Dzieci z Dworca Brześć. Czeczeni w Warszawie nie chcą tylko brać

15 minut czytania
1210
0
Martyna Kośka
Martyna Kośka
13 kwietnia 2019

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Niektórzy Czeczeni do Brześcia przyjechali pociągiem. Ci, którzy chcieli wyjechać bez wzbudzania podejrzeń, umawiali się wcześniej z kierowcą i z jedną małą torebką, w której upchnięte były najcenniejsze rzeczy, ruszali pod czeczeńsko-rosyjską granicę. Organizatorzy takich przerzutów nierzadko opowiadali, że przejście przez granicę to formalność, a w Polsce czeka na nich wygodne, bezpieczne życie. Napędzali klientów, którzy dopiero na miejscu dowiadywali się, że niepodobna przejść na tę drugą stronę.

Czeczeni-rekordziści przyjeżdżali na granicę w Terespolu po 40 razy. Wyjaśniali, że w ich kraju formalnie nie ma wojny, ale Czeczenia nie jest bezpiecznym miejscem do życia. To na nic, polska straż graniczna cofała ich do Brześcia. Gdy zabrakło pieniędzy, całymi rodzinami koczowali na dworcu. To było prawie trzy lata temu. Niektórzy się poddali i wrócili do Rosji, ale większość jest już w Unii Europejskiej. Nie jest łatwo, ale układają pokiereszowane życie na nowo. Nie zapomnieli o poniżeniu na granicy. Sami siebie nazywają „Dziećmi z Dworca Brześć”. I to niezależnie od wieku.

– Gdy młoda Czeczenka wychodzi za mąż, dostaje od matki biżuterię. Niestety, kiedy „moje dzieci” dorosną, nie dostaną jej, gdyż wszystkie kosztowności zostały sprzedane, by opłacić pobyt w Brześciu i kolejne wyprawy na przejście graniczne, by znaleźć się w Polsce – opowiada Marina Hulia.

Za drutem kolczastymZa drutem mieści się Ośrodek Strzeżony Straży Granicznej W Białej Podlaskiej – takie półwięzienie….

Opublikowany przez Dzieci z Dworca Brześć Piątek, 22 marca 2019

Wojna w Czeczenii? Tam już nie ma wojny, no nie?

To powinno było zadziałać z automatu: obcokrajowiec spoza Unii Europejskiej, który chce znaleźć się na terenie Polski, prosi o udzielenie ochrony międzynarodowej (azyl), po czym jest umieszczany w ośrodku dla uchodźców w Białej Podlaskiej. Tam przechodzi rodzaj kwarantanny, jest poddawany różnym badaniom, a następnie kierowany jest do któregoś z ośrodków dla uchodźców, np. w podłódzkich Grotnikach, Łukowie czy Górze Kalwarii. Jeśli podoła finansowo, może wynająć mieszkanie. Procedura wynika z Konwencji Genewskiej i dotychczas działała dobrze. Co się stało w 2016 r., że polscy pogranicznicy dzień w dzień odsyłali czeczeńskie rodziny, tłumacząc, że nie mogą ich wpuścić, gdyż nie mają polskiej wizy? Do dziś nie wiadomo, kto podjął taką decyzję. Wiele śladów prowadzi do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji, którego ówczesny szef Mariusz Błaszczak twardo deklarował w telewizji, że „nie będziemy ulegać presji tych, którzy chcą doprowadzić do kryzysu migracyjnego (…) Granica polska jest szczelna. W Czeczenii nie ma wojny, w odróżnieniu od sytuacji sprzed kilku lat”.

2016 rok to szczyt kryzysu migracyjnego. Siedząc bezpiecznie we własnych domach, oglądaliśmy w telewizji, jak obywatele krajów afrykańskich, Syrii czy Jemenu w długich kolumnach wędrują przez Europę. Jeden z epizodów tego kryzysu rozgrywał się na granicy polsko-białoruskiej. Polska straż graniczna rutynowo odmawiała prawa do ubiegania się o azyl. Po krótkiej rozmowie pogranicznicy wbijali im w paszport pieczątkę, że „wizy brak” i zawracali do Brześcia. „Jakim cudem uchodźcy mieliby mieć wizę?” – zachodzili w głowę Czeczeni.

