Zanzibar już nie jest rajem na ziemi

20 minut czytania
4596
0
Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
16 marca 2019

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Zanzibarczycy twierdzą, że białe kobiety są piękne jak anioły. Dlatego coraz więcej Polek, szczególnie po czterdziestce, angażuje się w związki z takimi mężczyznami. Egzotyczni partnerzy potrafią docenić, sprawić, że czują się ważne, natomiast ci krajowi traktują je często jak niewidzialne – mówi Dorota Katende, Polka która od kilkunastu lat mieszka na Zanzibarze.

Czy kiedy postanowiła pani zamieszkać na Zanzibarze kilkanaście lat temu, wiedziała pani, że Freddie Mercury się tam urodził ? Czy jest tam wiele pamiątek po nim?

Nie, dopiero później się dowiedziałam. Całkiem niedawno przewodnicy zaczęli o tym mówić i pokazywać dom, w którym mieszkał. Niewiele osób wie, że Freddie Mercury naprawdę nazywał się Farrokh Bulsara i urodził się na Zanzibarze, ma perskie korzenie, a jego rodzice przybyli tutaj z Indii. Rodzina Bulsara opuściła wyspę w 1963 roku i przeniosła się do Londynu. Tutaj raczej w knajpach i na dyskotekach nie gra się jego muzyki. To jest w większości muzułmańskie społeczeństwo, nie kultywuje się jego pamięci, ponieważ był gejem i umarł na AIDS.

Oni nie są dumni z tego powodu. Tuż nad oceanem jest jedna restauracja, która nazywa się Mercury’s, gdzie są zdjęcia i gra się jego utwory. W dniu 50. urodzin wokalisty miało się tam odbyć wystawne party, jednak pod wpływem protestów muzułmanów władze miasta zakazały uroczystości pod groźbą zamknięcia restauracji. Kilku fanatyków religijnych chciało nawet spalić restaurację.

Jest Pani jedną z pierwszych Polek, które osiedliły się na Zanzibarze, wybudowała tu pani dom, kiedy wyspa była jeszcze dziewicza.

10 lat temu, kiedy opowiadałam o Zanzibarze, ludzie nie wiedzieli, o czym mówię, pytali, gdzie to jest. Trzy lata temu Zanzibar stał się kierunkiem bardzo popularnym. Jest tu bardzo dużo turystów. Dzisiaj już nie jest takim samym rajem na ziemi jak 10 lat temu.

Wiele się zmieniło. Zaczynam dostrzegać taki sam pęd jak w Europie: za biznesem, pieniędzmi. Wprowadza się europejski styl w miejscach przeznaczonych dla gości. Często widzę turystów godzinami wpatrujących się w telefony zamiast w piękny ocean z palmami i zachodami słońca w tle. Daje się zaobserwować coraz więcej punktów z hamburgerami, pizzą czy muzyką ze Starego Kontynentu. Wieczory przy ognisku z bębnami wydają się przeżytkiem. Kiedy po raz pierwszy znalazłam się na Zanzibarze w 1999 roku, doznałam olśnienia. Pojechałam do wioski Jambiani, która leży nad Oceanem Indyjskim. Tutejsze domy zbudowane są z ociosanej rafy koralowej, a dachy pokryte strzechą z liści palmowych. Zakochałam się w tej wiosce. Czułam się, jakbym trafiła na koniec świata, jakbym znalazła się w miejscu, gdzie czas się zatrzymał. Wówczas to było całkowite oderwanie od cywilizacji.

Teraz prawie w każdym domu nad oceanem są Europejczycy, każdy próbuje rozkręcić jakiś biznes, wyczuwa się konkurencję. Nie jest już tak egzotycznie jak kiedyś. Muszę też przyznać, że kiedyś przyjeżdżali na Zanzibar inni turyści niż teraz. Byli to ludzie spragnieni, marzący w Afryce, a teraz to bardziej tacy, którzy ulegają modzie.

Nikt na początku nie rozumiał pani fascynacji Afryką. Dlaczego?

Książka „Pożegnanie z Afryką” rozbudziła moje marzenie, żeby zobaczyć inny kontynent, gdzie jest dzika przyroda i czas stanął w miejscu. Marzyłam, żeby zobaczyć dom, w którym mieszkała Karen Blixen, autorka wspomnianej książki. Pierwszy raz wyruszyłam do Afryki w 1994 roku. Byłam już wtedy dojrzałą kobietą, matką trojga dzieci. Miałam za sobą nieudane małżeństwa. Wszyscy pukali się w głowę, jednak uparłam się, zostawiłam dzieci przyjaciółce i poleciałam do Kenii. Wszystko, czego wtedy w Afryce doświadczyłam, zmieniło mój światopogląd, ale chyba najbardziej zaskakujące było doświadczenie samej siebie. Wypuściłam się sama daleko od znanego mi świata, na kontynent, o którym nie miałam pojęcia, gdzie nikogo nie znałam.

Moja mama mówiła: „Przecież masz dzieci. To jest najważniejsze. A nie te twoje fantazje”. Bo moje marzenia o Czarnym Lądzie tak właśnie nazywała. Mąż o tym w ogóle nie chciał słyszeć. I w końcu powiedział: „Albo ja, albo Afryka”. Nikomu nie powinno się stawiać takiego warunku. Afryka wówczas uchodziła w powszechnym mniemaniu za dzikie, niebezpieczne terytorium. To były czasy bez internetu i smartfonów, nawet faks szedł długo i nie dawał szans na szybką odpowiedź. Nie było łatwo zdobyć wiedzy na temat Afryki, okazywało się, że większość informacji zawartych w książkach jest nieaktualna. Wyjazd był wielkim wyzwaniem. To graniczyło z kompletnym brakiem rozsądku, tym bardziej że jechałam sama. Na lotnisku w Nairobi byłam jedyną białą. To dopiero było uczucie! Nie widzieć nikogo podobnego do siebie. To jakby znaleźć się na innej planecie. Pomyślałam sobie wtedy, że jeśli coś mi się stanie, to nikt się o tym nie dowie, nawet pies z kulawą nogą.

Jak się Pani udało wybudować dom na Zanizbarze?

Marzyłam o kupnie domu, ale było to raczej w sferze fantazji. Często jeździłam jako przewodnik w jedno miejsce, do wioski Jambiani, i tam zaprzyjaźniłam się z właścicielem bungalowu, w którym mieszkałam. On pokazał mi kilka działek. Spodobał mi się stary, niezamieszkany dom, gdzie rybacy przetrzymywali sprzęt do połowu ryb. To był dom jak większość na Zanzibarze, czyli z rafy koralowej, tuż nad oceanem. Postanowiłam go wyremontować. Większość starych domów na Zanzibarze jest zbudowanych z rafy koralowej. Prawie całe podłoże, grunt w Jambiani złożony jest z rafy koralowej. Lokalni mieszkańcy zbierają ją gratis, bo jest jej tutaj mnóstwo. Do dzisiaj trudno mi uwierzyć, że kupno domu odbyło się tak szybko. Nie była to droga inwestycja, dzisiaj za to samo zapłaciłabym co najmniej 10 razy więcej.

Z tego, co wiem, działki i domy na Zanzibarze mogą kupować tylko tubylcy?

Tak, zgadza się. Poprosiłam o pomoc znajomego Zanzibarczyka, który podpisał się pod umową. Powiedziano mi, że tak musi być. Nie do końca byłam pewna, czy to, co robię, jest rozsądne, czy za chwilę nie okaże się, że ten dom tak naprawdę nie należy do mnie, że ktoś mnie oszukał. W Afryce sprawy opierają się na zaufaniu, a nie na tym, co jest na papierze. Po dwóch latach okazało się, że żeby wykreślić nazwisko mojego znajomego z umowy, muszę mu zapłacić. Wcześniej naiwnie wierzyłam, że zrobił mi przysługę koleżeńską.

Jednak z perspektywy czasu wyszło mi to na dobre, bo teraz sama jestem właścicielką nieruchomości. Prawie wszyscy biali, którzy tutaj kupili nieruchomości, mają jakiś lokalnych wspólników. Znam przypadki, że po wielu latach taki wspólnik domagał się udziałów w zyskach, często doprowadzało to do procesów sądowych. Mój dom częściowo powstał z rafy koralowej, częściowo z pustaków. Na początku miał to być domek dla mnie, nie dla turystów. Kiedy miałam zacząć remont starego domu, okazało się, że ściany się rozpadają. W rezultacie całkowicie zburzyłam ten dom i wybudowałam od początku łącznie z fundamentami. Wynajęłam małą firmę budowlaną gdzie był jeden człowiek, który wszystkim zarządzał. Praca z fachowcem jest trudna, ponieważ im się nigdy nie spieszy, dokładają niezaplanowane koszty, o których nie było mowy na początku. Poza tym tutaj nie można się wykłócać o koszty, ponieważ oni wtedy wszystko rzucają i więcej nie przychodzą do pracy.

Dlaczego budowę domu na Zanzibarze zaczyna się od drzwi.

W każdym domu, nawet w tych skromniejszym drzwi zazwyczaj są rzeźbione. W całym Stone Town (stolica), nawet na całym wybrzeżu Afryki Wschodniej nie znajdzie się dwóch takich samych. Dziś można z nich odczytać historię Zanzibaru.

Są symbolem statusu i pozycji społecznej właściciela domu. Do dzisiaj w architekturze i sztuce Zanzibaru przeplatają się wpływy perskie, hinduskie, arabskie, portugalskie i angielskie. Warto podkreślić, że Zanzibar jest częścią Tanzanii. Po rewolucji 1964 roku połączył się z Tanganiką tworząc Tanzanię.

Zna Pani wiele Polek, Europejek, które po wyjeździe z Zanzibaru zdecydowały się tu powrócić i wyjść za mąż?

Tak, znam kilka, a może nawet więcej takich kobiet, które podczas pierwszego pobytu poznają mężczyznę i wracają po kilku miesiącach, a nawet tygodniach. Drugi przyjazd często kończy się ślubem lub jakąś inwestycją, np. kupnem działki, i to ma być początek wspólnego życia. Kobiety inwestują w zanzibarski interes i potem odcinają się od Europy. Obecnie mieszana para na Zanzibarze to raczej standard.

Zamożne starsze panie coraz częściej podróżują do Afryki w poszukiwaniu miłości. Rozpieszczają Afrykańczyków, fundując im drinki, ubrania i zegarki. W zamian oczekują czułości i dobrego seksu. Seksturystyka kobieca to zjawisko związane głównie z Afryką. Spotkała się pani z tym?

W Kenii takie zjawisko od kilku lat rzeczywiście istnieje. Na Zanzibarze wygląda to trochę inaczej, te mieszane pary łączy pewnego rodzaju uczuciowa relacja, są ze sobą dłużej niż jeden sezon. Nie określiłabym tego seksturystyką. Ale trzeba przyznać, że ci mężczyźni tutaj nie do końca są wierni tym kobietom, wykorzystują sytuację, z czego ich partnerki czasem nie zdają sobie sprawy. One stawiają wszystko na jedną kartę i są naprawdę zakochane, oszołomione egzotyką i romantycznym związkiem, no i w końcu szansą na oderwanie się od stereotypów panujących w Europie. Mężczyźni doskonale wyczuwają determinację kobiet i wiedzą, że mają przewagę, pomimo że nie są majętni. Natomiast świadomość o tym, że są dla Europejek atrakcyjni powoduje, że nie są w stanie sobie postawić granic. Trzeba przyznać, że zmierza to wszystko w niedobrym kierunku. Prawie każdy mężczyzna na Zanzibarze posługuje się jakąś tajemną wiedzą na temat potrzeb kobiet, ich zmysłów, ciał i reakcji. Może wyssali to z mlekiem matki, a może to tajemnice przekazane przez ojca? Są w każdym razie bardzo empatyczni. Mój związek z zanzibarskim mężem był tego najlepszym przykładem. Dużo mnie nauczył o Afryce, która ma także swoje ciemne strony. Często uśmiech tubylców zbyt szybko łączymy z zaufaniem i wiarą, że spotkało się przyjaciela.

Kiedy odkryłam intencje mojego zanzibarskiego partnera, z którym rozstałam się po 10 latach, nie pozostało dla mnie u niego ani krzty empatii. Przyjaźń się skończyła. Bardzo to przeżyłam, ale to doświadczenie również niebywale mnie wzmocniło.Nie miałam nikogo bliskiego obok siebie, natomiast po drugiej stronie był niemalże cały Zanzibar – koledzy, rodzina, znajomi, lecz nie moi. Wtedy zrozumiałam, po czym poznać można ludzi – przyjaciół. Tego doświadczyłam w Afryce, z dala od tych, których znałam od początku życia. Dzięki temu poznałam lepiej siebie, swoje możliwości i zrozumiałam błędy.

Jak Pani poznała Justina, bo tak miał na imię?

Spotykaliśmy się na stopie zawodowej. On był instruktorem w klubie nurkowym (divemasterem), ja – przewodniczką turystów, którzy nurkowali. Justin namówił mnie na nurkowanie. Długo się opierałam. Bałam się skakać z butlą do wody. Miałam już prawie 50 lat i myślałam, że może wystarczy tych szaleństw w życiu. Wcześniej weszłam na Kilimandżaro, płacząc z bólu i zmęczenia. Ale dałam radę. A przed nurkowaniem się broniłam. Justin jednak cierpliwie tłumaczył, że tyle osób przede mną nurkowało i nikomu nic się nie stało. Pod wodą poczułam się tak, jakby znalazła się w innym wymiarze. To było takie filmowe i romantyczne. Potem zaprosiłam go do domu na kolację. I tak się zaczęło.

Miała pani czterech mężów. Czym różni się małżeństwo z Afrykańczykiem od tego z Polakiem?

Afrykańczycy mają bardzo dużo empatii, są zainteresowani potrzebami kobiet. Potrafią słuchać i mówić ciepłe słowa. Sama tego doświadczyłam. Białe kobiety są bardzo atrakcyjne dla Zanzibarczyków. Mówią oni, że biała kobieta jest jak anioł. Dlatego coraz więcej Polek, szczególnie po 40. roku życia, angażuje się w związki z Zanzibarczykami. Tutaj czują się ważne, docenione, podczas gdy w kraju przez swoich partnerów są traktowane jak niewidzialne.

Ale w książce „Kobiety na Zanzibarze” pisze pani, że kobiety tutaj są zdecydowania bardziej „kobiece” od Europejek?

Kobiety z Jambiani i w ogóle z Zanzibaru poruszają się jak damy: powoli, z gracją, kręcąc biodrami. Nigdzie się nie spieszą, dbają o wygląd. Nie przejmują się, że mają większe biodra czy piersi. Zazwyczaj są puszyste, ale nie mają z tego powodu żadnych kompleksów, tusza jest symbolem dobrego statusu społecznego. Poza tym te krąglejsze dla tutejszych mężczyzn są bardziej atrakcyjne. Od najmłodszych lat dziewczynki zakrywają głowy, jednak już w wieku kilku lat rozpoczynają naukę zmysłowego tańca bioder i brzucha.

Ponadto kobiety przywiązują wielką wagę do zapachów. Mimo że żyją dosyć skromnie, to każda z nich, nawet niezbyt zamożna, stara się ładnie pachnieć. Najczęściej zapach nie pochodzi z butelki, tylko z… „woodi” – stojaczka z drewienkami nasączonymi egzotycznymi olejami, okadzanymi dymem z paleniska. Na tym stojaczku kładzie się tuniki, sukienki i inne ubrania, żeby przeszły tym zapachem. „Oudi”, tak nazywają tu wszelkie pachnidła. Zapach to potrzeba, konieczność, przyjemność. Pachną ciała, włosy, ubrania, sypialnie, pokoje gościnne, domy, sklepy, ulice. Zanizibarczycy nie mogą obejść się bez zapachu. Nie wypada nie pachnieć.

Podobno kobiety z Zanzibaru są świetnymi masażystkami?

Masaż, dotyk jest elementem codziennego życia. Dzień przeciętnego Zanzibarczyka zaczyna się właśnie od masażu. Matki lekko masują ciałka dzieci, również małżonkowie na dzień dobry robią sobie nawzajem króciutki masaż. Kobiety wieczorem zawsze witają swojego męża czy kochanka delikatnym masażem. Jest podstawą intymnego spotkania z mężczyzną. Seks bez masażu to jak zjedzenie potrawy bez przypraw. Mężczyźni też ochoczo proponują masaż swoim partnerkom.

A co to za uroczystość, na którą nie mają wstępu mężczyźni?

Chodzi zapewne o Unyago, stary afrykański rytuał przejścia, podczas którego dziewczyna staje się kobietą. Doświadczone kobiety uczą młode dziewczęta, jak dbać o higienę i o własne ciało, a także jak prowadzić dom i troszczyć się o męża. To także wyrafinowane lekcje seksu i uwodzenia. Mądre nauczycielki pokazują kompletnie niedoświadczonym dziewczynom, czego mogą się spodziewać w sypialni. A wszystko w rytmie bębnów z tańcami i pieśniami. Kobiety tworzą wokół nauczycielki taneczny krąg i śpiewają pieśni, które odpędzają złe moce. Podczas ceremonii podawany jest afrodyzjak – kleik przygotowany z utartej świeżej gałki muszkatołowej, który działa po kilku minutach jak narkotyk. Rozluźnia, dodaje odwagi, pozbawia poczucia wstydu. Nie wolno nagrywać, co się dzieje podczas takiej ceremonii, mężczyzna nie może się nawet zbliżyć do miejsca rytuału. Uczestniczyłam w ceremonii Unyago, która była organizowana dla osiemnastoletniej dziewczyny, tuż przed ślubem.

Była bardzo przerażona tym, co ją czeka. Podczas ceremonii, która trwała kilka godzin, straciłam rachubę czasu. Może były to cztery godziny, a może sześć. Czas upływał ekscytująco, a w takich sytuacjach traci się kontakt ze światem zewnętrznym. Na Zanzibarze każda dziewczyna ma swoją somo, czyli przewodniczkę, nauczycielkę, która uczy ją, jak należy się zachowywać, co jest dobre, a co złe. Zazwyczaj to ciotka albo przyjaciółka matki.

Co było najtrudniejsze, jeśli chodzi o różnice w mentalności? Jak udało się zdobyć sympatię tubylców?

Na Zanzibarze jest przyjęte, że jeżeli ktoś jest chory, to się do niego przychodzi i daje mu się pieniądze na leczenie. Podobnie jak ktoś umiera, sąsiedzi przynoszą pieniądze dla rodziny. To nie jest pożyczka, oni po prostu chcą pomóc. Inną cechą charakterystyczna dla Zanzibarczyków jest to, że każdy kłopot pojawiający się w trakcie załatwiania różnych spraw przyjmują jako siłę wyższą i nie próbują znaleźć nowego rozwiązania. To nas różni. Afrykańczyk jest istotą pogodzoną z losem, mało przebojową.

Na Zanzibarze sympatię tubylców zdobywa się od razu, szczególnie jak się jest nowym przybyszem. Każdy biały jest traktowany jak człowiek bogaty, zamożny, który zawsze ma pieniądze. Według nich biały powinien być dla wszystkich hojny. Nawiasem mówiąc, na Zanzibarze trudno rozpoznać wroga, bo wszyscy się tak samo uśmiechają i tak samo serdecznie pozdrawiają. Ciekawe jest też to, że sprawy urzędowe są tu załatwiane w sposób, który przypomina mi czasy komuny. Wszystko zależy wyłącznie od dobrej woli urzędnika. Czekanie na potrzebne może trwać nawet kilka lat.

Mroczna strona Zanzibarczyków to ich stosunek do psów.

Muzułmanie uważają psy za istoty złe, mające konszachty z diabłem. Dlatego nienawidzą ich i boją się ich z całego serca. Mój mąż Justin miał psa, bo jest chrześcijaninem. Kiedyś ten pies wraz z psem sąsiada pogryzł dziecko. Mimo że nie odniosło poważnych obrażeń, psy zostały zabite przez grupę mieszkańców. Zachowali się jak bezmyślna masa, wśród nich nie znalazł się nikt, kto mógłby to powstrzymać. Niestety, większość z nich nie skończyła żadnej szkoły i nie wiedziała, że można inaczej, że w innych krajach pies to obrońca, opiekun niepełnosprawnych, przyjaciel, członek rodziny. Im się wydawało, że wymierzyli sprawiedliwość. Nie mogłam się z tym pogodzić.

Podobno Zanzibar to jedno z najbiedniejszych miejsc w Afryce. Przeciętny mieszkaniec żyje za dolara dziennie. Mało kto ma w domu lodówkę.

Według mnie Zanzibar wcale nie jest najbiedniejszym regionem w Afryce. Ci ludzie tutaj na pewno nie głodują, żyją z tego, co zrodzi ocean. Lodówek nie mają nie z powodu problemów finansowych, lecz dlatego, że nie trzymają zapasów. Niczego nie odkładają, bo tam wszystko się szybko psuje. Kupują i jedzą tylko świeże produkty. To, co zostaje, od razu wyrzucają do śmieci.

Cały Zanzibar pachnie uprawianymi na miejscu przyprawami: cynamonem, kardamonem, goździkami, kminkiem, pieprzem i świeżym imbirem. Nie przez przypadek nazywany jest wyspą przypraw. To jeden z największych producentów goździków. Podstawą zanzibarskich dań jest ryż, który je się palcami, oraz kokos – z jego miąższu wyciska się mleko kokosowe. Na stołach dominują ryby i owoce morza, głównie ośmiornice i kalmary. Tutaj jada się na macie rozłożonej na podłodze, często na progach domów. Na próżno szukać stołów.

W Polsce była pani przedsiębiorcą. Jak się pani udało wyjść z długów?

Miałam kredyt hipoteczny na dom, byłam sama w dziećmi, ale udało się sukcesywnie spłacić kredyt. Chciałam uciekać przed komornikiem, ale stwierdziłam, że przecież mnie nie zabije, nie zamknie. W końcu zmieniła się sytuacja na rynku kredytowym, bank zgodził się na zmianę oprocentowania i dom udało mi się sprzedać. Kiedyś, jeszcze jako młoda dziewczyna i matka synka, założyłam w wieku 25 lat firmę. Na ówczesne czasy to było duże przedsięwzięcie. Otworzyłam prywatny gabinet kosmetyczny. Prowadziłam również firmę handlową z moim ówczesnym mężem, firma dobrze prosperowała.

Potem jednak poczułam, że pomimo moich pomysłów w biznesie oraz pracy na więcej niż etat, nie było akceptacji rodziny ani męża, że w tym się realizuje, że mam talent w kreowaniu pomysłów. Zrozumiałam, że bycie matką i żoną łączy się ze stereotypem poddańczej funkcji kobiety. Ten schemat w ogóle mi nie odpowiadał. Kiedy odważyłam się na swój samotny pierwszy wyjazd, to był początek końca.

Jakie są pani plany na następne kilka lat?

Mam zamiar napisać trzecią książkę, która będzie kontynuacją moich doświadczeń w Afryce. Pokażę w niej jeszcze inną stronę życia na Zanzibarze: z perspektywy kobiety żyjącej w pojedynkę, wystawionej na różne niespodziewane, tym razem bardziej negatywne niż pozytywne, działania tubylców. Po rozstaniu z Justinem to trochę inaczej wygląda. Kilka razy usłyszałam: Nie podoba ci się? To wracaj do Polski. Doświadczyłam, jak inaczej wygląda prawo tu, kiedy wydaje się, że można się nim wesprzeć na poziomie wioski, a jak inaczej wygląda w Sądzie Najwyższym w Zanzibarze. Często w wiosce ludzie nie chcą słyszeć o prawie państwa, mówią, że tu jest prawo z dziada pradziada i nikt nie będzie im go zmieniał.

Życie z Zanzibarczykiem wydawało się prostsze, jednak iluzją okazało się moje przeświadczenie, że łatwiej było pewne rzeczy załatwić. To raczej moja nieświadomość wypływająca z nadmiaru zaufania. Musiałam zapłacić wysoką cenę już po wszystkim i znaleźć inną drogę do załatwienia trudnych spraw.

Teraz moje działania są nakierowane na kobiety. Lubię pisać i mam satysfakcję, kiedy dzielę się swoimi doświadczeniami i refleksjami. Poznałam dzięki temu ogromną społeczność kobiet, które piszą do mnie lub które znam osobiście. Postrzegają mnie jako osobę silną, która nie poddaje się naciskom. To właśnie dla nich chcę organizować specjalne wyjazdy, aby mogły poczuć to, co mnie tak zmieniło. W moim domu panuje kobieca energia i rodzinna atmosfera. Pracują tu sprawdzeni ludzie z mojej wioski. Teraz przyjeżdżają do mnie grupy kobiet, żeby się zrelaksować, wyciszyć i odreagować. Mój dom nazywam Woman Power. Niektóre kobiety przyjeżdżają same, inne z rodzinami. Często wracają.

Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
Obserwuje, słucha, czyta i podróżuje. A potem nie może się powstrzymać, żeby o tym nie napisać. Pytanie, które najczęściej zadaje, brzmi: co o tym myślisz? Interesuje ją wszystko, co niekonwencjonalne i wyprzedzające epokę. Jest żądna wiedzy, ciekawa świata i ludzi.

Od kilkunastu lat pracuje jako dziennikarka. Pisała dla takich tytułów, jak „Trendy Art of Living” czy „Dziennik. Gazeta Prawna”.

Uwielbia Włochy i mistykę. Z wielką determinacją próbuje nauczyć się włoskiego. Nie lubi zimna, tłumu i hałasu. Jest uzależniona od kina, więc wolny czas najchętniej spędza w ciemnej sali kinowej. Często jeździ na rowerze i ćwiczy jogę. Do siebie i życia podchodzi z dystansem. Czasami chciałaby być niewidzialna.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *