Kapitan Marvel – spełnienie marzeń małolaty

12 minut czytania
726
0
Nina Wum
Nina Wum
1 kwietnia 2019

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Dawno temu, kiedy byłam nastolatką, wiodłyśmy z przyjaciółką  rozważania na temat: dlaczego nie ma filmów akcji z kobietą w roli głównej? Takich standaryzowanych, ciętych od sztancy, którą znamy i lubimy od lat osiemdziesiątych. Gdzie bohater(ka) jest milkliwym gburem bądź kompulsywnym dowcipnisiem, wygłupiającym się wobec przeważających sił nieprzyjaciela. Bez żadnych łzawych wątków miłosnych, bez dziecka, domku i psa w tle. Tylko fabuła, pędząca raźno na złamanie karku.

W tym miejscu zwykle uruchamiają się znawcy, z dumą podający tych pięć tytułów na krzyż z „Tank Girl” na czele. Jako licealistka nie miałam pojęcia o istnieniu „Tank Girl.” Po prostu nikt w moim otoczeniu o tym filmie nie rozmawiał. Poza tym, co znaczy pięć tytułów wymienionych jednym tchem wobec całej domyślnie męskiej reszty? Pod wieloma względami „Kapitan Marvel” jest właśnie takim filmem.

Spełnienie marzeń tamtej małolaty

Bohaterka nie ma czasu na romansowanie z kimkolwiek, bo musi walczyć z tymi złymi – przy czym definicja „złego” zmienia się w ciągu seansu ze trzy razy, dzięki czemu nikt się nie nudzi. Dostajemy zwroty akcji strome niczym Orla Perć i efekty specjalne, na które wydano równowartość rocznego budżetu Polski. Sceny, w których nasza gierojka pokonuje przeważające siły wroga, mając ręce skrępowane za plecami (no, prawie.) Przygarść dowcipasów smażonych na wczorajszym maśle. Porcję złotych przebojów z epoki, wywołujących u widza w odpowiednim wieku łzę wzruszenia. Rozkosznego futrzaka, który jak nic zagości wkrótce na niezliczonych koszulkach, kubeczkach i innych pomocach biurowych. Mnie jakoś zbytnio nie rozczulił. Choć kot to kot, wiadomo. Dobrze, że jest. Ne ma to wszystko żadnego wyższego celu poza rozrywką. Zaś ta może być wtórna, o ile jest przednia.

Aktorzy drugoplanowi robią swoje w wyznaczonym ich przez gatunek wąskich ramach, ale robią to z wdziękiem. Cyfrowo odmłodzony Samuel Jackson, czyli Nick Fury emabluje widownię jak zwykle, zaś Jude Law po prostu ładnie wygląda. Co mu dobrze idzie. Uwadze wszystkich polecam Bena Mendelsohna, wcielającego się w postać zmiennokształtnego ufoludka. Dawno nie widziałam charyzmy z taką łatwością przebijającej przez gruby kostium.
Zdążyłam już przeczytać o głównej aktorce wiele złych rzeczy: że drętwa, że nieprzekonująca i tak dalej. Moim zdaniem są to opinie nieuzasadnione. Brie Larson potrafi być i gburem i fontanną ciętych ripost. Ale przez większość seansu gra subtelnymi zmianami mimiki, takimi jak drgnięcie ust.

Kapitan Marvel
Kapitan Marvel

 

Panowie!

Narzekania na jej drewnianość zrzucam na karb zjawiska, które nauka opisuje całkiem solidnie; mężczyźni często nie umieją odróżniać co dyskretniejszych emocji na kobiecej twarzy. Takich, jak niesmak czy zniecierpliwienie. To nie wyrzut, to stwierdzenie faktu. Ani ewolucja, ani kultura ich do tego nie przygotowała.
Faktem jest, iż nasza bohaterka gra paszczą równie ekspresyjnie co mój ukochany Snake Plissken, bohater dwóch klasycznych filmów o ucieczce z dużej aglomeracji w Stanach Zjednoczonych. Ale w jego przypadku to się nie nazywało, iż jest drewniany – tylko, że jest twardzielem.

Sposób, w jaki wprowadzono do fabuły historię życia Carol, pomysł, by jej wspomnienia były interaktywne w sposób, który w samej zainteresowanej budzi dyskomfort – mam za świeży i zajmujący. Scenarzyści sprytnie ominęli rafę, na której zwalnia wiele innych filmów tego rodzaju.

Jest w tym filmie jeden motyw potężny, wyjęty jakby z zupełnie innego porządku niźli awantury facetów i babek w rajtuzach. A mianowicie: zagadnienie fałszywego autorytetu. Na początku zaznaczone dyskretnie, symbolicznie zgoła motywem z twarzą, którą przyobleka Najwyższa Inteligencja. A potem już bardzo dosłownie.

Jestem przekonana, że każda w miarę dorosła kobieta zna go z autopsji. Każda spotkała jakiegoś Imponującego Mężczyznę: czy to szefa, czy profesora na uczelni, czy chłopaka, który daleka zdawał się błyszczeć złotem, zaś obejrzany z bliska zaczął cuchnąć jak nie powiem co.
Typa, który zgłosił nasz pomysł na zebraniu działu jako własny. Który ukradł nam temat dysertacji. Który spędzał lata, wmawiając nam troskliwym głosem, że mówimy nieco za głośno, w ogóle całe jesteśmy trochę za głośno i za bardzo. Żebyśmy wyluzowały z tą swoją wojowniczością, bo ona jest taka Niekobieca.

Wszystkie znałyśmy typa, który pracowicie podcinał nam skrzydła, gębę mając pełną frazesów o naszym Rozwoju. Niektóre z nas w końcu kopnęły go w goleń, inne nie (profesora ciężej się kopie niż innych), ale wszystkie o tym marzyłyśmy. Captain Marvel oferuje widzkom solidne katharsis w tym względzie. I dlatego ten film jest ważny, zaplątał się w ducha czasu, mimo, iż pod względem artystycznym jest błahą błyskotką. Polecam film na równi dzieciom, młodzieży i staruszkom. Zwłaszcza damskiej młodzieży, która żyje w czasach raptownych przemian obyczajowych, równie gwałtownego przeciw nim sprzeciwu – i może się czuć tym wszystkim zdezorientowana. Takie bohaterki jak Carol Danvers są tu właśnie dla was.

Nina Wum
Nina Wum
Wolny strzelec. Ze studiów wyszła po angielsku. Dziś tłumaczy powieści młodzieżowe, recenzuje książki, czasem bloguje. Tarza się w popkulturze, szczęśliwa jak prosię w deszcz. Kocha rzeczy, które są trochę tandetne. Na pierwszą randkę wybrałaby film "Predator."
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zaprenumeruj newsletter

Melon i Skwarski w Twojej skrzynce pocztowej.
Najciekawsze artykuły Igimag.pl raz na dwa tygodnie.

Zapoznałem(-am) się z treścią polityka prywatności i akcetuję ją.