Ten scenariusz trwał tygodniami.

– Największym beneficjentem tej polityki była białoruska kolej. Czeczeńskie rodziny są liczne, czasem jest tam ośmioro dzieci. Wszyscy kupowali bilety do Terespola za równowartość 20 zł, a kilka godzin później, bilet powrotny – opowiada Marina.

Do przejścia granicznego peregrynowali na tyle często, na ile pozwalały im topniejące fundusze. Mieli nadzieję, że może tym razem trafi się na służbie jakiś bardziej ludzki człowiek, który zrozumie, że choć formalnie wojna w Czeczenii skończyła się ponad dekadę temu, to jednak życie tam dalekie jest od normalności. Że ludzie znikają, są torturowani, prześladowani za to, że nie popierają prezydenta. Od czasu do czasu ktoś miał szczęście trafić na takiego urzędnika. Czas mijał, do Brześcia przyjeżdżali kolejni Czeczeni. Ludzie byli zawieszeni w próżni: już nie w Czeczenii, jeszcze nie w Polsce, przymusowo na Białorusi.

Tak- We wszystkim, co robimy Żaba jest. Jest inspiracją, współuczestniczką, natchnieniem. Nie żyjemy pomnikami. Nie…

Opublikowany przez Dzieci z Dworca Brześć Niedziela, 3 marca 2019

Marina Hulia to aktywistka z krwi i kości. Wcześniej uczyła rosyjskiego, była też konsultantką MEN ds. cudzoziemców. Wiedziała, że świętym prawem dziecka jest mieć dzieciństwo niezależnie od okoliczności, więc na dworcu zorganizowała coś w rodzaju szkoły. Języka polskiego uczyła także dorosłych, by, kiedy już przekroczą granicę, mogli się o siebie zatroszczyć. Nie wszyscy czekali tam na nią z otwartymi rękami.

– Na początku milicjant spisywał mnie regularnie. W końcu powiedziałam mu: „Proszę pana, pan mnie spisuje dzisiaj już szósty raz. Nic się nie zmieniło, mam to samo nazwisko”. Uśmiechnął się i kontrole się skończyły. Teraz jest tak, że jak przyjeżdżam o drugiej w nocy do Brześcia i jest milicjant Sasza, którego bardzo lubię, to sam zamawia mi taksówkę i zanosi walizki do samochodu. Tam już się wszyscy do nas przyzwyczaili. Mieszkańcy Brześcia sami przynoszą nam jedzenie albo ubrania – Marina Hulia wspominała początki w rozmowie z serwisem NGO.PL.

Dzieci już na stacji Warszawa

W międzyczasie wiele brzeskich historii zakończyło się szczęśliwie i czeczeńskie rodziny są już w Polsce. Niektóre w Warszawie, inne porozrzucane w ośrodkach dla uchodźców. Marina nie uznała jednak, że jej misja jest zakończona. Skupiła wokół siebie kilkadziesiąt czeczeńskich rodzin. Grupa nazywa się, jakżeby inaczej, „Dzieci z Dworca Brześć”.

* MARMUR I DZIECI *Opowiadam o Dzieciach z Dworca Brześć już prawie 3 lata. Prawie 3 lata kolejne rodziny podejmują…

Opublikowany przez Dzieci z Dworca Brześć Poniedziałek, 8 kwietnia 2019

– Stosunek Polaków do Czeczenów w ostatnich trzech dekadach się zmienił – na niekorzyść. W latach 90. Polacy z nimi sympatyzowali, bo łączył nas wspólny wróg, czyli Rosja. Polacy kibicowali walce małych narodów o niepodległość – opowiada Marina. Spotykamy się w lutym 2019 r. Na dworcu w Brześciu nikt już nie musi koczować, bo pieniądze z wyrobu rękodzieła pozwoliły na opłacenie dachu nad głową wszystkim rodzinom, które nie przekroczyły jeszcze granicy. To się zmieniło, gdy media i politycy partii rządzącej zaczęły przedstawiać migrantów jako terrorystów.

– Byłam wczoraj na spotkaniu z niepełnosprawnymi i ich opiekunami. Na koniec dorośli powiedzieli mi: „Marina, widziałem na twoich filmikach, że tam są same dzieci, a nie brodaci mężczyźni” – opowiada. Bo Polacy niewiele o Czeczenach wiedzą. Pierwsze z brzegu stereotypy: że Czeczeni żyją w brudzie.

– W rzeczywistości to naród miłujący porządek. Czeczenki, które sprzątają w polskich domach, nie mogą się nadziwić, że Polacy chodzą w butach po domu albo zostawiają naczynia w zlewie. To nie w stylu Czeczenów – wyjaśnia Marina. Drugie przekonanie dotyczy tego, że nie pracują i żyją ze świadczeń socjalnych. Marina przekonuje, że Czeczeni chcą na siebie zarabiać. Gdy nie mają pozwolenia na pracę, robią to na czarno. Niestety, Czeczeni nie są najbardziej pożądanymi pracownikami. Mężczyznom najłatwiej zatrudnić się na budowie, kobiety z reguły pracują na zmywaku, w budkach z kebabem, czasem sprzątają.

Największa trudnością jest jednak wynajęcie mieszkania. Wynajmujący z reguły kończą rozmowę, gdy dowiadują się, kto ma być lokatorem. Szczęście miała Madina, matka trójki dzieci. Wynajęła mieszkanie w podwarszawskim Brwinowie od pana, który wcześniej udostępnił lokal rodzina z Tadżykistanu. Tyle że mieszkanie kosztowało 1500 zł, a Madina miała do dyspozycji ledwie 1700 zł miesięcznie. W 2017 r. opowiedziała dziennikarzowi Wirtualnej Polski, jak to jest żyć za 200 zł.

„Jemy smażone kartofle i makaron. Czasami kupi trochę mięsa, żeby ugotować zupę. Zasada jest prosta: jak najmniej mięsa, jak najwięcej zupy. Żadnych owoców i warzyw. Słodycze są zupełnie nieosiągalne. Tak wygląda czas, gdy jest dobrze. Gdy jest gorzej, jedzą tylko kukurydzę. Pola są nieopodal, przy drodze, którą pokonywali dziesiątki razy – z ośrodka w Dębaku do stacji podmiejskiej kolejki. Właściciel pozwolił im zrywać kolby, gdy głodują. Robią to często” – relacjonował jej opowieść. Mimo to Madina nie miała wątpliwości, że to lepsze rozwiązanie niż życie w ośrodku.

Dzieci z dworca Radość

– Już nawet nie pamiętam, czym zajmowałam się w Czeczenii. Tyle lat minęło – opowiada Milana, matka pięciorga dzieci. Najmłodsza córka urodziła się już w Polsce.

Tęskni za Czeczenią, z której wyjechała 9 lat temu. Ma szczęście, bo jest z nią mąż. Wiele kobiet jest pozbawionych męskiego wsparcia. Cała reszta rodziny – rodzeństwo, ciotki, kuzyni, została w ojczyźnie. Dobrze, że jest Skype. Pytam, co mówią o aktualnej sytuacji w kraju.

– Mówią, że nie ma po co wracać – zawiesza głos Milana.

Jej największym marzeniem jest większe mieszkanie. Od kilku lat gnieżdżą się w pokoju z kuchnią. Synowie uprawiają sport, a nawet nie mamy gdzie powiesić medali, mówi z żalem. Wniosek o mieszkanie socjalne został odrzucony. Zaskarżyła decyzję. Sprawą zajmie się sąd. Jest nadzieja. Wytchnienie daje jej możliwość uczestnictwa w aktywnościach, które proponuje Marina. Przede wszystkim odwiedziny w domu spokojnej starości w Radości. Przez wiele miesięcy Marina jeździła tam do zaprzyjaźnionej starszej pani, której nikt inny nie odwiedzał. W pewnym momencie zauważyła, że garną się do niej także inne starsze panie. Rozmawiała, trzymała za rękę, aż w końcu pomyślała, że nie musi tego robić sama, bo wokół siebie ma dużo ciepłych kobiet. Tym bardziej, ż

O miłości:kapcie dla babci.Sobotę można spędzić w kinie. W restauracji. W galerii sztuki lub handlowej.Można też w…

Opublikowany przez Dzieci z Dworca Brześć Poniedziałek, 18 lutego 2019

Od kilku miesięcy do Radości jeżdżą dużymi grupami. „Jeździmy do naszych Babć” – mówią zgodnie. Te wyjazdy są dla zarówno dla dzieci, jak i ich rodziców, okazją do spotkania ludzi z pokolenia, którego praktycznie nie znają. Wojny przecięły więzi międzyludzkie, rozbiły rodziny. Najmłodsze dzieci w ogóle nie znają swoich dziadków.

Z odwiedzin korzystają obie strony. Starsze panie nie mogą doczekać się, kiedy niewielki dom starości zapełni się śpiewnymi głosami, ale również dla Czeczenów wizyty te mają ogromną wartość. Na co dzień zdani są na pomoc innych – także państwa, które wypłaca zapomogi, a w Radości mogą dać coś od siebie. Niektórzy po raz pierwszy od dawna zdają sobie sprawę, że są dla kogoś ważni. To uczy pewności siebie i ma ogromną wartość terapeutyczną. Wolontariusz, to brzmi dumnie.

Każde miejsce jest dobre, jeśli uczynimy je dobrym

Marina organizuje też wycieczki po Polsce, odwiedza ze swoimi dziećmi i mamami hospicja, jeździ do bezdomnych. Zabiera ich do kina i na wystawy do Zachęty.

– Nie spotykamy się tak po prostu, tylko po coś. To tez pasuje do czeczeńskiej kultury. Dla nich samo wyjście na spacer to strata czasu. Qyjście w jakimś konkretnym celu, na przykład po zakupy, co innego. To mi pasuje, bo jestem pragmatyczna – mówi Marina o swoich pomysłach.

– Chodzimy do dobrych miejsc. Każde miejsce może być dobre, jeśli takim je uczynimy. Inna sprawa, że nie mogę dzieci nieustannie zabierać do hospicjów czy domów starości, trzeba to równoważyć, bo jeśli dodać to do traumy życia w Czeczenii i koczowania w Brześciu, to bym te dzieci rozwaliła. Stąd też kino i wyjście na frytki. Trzeba im zwracać dzieciństwo – mówi. – Wszystkie wyjścia i aktywności są przeznaczone i dla dzieci, i i ich rodziców. Gdy idą lepić z gliny, dzieci siadają razem, dorośli przy innym stoliku. To celowy zabieg: z jednej strony scala rodziny, z drugiej – daje dorosłym możliwość spróbowania czegoś, czego nie doświadczyły w „poprzednim” życiu.

– Te kobiety też nie miały dzieciństwa, bo zabrały im je wojny w latach 90. Dwa tygodnie temu Milana po raz pierwszy była w kinie. Żadna z nich nie była wcześniej na basenie czy nad morzem.

Martyna Kośka
Martyna Kośka
U progu dorosłości marzyła o uporządkowanym życiu i oglądaniu miasta z wysokiego piętra przeszklonego wieżowca, więc ukończyła prawo. Nie zdążyła jednak zastukać obcasami na korytarzu sądowym, bo przekonała się, że znacznie ciekawszy świat czeka na mnie gdzie indziej.
Jest dziennikarzem gospodarczym, jej analizy można przeczytać w kilku popularnych serwisach finansowych - ale po godzinach pracy praktycznie nie używa słów typu "inflacja", "nowelizacja" i "jurysdykcja krajowa", lecz pisze dużo bardziej reportażowo, życiowo.
Czyta reportaże, ogląda polskie dramaty obyczajowe, wybiera schody zamiast windy.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *