygląda więc na to, że póki co królujemy w dziedzinie sztucznych satelitów. Być może jednak, wśród odwiedzających obecną ekspozycję pojawią się nowi polscy astronauci, badacze, którzy któregoś dnia polecą znacznie dalej.

Dominika Węcławek
Dominika Węcławek
Matka dzieciom, wiedźma z kotem. Miłośniczka ruin i jedzenia z puszki. Typowy filozof. W wolnych chwilach również autorka książek science fiction.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *